Forum drachenfels.nazwa.pl/drachenfels/forum/
Forum Zamku Drachenfels
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   RejestracjaRejestracja   ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 
[Strona Główna Zamku]    [Komnata Konstanta]
Wichry Północy - Rozdział Trzeci
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3 ... 37, 38, 39, 40  Następny
 
Napisz nowy temat   Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi    Forum drachenfels.nazwa.pl/drachenfels/forum/ Strona Główna -> Wichry Północy
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Ethereal
Landgraf
Landgraf


Dołączył: 22 Lip 2005
Posty: 2989
Skąd: Elbląg

PostWysłany: Wto Gru 31, 2013 19:18    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Ulfir był zaskoczony słowami Kowala. Nie był też wcale pewien, czy w razie jego śmierci, jego ludzie pójdą za Wężobójcą i będą go słuchać. Mogliby łacno go wykorzystać alibo wbić topór w plecy. Czego można było się spodziewać po nich? Poza tym, Ulfir przywykł do myśli, że samotnie zmierzy się ze swym losem.

Namyślił się długo przed odpowiedzią... a i tak nie podjął decyzji.

- Jeśli polegniesz, Kowalu, wtedy zadecyduję. Może być tak, że południowiec nie odda mi swych przedmiotów - a do walki z nim mi niespieszno. Może być tak, że odprawię twych ludzi. Może być tak, że wezmę ich ze sobą, a artefakty odbiorę włóczędze. Zadecyduję o tym sam, jeśli padniesz w Hongandze.

Przyjrzał się mu uważnie. Dziwny był człek z tego Kislevity.

- Walcz mężnie i umieraj godnie, wielki jarlu. - rzekł, po czym oddalił się z zamiarem powiadomienia ludu we fjordzie o nadchodzącej Hongandze.
_________________
Ulfir Egillsson, Norsmen - Wichry Północy
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
Jaracz
Markgraf
Markgraf


Dołączył: 29 Cze 2005
Posty: 2221
Skąd: Olsztyn

PostWysłany: Pon Sty 06, 2014 15:16    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Aderus, Kain, Ulfir

Ten dzień miał trwać wiecznie w pieśniach skaldów. Ulfir poniósł wieść o rychłej potyczce Wędrowca i Aderusa Kowala. Pomimo że jeszcze poprzedniego wieczora odpierali napaść maruderów i chowali zmarłych, to jednak przybyli przed bramy fjordu tłumnie. Każdy w niewyjaśniony sposób żywił uśpione przeświadczenie, że ścierać się będą tytani, a bogowie stawiają na szali nie losy dwóch mężów, a przyszłość ziem północy.

Rześkie powietrze owiewało twarze zebranych, którzy utworzyli luźną ścianę odgradzającą bramy fjordu od walczących. Można było wychwycić tu spojrzenia jarla, wojów tutejszych, jak i przybyłych wraz z Aderusem. Były też kobiety i dzieci - te mniejsze chowające się za sukniami matek, jak i doroślejsze trzymające się ojców. Ktoś wskazał ciemny kształt przelatującego przez nieboskłon kruka.

Starzec z tłumu, wieszczący zwykle dla swych rodaków, rzekł że to zły znak. Zwłaszcza gdy swe siły i racje mierzyć miało dwóch mężów w Hongandze...

--------------

Kazdin i Lestat

Bestia potrząsnęła głową odrzucając na boki grudy zmarzniętej ziemi. Wciąż ciężko oddychała, a wypuszczane z wizgiem powietrze kłębiło się w oparach gęstej mgły przed jej pyskiem. Naraz też schyliła się i zniżyła kark, w pełni odsłaniając klatkę. Ktokolwiek tam był nie odzywał się przez dłuższy moment, ale czuliście na sobie jego spojrzenie.

Pierwsza odezwała się bestia wypuszczając z siebie mieszankę gardłowego bulgotania i charkotu, który z trudem można było uznać za język, ale było to czymś zdecydowanie więcej niż warkotem zwierzęcia. Towarzyszyło temu wyciągnięcie pazurzastego palca w waszym kierunku.

- Nie - odpowiedziała jej postać w klatce, a jej głos zabrzmiał wyraźnie, tak jakby chciała żebyście ją usłyszeli - To nie gobliny Sarm'haelu.

Bestia poruszyła się ponownie i szarpnięta lekko pasami, postąpiła kilka kroków w waszą stronę. Postać w klatce wciąż nie jest w pełni dostrzegalna, ale pomiędzy prętami widzicie fragmenty brunatnej szaty. Słychać również klekot kościanych i drewnianych fetyszy, którymi jest obwieszona klatka.

- Witajcie! - tym razem zwrócił się już bezpośrednio do was - Wybaczcie wieżę. Biorąc pod uwagę, że znajdujemy się na bezkresnych polach, szansa na to że się podkopię właśnie pod nią, była wyjątkowo nikła. Powiedziałbym że jedna do miliona. Postaram się oczywiście wam zrekompensować stratę. Mogę wam podarować worek monet na budowę kolejnej i zachęcam do mniej eremickich warunków.

Po głosie można z całą pewnością stwierdzić że macie do czynienia z człowiekiem używającym reikspielu. Konkretnego dialektu jednak nie możecie rozpoznać.

_________________
#Przyjaciel czy Wróg => Alex Zir, człowiek, magister alchemik.
#Przekleństwo Wzgórz Hager => Brokk Imrakson, krasnolud
#Sylvania - Ziemia Przeklętych => Gerhard, człowiek
#Lily et Pique - Blaise Cillianmour, szlachcic
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź stronę autora
ckapsel
Mistrz Rycerski
Mistrz Rycerski


Dołączył: 21 Sie 2006
Posty: 440
Skąd: Pruszków

PostWysłany: Sro Sty 08, 2014 20:13    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Wystąpiłem krok do przodu by zrównać się z krasnoludem.

-Ach witaj wędrowcze – skłoniłem się lekko- Za wieżą płakać nie będziemy ani pomsty szukać skoro mówisz że szansa jedna na milion to była to musiało się to zdarzyć.

Zamachałem teatralnie ręką w powietrzu
-Nie rozpatrujmy jednak rzeczy przeszłych a skupmy się na przyszłych wydarzeniach. Wszyscy jak widać nie należymy do ordynarnych ludzi skoro spotykamy się w takim miejscu… to fakt wiec nie ma co tematu rozwijać i dopytywać się o szczegóły, a o woreczku jeszcze zdąży się porozmawiać, jednakże.

-Lestat Lioncourt włóczykij i raczkujący pisarz miło mi – wskazałem ręką na Kazdina – Ten tu nie wysoki jegomość to wielki wojownik Kazdin. Krasnoludzki wali góra i … skruszacz że tak użyję neologizmu. A was panie jak zwą ?
_________________
#Sesja Wichry Północy - Lestat Lioncourt
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Cranmer
Graf
Graf


Dołączył: 17 Sie 2006
Posty: 1751
Skąd: z nienacka :D

PostWysłany: Sro Sty 08, 2014 20:36    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

- Mam nadzieję, że mnie tym skruszaczem nie obrażasz.

Opuściłem młot i oparłem się na nim.

- Złoto, złotem ale bardziej przyda się zawartość pokroju jadło i napitek, tutaj chuja czy tam kuśkę, jak kto wrażliwe ucho ma, kupi za złoto w środku dupy, znaczy pustkowia.
_________________
#Wichry Północy, Kazdin
#Ciężkie jest życie na morzu, Miguel Rodriguez de Gillera
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
Jaracz
Markgraf
Markgraf


Dołączył: 29 Cze 2005
Posty: 2221
Skąd: Olsztyn

PostWysłany: Wto Sty 21, 2014 01:08    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Aderus, Kain i Ulfir

Oto o czym mieli śpiewać bardowie...

Kain podążył za bramę fiordu, gdzie miał oczekiwać Króla. Przybył wcześniej by rozejrzeć się po arenie walki. Chciał poznać podłoże na którym przyjdzie mu stoczyć bitwę. Aderus Koval, samozwańczy król Norsci wyzwał go na pojedynek. Zabójca usiadł na ziemi ze skrzyżowanymi nogami i w myślach rozpoczął wizualizację walki. Aderus będzie walczył włócznią. Bronią magiczną i niebezpieczną. Zasięg dawał przewagę przeciwnikowi, lecz Kain miał wiedzę setek bitew i musiał ją wykorzystać. Wynik, tylko to się liczyło i ta myśl ciągle wypełniała jego myśli. Wstał i otrzepał długi, szary i poniszczony płaszcz, którym okrywał się od wielu lat. Ślady krwi dawno już zakrzepły, a dziury robiły się w nim coraz większe. Kain stał czekając na przeciwnika, opierając się na mieczu. Dwa topory wbite w ziemię spoczywały, choć ich właściciel wiedział, że pragną one krwi. Teraz jednak nie obchodziło go to. Czekał spokojnie, aż w końcu Aderus się pojawi. Wzrok miał nie przenikniony a twarz poznaczona czarnymi bliznami nie wyrażała niczego. Totalna pustka zionęła z oblicza zabójcy.

Gdy Aderus się pojawił, Kain nadal spokojnie czekał, aż odległość między nimi zmniejszy się do dwóch metrów i Aderus zajmie pozycję do walki.
Król Norski stanął naprzeciw południowca w odległości jednego kroku ponad długość jego włóczni. Gotowy nadziać wroga na ostrze pchnięciem szyję lub twarz w zależności gdzie było mniej pancerza.

Następne krótkie chwile zadecydowały o przyszłości Norski. Obaj awanturnicy zawierzyli swojej szybkości. Wędrowiec niemal niezauważalnym ruchem wyciągnął zza pasa, ukryty pod połą płaszcza pistolet. Dłoń powędrowała ku górze, tak że gdy lufa uniosła się na wysokość szyi rywala, palec nacisnął spust. Aderus zareagował już w chwili gdy ujrzał broń wysuwającą się z ukrycia. Chwycił oburącz włócznię i sam chciał zrobić wypad do przodu celując włócznią również na wysokości głowy.

Pistolet wypalił z bardzo głośnym hukiem, dymem i trzaskiem. Grot włóczni wbił się w ciało. Z ust obu przeciwników wyrwał się krzyk bólu. Jeden z nich jednak krótki i urwany, podczas gdy drugi przeciągły i pełen zaskoczenia.

Aderus poczuł silny ucisk, a potem krótki świdrujący ból zanim stracił zmysły. Jego głowa została odrzucona do tyłu pod wpływem siły uderzenia. Osunął się z czołem prześwidrowanym ołowianą kulą. Sącząca się obficie krew zaczęła zalewać jego oczy i twarz.

Wędrowiec upadł na kolana czując jak siły opuszczają jego ramię oraz towarzyszący temu okropny ból. Okrwawiony grot włóczni wystawał z ramienia tuż przy barku. Czarny oręż dodatkowo obciążał i tak słabnącą kończynę. Natomiast dłoń została zmasakrowana i poparzona przez pistolet, który wybuchł przy wystrzale.


Wszyscy świadkowie tego zdarzenia zamarli w bezruchu. Wszyscy bowiem oczekiwali długiego i epickiego starcia. Tymczasem wszystko zakończyło się w przeciągu dwóch sekund. Norsmeni będą jednak przez wiele lat opowiadać że widzieli na własne oczy jak legendarna Valkirya odziana w świetlisty pancerz pojawia się u ciała Aderusa, zabierając jego duszę w zaświaty. Każdy Norsmen też wiedział co to oznacza.

Aderus: Otworzyłeś oczy. Masz wrażenie jakby cały świat wokół ciebie osnuwała mgła. Fjord, zebrani ludzie, jak i Wędrowiec klęczący w kałuży krwi. Nie miałeś jednak siły by wstać. Tak jakby twoje mięśnie spowiła senna niemoc. Jednak po kilku chwilach oślepiła cię jasność która pojawiła się nagle obok ciebie. Poczułeś dotknięcie czole i nagle siła poczęła wracać w twe kończyny. Mogłeś wstać, a gdy to zrobiłeś ujrzałeś, że obok ciebie stoi piękna niewiasta o jasnych włosach splecionych w długi warkocz. Jej zgrabne, choć umięśnione ciało odziane było w świetlisty pancerz. Zbrojna była we włócznię, a głowę okrywała półotwartym hełmem.

- Chodź za mną dzielny wojowniku - rzekła śpiewnym głosem łapiąc cię za dłoń. Świat który cię otaczał zaczął znikać we mgle, a sama mgła poczęła się rozrzedzać byś mógł ujrzeć przepiękne wzgórza i równiny o kolorach tak żywych i tak wyraźnych, jak nic co dotychczas widziałeś w swym życiu. Zapierające dech w piersiach widoki odebrały ci niemal mowę.

Czekał na ciebie prawdziwy świat, sute wieczerze z bogami i chwała na nowych polach bitwy.

Kain: Jak przez mgłę widziałeś jak coś świetlistego pojawia się obok ciała Aderusa. Ów zwiewny miraż szybko przybrał postać kobiety. Widziałeś na własne oczy jak dusza niedoszłego króla wstaje i znika wraz z ową świetlistą, kobiecą sylwetką z tego świata. Coś ci mówiło że wiesz gdzie się udała.

Twoją uwagę jednak na nowo przykuł ból pulsujący z dłoni i barku. Wiesz dobrze jak źle z tobą jest. Krwawisz obficie z barku i wiesz że bez pomocy przepowiednia się spełni.

_________________
#Przyjaciel czy Wróg => Alex Zir, człowiek, magister alchemik.
#Przekleństwo Wzgórz Hager => Brokk Imrakson, krasnolud
#Sylvania - Ziemia Przeklętych => Gerhard, człowiek
#Lily et Pique - Blaise Cillianmour, szlachcic
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź stronę autora
kain
Mod Magów
Mod Magów


Dołączył: 20 Lut 2005
Posty: 2262

PostWysłany: Sro Sty 22, 2014 09:44    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Kain upadł na kolana a świat przed oczami poczerniał mu. Walka była szybka i taka miała być. Nie liczył się sposób wygranej, liczył się fakt że jeszcze żył. Jeszcze, niby nie wiele, niby jego życie Bogowie Losu właśnie ważyli w swych dłoniach, lecz dla kogoś kto przeżył setki lat wystarczało. Zabójca wielokrotnie wymykał się śmierci z objęć i nie zamierzał teraz polec. Nie na tym wypizdowiu, nie w tej dziurze zapomnianej przez cywilizacje więc chwycił więc począł działać.

Proch, jeszcze trochę go miał, tak samo jak i butelkę gorzałki. Klęczał, bowiem grot długiej włóczni ciążył, a on sam nie chciał prosić o pomoc. W końcu skoro samemu dotarł na miejsce pojedynku to i sam wróci z niego. Wziął łyk gorzałki, i poczłapał pierw do ciała Aderusa, by zabrać to czego potrzebował. Krew, wlał trochę do fiolki, która miała być częścią handlu z Vitką a potem zaczął działać.

Nóż, użył go by odciąć spory kawałek materiału z płaszcza i położył go na ziemi. Obok niego wysypał trochę prochu i kolejny kawałek materiału, który zamierzał podpalić przez hubkę i krzesiwo. Zrobił to tworząc delikatny ogień, więcej mu nie było potrzeba.
Gorzałką polał miejsce gdzie grot włóczni wbił się w ciało (zarówno od dołu jak i z tyłu) i syknął z bólu choć wiedział, że najgorsze miało nadejść. I tak też się stało. Szybkim szarpnięciem wyciągnął grot z ciała i posypał krwawiącą obficie ranę prochem, którą podpalił.

Ból targnął zwycięzcą, a potem jego głowa opadła na klatkę. Jeśli jeszcze miał siłę obwiązał ranę uciętą wcześniej szmatą i ranę polał do końca alkoholem. Wszyscy mogli widzieć jak Kain pada na ziemię ponownie.

Zatamował krew a to najważniejsze, reszta przyjdzie z czasem lecz pozostała dłoń. Teraz jednak nie mógł się nią zaopiekować. Klęczał na ziemi, czekając aż krew przestanie płynąć. Czas zwolnił dla zabójcy i zaczął płynąć bardzo wolno. Ulfir, liczył że Norsmen wyjdzie do niego i pomoże mu, choć myśl ta uleciała równie szybko jak się pojawiła. Nie liczył na niczyją pomoc, bowiem przez całe życie musiał radzić sobie sam. Stał się samotnikiem, choć nie raz, nie dwa otaczał się sobie podobnymi to jednak zawsze liczył na siebie.
_________________
#sesja Miasto: Dante Cavenaghi
#sesja Wichry Północy: Kain

Kobiet potrafiących służyć za materac jest wiele na tym naszym nie najweselszym ze światów. Ale znalezienie dowcipnie czy roztropnie gadającego materaca nie jest już takie proste
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
Ethereal
Landgraf
Landgraf


Dołączył: 22 Lip 2005
Posty: 2989
Skąd: Elbląg

PostWysłany: Sob Sty 25, 2014 16:09    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Ulfir, tak samo jak reszta zgromadzonych, pogrążony był w szoku, może nawet niedowierzaniu. Pojedynek był niczym błysk gromu - krótki i dobitny. Aderus Kowal, Król Thralli, samozwańczy władca Norski legł pokotem, porażony przez dziwaczną, obosieczną broń południowca. Gdyby nie ona, Wędrowiec padłby martwy. Czarna włócznia w komplecie z morderczą szybkością Kowala pozbawiłyby go życia.

Aderus zginął. Czy sprawy przyjęły dobry obrót? Czy jego fjord, i inne ziemie Norski, wreszcie przestaną żyć w cieniu samozwańców i uzurpatorów? Wężobójca szczerze w to wątpił. Śmierć Króla Thralla nie przyniosła mu optymizmu.

Obserwował, jak południowiec walczy o swoje wyciekające życie, powstrzymując krwotok i wypalając ranę dziwacznym, płonącym proszkiem. Widział, jak legł bez ruchu. Widział też, jak zebrał juchę powalonego męża. Dziwne. Mógł to zakończyć teraz - dobić tego strasznego człeka i uwolnić świat od jego ciężaru, jego fatum. Odebrać mu artefakty i samemu kontynuować misję. Aczkolwiek... Wędrowiec okazał się być zmyślnym i wprawnym wojem. Z tego co mówił, powalił już wielu wysłanników Varrla i miał zamiar ulżyć ramionom Czarnoksiężnika od ciężaru jego zawszonego łba.

Jak to usłyszał raz z ust pewnego południowca: "na wojnie się nie wybiera". Ten włóczęga mógł być toporem, który wypatroszyłby szaleństwo kłębiące się za Wrotami Zharr.

Nie marnując więcej czasu, ruszył na pomoc południowcowi. W następnych chwilach, miał zebrać przedmioty poległego, a jego ludziom nakazać nie wszczynanie wendety wobec rannego. Czarna włócznia kusiła... ale po raz kolejny jej moc przywiodła mężnego człowieka do jego zguby. Nie była warta garści norskiego śniegu.
_________________
Ulfir Egillsson, Norsmen - Wichry Północy
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
Jaracz
Markgraf
Markgraf


Dołączył: 29 Cze 2005
Posty: 2221
Skąd: Olsztyn

PostWysłany: Sro Sty 29, 2014 22:27    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Ulfir i Kain

Południowiec pijany wciąż nagłym zrywem adrenaliny na kolanach podsunął się do ciała Aderusa. Każdy jego krok okupiony był niespotykanym bólem i tylko wieloletnie zaprawienie ciała trzymało jeszcze wojownika przy życiu. To jednak wylewało się z niego wraz z juchą która ściekała po ramieniu i boku. Fiolka wyłuskana drżącą dłonią i podstawiona pod skroń niedoszłego króla Norski, szybko napełniła się szkarłatem. Wędrowiec jednak zaczął już odpływać i powoli przechylać się na jedną stronę. Zmęczone oczy nie widziały już nic. Powieki opadały samoistnie pod wpływem własnego ciężaru. Fiolka napełniła się do połowy, a Kain miał w sobie jeszcze tyle świadomości, by kciukiem wprowadzić zatyczkę na miejsce. Potem legł na boku nie bacząc już na ból jaki przeszył jego ciało gdy włócznia poruszyła się w ranie. Ten ból musiał już należeć do innej osoby...

Ulfir ruszył na pomoc południowcowi. Wraz z nim zaś ludzie z fjordu. Wojownicy Aderusa zamierzali zaś zająć się swoim zmarłym przywódcą. Te ziemie niejedną śmierć już widziały. Tak i wielu rannych. Kobiety wiedziały jak się zająć ranami, nawet tymi groźnymi, na tyle by to Bogowie zadecydowali o śmierci lub życiu Wędrowca. Ułożono go przy kominku w domostwie jednej z owdowiałych cór północy. Okryto kocami i futrami. Pozostawało jedynie czekać.

Posłuszny przedśmiertnemu przykazaniu Ulfir zebrał przedmioty Aderusa. Żaden z jego wojowników nie oponował. Pogrążyli się w cichym smutku, jaki może tylko żywić ktoś kto wie że jego przywódca uszedł do zaświatów. Smutek był zatem pomieszany z pogodną myślą. Jedynie kobieta, która kroczyła za nim bezgłośnie płakała przez dwa dni i dwie noce, nie ścierając swych łez z policzków. Później miano mówić, że z tych łez powstały najpiękniejsze kryształy jakie widział świat. Kryształy które miały mieć według podań moc uzdrawiania.

Po dwóch dniach, sytuacja się nie zmieniła. Pomimo że ciało wędrowca nadludzko szybko regenerowało siły, ten wciąż leżał nieprzytomny. Jedyną zmianą okazała się mocna w kolorze czarna blizna, przypominająca kształtem żyłę łączącą serce i ranę po włóczni. Tam gdzie zaś grot utkwił rozlewała się czarna, smolista plama. Jednak nie było to zakażenie, gdyż rana nie ropiała. Wręcz przeciwnie zasklepiła się.
Ulfir wszystko to wiedział, gdyż kobieta opiekująca się rannym do niego pierwszego zwróciła się o radę mając nadzieję że spotkał się już z takimi ranami. Dopiero później wezwano vitkę i to on zadecydował by ręki nie odcinać.

_________________
#Przyjaciel czy Wróg => Alex Zir, człowiek, magister alchemik.
#Przekleństwo Wzgórz Hager => Brokk Imrakson, krasnolud
#Sylvania - Ziemia Przeklętych => Gerhard, człowiek
#Lily et Pique - Blaise Cillianmour, szlachcic
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź stronę autora
Ethereal
Landgraf
Landgraf


Dołączył: 22 Lip 2005
Posty: 2989
Skąd: Elbląg

PostWysłany: Sob Lut 08, 2014 17:13    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Ulfir pierwszy raz widział takie rany i blizny, jakie miał ten człowiek. To był kolejny niepokojący atrybut tego włóczęgi z Południa. Syn Egilla był pewien, że ten człowiek nie był... naturalny. Nie należał już do tego świata, a jedną nogą był w świecie bogów. Na staję cuchnęło od niego mrocznymi sprawkami, figlami i okrucieństwem istot, które do woli rozprawiały żywotami człeczymi.

Opiekunkom polecił kontynuować swoje dzieło i zasięgnąć pomocy u tutejszego vitki. Spotkał się również z jarlem.

- Jarlu... czas mi ruszać w drogę. Udam się na południe, ku górom Thjazi, jako zamierzałem. Zabiorę ze sobą ludzi i przedmioty Kowala. Opiekujcie się Wędrowcem z południa. Miejcie jednak nań baczenie. To człek prawdziwie przeklęty przez bogów, na jego ramionach siedzi śmierć. Wiesz, co to znaczy. Nie tykajcie jego rzeczy. Dajcie mu ozdrowieć... jeśli przeżyje. Włócznia... czarna włócznia Kowala należy teraz do niego. Zasłużył sobie na nią. To zły przedmiot, mami umysły i dusze mężów. Jak mniemam, omamił też Króla Thralli. Myślałem, co by go zniszczyć... ale to zbyt ryzykowne. Nie podejmę się tego, a wy również nie powinniście. I strzeżcie się przede jego zwodniczym wpływem.

Nabrał powietrza w płuca i odetchnął ciężko.

- Król Thralli nie żyje. Być może nie pojawi się już żaden uzurpator, który spróbuje narzucić naszym fjordom swą władzę. Ale jest gorszy przeciwnik. Czarnoksiężnik z Północy. Ma misja jest mu na pochybel, ale obawiam się, że żaden człek na tej ziemi nie strzyma przed takim wrogiem. Ale on... ten włóczęga... może. Powalił już nie jednego wysłannika Kreyarzhada Varrla i zabrał sprzed mu nosa potrzebne przedmioty. Niech idzie i morduje opętańców dalej. Może ubije dla nas samego Varrla. Czas pokaże. Jeśli się zbudzi, pozwólcie mu załatwić swe sprawy, zabrać swe rzeczy i ruszyć w dalszą podróż. Dajcie mu zapasy na drogę... ale nie gośćcie go dłużej. On przyciąga śmierć i zły los na tych wokół siebie. Jeśli będzie pytał, pokierujcie go do gór Ulfwerenar. Zmiennokształtne bestie będą dla niego godnym przeciwnikiem.

Ulfir skrycie obawiał się, że Włóczęga był elementem jakiegoś podstępu... albo, że mógłby przejąć schedę po Varrlu. Odpędził na razie te myśli. Trzy Norny miały wszystko pokazać według swoich zamysłów, w swoim czasie.

- Zostanę do czasu pogrzebu Aderusa. Potem wyruszę z moją nową drużyną. Dzięki ci, jarlu, za gościnę i pomoc. Skierujcie do bogów ofiary i modły o powodzenie w mej wyprawie.
_________________
Ulfir Egillsson, Norsmen - Wichry Północy
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
Jaracz
Markgraf
Markgraf


Dołączył: 29 Cze 2005
Posty: 2221
Skąd: Olsztyn

PostWysłany: Nie Mar 02, 2014 20:22    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Ulfir i Kain

Pod koniec dnia Południowiec obudził się. Wyrwany ze snu, niczym z jakiegoś koszmaru łykał powietrze jakby w marze nocnej dusił się. Jak zwykle niczego nie pamiętał ze swojego pochodu po zaświatach, z których został wyrwany by wrócić do świata żywych - nie z własnej woli, a jak legendy głoszą, z woli samych bogów.
Nie trzeba mówić, że wydarzenie to odbiło się wielkim poruszeniem we fjordzie. Ten który miał lec martwy od ciosu śmiertelnego zadanego przez Aderusa, wstał żyw. Rana z której wcześniej jucha wraz z życiem wyciekała była zasklepiona. Plwano i czyniono gesty przeciw urokom, gdyż jasnym było że czarnoksięstwo miało w tym swój udział. Nieliczni tylko dostrzegali w tym rolę kogoś potężniejszego od śmiertelnych sztukmistrzów mrocznej magii.
Nikt oczywiście na Południowca ręki nie podniósł. Może dlatego że się go bali. Może dlatego że pomimo użycia broni palnej pokonał przeciwnika w uczciwym pojedynku, a może dlatego że nikt z mieszkańców tego miejsca nie był po prawdzie zwolennikiem samozwańczego króla. Na pewno zaś nikt nie występował przeciw Wędrowcy z uwagi na tradycję gościny.

Wieczorem odbył się pogrzeb Aderusa. Ciało spłonęło na drewnianym łożu, by uczcić jego pochód i walkę w zaświatach. Zgodnie z jego ostatnią wolą do Ulfira dołączyła świta złożona z jedenastu wojów i dziewczyny niemniej wojowniczej jak druhowie. Tylko to dziewczę uroniło łzy za Kowalem. Nie łkała jednak niczym niewiasty południowców łkają za swymi mężami. Łkała za wojownikiem, tak jak mogła tylko płakać kobieta nauczona północnych zwyczajów.

Nazajutrz Ulfir i Wędrowca ruszyli w podróż. Każdy w swoją stronę. Pierwszy prowadząc swoją nową świtę. Drugi, szukając godnego siebie przeciwnika i dzierżąc zdobyczną, czarną włócznię.

-------------------------------------------------------------

[color=orange]Kain

Góry wysokich synów. To tam według słów vitki czekał łańcuchami spięty jeden ze strażników. W miejscu gdzie artefakty mają zostać złączone. Taka istota musiała być potężna, a tym samym godna spotkania z Tobą – tym który kroczy po ziemi od czasów samego Asvara Kulla.
Góry wysokich synów... legendy północnego ludu nie pozostawiały cienia wątpliwości. Giganty, których istnienie zostało wrzucone już dawno między baśnie. Postanowiłeś na własnej skórze sprawdzić czy w istocie są to jedynie mityczne istoty. Ruszyłeś na zachód w kierunku gór Jotunheim. Miejsce to było rozległe bo przecinające całą wschodnią stronę półwyspu i stanowiło swoistą bramę lądową do Norski... gdyby ktoś był na tyle szalony by podróżować przez sąsiadującą z nimi Krainę Troli.
Aby się tam dostać, trzeba było ominąć las Tannigniost, który mógł jedynie spowolnić twój marsz, a następnie udać się na niezmierzone pola Fimbulu. Nie musiałeś na szczęście przemierzać ich szerokości, gdyż sąsiadowały na południu z interesującymi cię górami. Dzięki magicznym butom podróż, która normalnie zajęłaby miesiące, tobie zajęła tydzień. Po drodze na szczęście mogłeś uzupełnić zapasy w kilku fjordach. Nie zawsze witano cię przychylnie, ale jadła nigdy nie odmówiono. Przez całą podróż czułeś jakby przyciąganie, formę zewu w kierunku pól Fimbulu. Niektóre z przedmiotów które były w twoim posiadaniu starały się ciebie skierować na północny wschód ale opierałeś się tej pokusie... póki co. Najmocniej emanowała tą mocą włócznia, na której wspierałeś się w trakcie swej wędrówki. Podpieranie się na niej było naturalne, na tyle oczywiste że dopiero po na wysokości Stormstaadu uświadomiłeś sobie że nie wypuszczasz jej z rąk. Nie chowasz ani nawet nie odkładasz na bok. Nie mogłeś też znaleźć żadnego powodu dla którego miałbyś się pozbyć tego oręża.

Odbijając z okolic największego w tych rejonach miasta portowego, na południowy wschód, wkroczyłeś w góry Jotunheim. Od razu zauważyłeś jak niejednolitą mieszanką terenów jest to miejsce. Wysokie niezdobyte szczyty sąsiadowały z łagodnymi pagórkami i wzniesieniami, na których można było wypasać stada owiec, gdyby ktoś tylko odważył się tu mieszkać. Niewielkie doliny otulały mniejsze rzeczki uciekające w stronę ujścia do Morza Szponów. Zwierzyna była tu liczna i nie zawsze drapieżna. Zastanawiać mogło, czemu żadne z północnych plemion nie chciało zająć tych terenów. Odpowiedź miałeś otrzymać już niedługo.

Z chwilą gdy wstąpiłeś w góry, nie mogłeś się już kierować wskazówkami. Musiałeś zdać się na moc przedmiotów, które miałeś. Przedmiotów które równie mocno chciały spotkać się z innymi artefaktami, jak i trafić na legendarne miejsce złączenia. Zew ten jednak był na tyle słaby, że szybko zacząłeś gubić drogę. Ciężko było poruszać się w niezbadanych rejonach i wielokrotnie wracałeś do tej samej doliny, z której zaczynałeś danego dnia swą podróż. Zapasy zaczęły ci się kurczyć, a buty przestały ci służyć, jako że nie mogłeś już pokonywać dużych dystansów – zwłaszcza że nie wiedziałeś gdzie konkretnie zmierzasz.

W nocy poprzedzającej dzień, w którym musiałbyś podjąć decyzję o zawracaniu po zapasy, zdarzyło się coś co mogło odmienić twój los. Niespotykane rzeczy bowiem zawsze przytrafiają się legendą – tak mieli w przyszłości śpiewać skaldowie.

Z ciężkiego snu w jaki zapadłeś po męczącej wędrówce, wybudził cię jakiś szmer. Podniosłeś powieki i odruchowo zacisnąłeś mocniej dłoń na włóczni, którą trzymałeś przez cały czas. Po drugiej stronie ogniska, na ziemi siedział nieznajomy. Skóra niczym papier była obciągnięta na wyraźnie odcinającej się czaszce. Oczy całkowicie białe wpatrywały się w ciebie, a siwa broda wydawała się być nierealna. Odziany był w zbroję dopasowaną zarówno z części skórzanych, kolczyk, jak i płytowych. Z tego co zauważyłeś nie był uzbrojony.

http://ferrebeekeeper.files.wordpress.com/2012/10/tumblr_le45qtblrg1qeqirko1_5004.jpg

- Witaj Wędrowcze – odezwał się, a głos jego był trzeszczący, ponury, zimny i słyszalny w samej duszy - Długo odzyskiwałem siłę, by móc z tobą się rozmówić.


Dalsza część

-----------------------------

Ulfir

Asbjorn, Bjorn, Einar, Freyr, Harald, Ingvar, Lars, Orjan, Rune, Sigmund, Kastor, Elwira. To imiona twych drużynników. Każdy z nich sprawiał wrażenie zaprawionego w bojach woja, który widział niejedno. Nawet kobieta, której rysy zdradzały południowe, zapewne bretońskie pochodzenie, miała determinację wymalowaną na twarzy. Wszyscy zgodnie z ostatnią wolą Aderusa zgodzili się podążyć za tobą. W ich oczach zostałeś namaszczony przez ostatniego króla Norski by kontynuować jego misję.

Ruszyliście w góry Thjazi oddalone o tydzień drogi od Grottiburgu. Po drodze odwiedziliście Wormsburg uzupełniając zapasy i przekraczając rzekę na łodzi najętej u Skaelinga za uczciwą opłatą. Niegdysiejsza siedziba Eryka, syna Wielkiego Jarla była w istocie imponująca. Nie było to miasto kupieckie, jakim chwalą się południowcy. Nie było tu wielkich murów i wspaniałych pomników. Były za to olbrzymie domy zbudowane na kamiennych wzniesieniach. Jeden wspanialszy od drugiego. Choć wiele się słyszało o braku męstwa wśród Skaelingów, to z pewnością nadrabiali to liczebnością. Dziatwa rodziła się tu mnogo i rosła w siłę by szybko chwytać za oręż.
Ten właśnie fjord wespół z oddalonym o kolejny tydzień drogi Gnivstagiem pozyskiwał drewno na budulec dla długich łodzi. Nawet teraz, gdy przekraczaliście rzekę widzieliście jak norsmeni szykują się do spławiania ogromnych beli wyciętych z lasu Tanngniost, a w zasadzie jego obrzeży poskromionych przez dzielnych mieszkańców Wormsburga.

Wy jednak nie zostaliście tu na długo. Ugoszczeni mięsiwem, miodem i zapasy na dalszą drogę zostaliście przeprawieni na drugi brzeg. Dzień później weszliście na wzniesienia stanowiące przedpole niskich góry Thjazi.

Nie miałeś jasnych wskazówek jak dotrzeć do niskiego ludu. Mira nie dała ci tej wiedzy na pożegnanie. Rzekła jedynie żebyś ją tam odszukał. Jeśli podróżowała bezpośrednio do swego domu, z pewnością już tu dotarła i na ciebie czeka. Ty jednak miałeś jeszcze znaleźć odpowiednią ścieżkę. Nie miałeś innego wyjścia jak zdać się na zew artefaktu, który był w twym posiadaniu. Jak miało się okazać, postąpiłeś słusznie.

Drąg odebrany szamanowi powiódł cię głębiej w góry prowokując do korzystania ze ścieżek, których byś sam nie znalazł lub nawet zignorował sądząc że nigdzie nie prowadzą. Tam gdzie przekraczaliście wzgórze pokryte zielenią, czasami dostrzegaliście wyżłobione ślady po kołach wozu. Z reguły stare, choć ich obecność świadczyła o tym, że ścieżka ta była często wykorzystywana swojego czasu. Przez cały czas pogoda wam dopisywała. Tak jakby bogowie się do was uśmiechali. Tak też zresztą mówili twoi drużynnicy, którzy wdzięczni Olrikowi ulewali każdego wieczora miodu z beczułki wyniesionej z Wormsburga.

Dziesiątego dnia od opuszczenia Grottiburgu dostałeś jasny znak że albo masz szczęście, albo bogowie się za tobą w istocie wstawiają, albo moc artefaktu jest na tyle potężna by być skutecznym przewodnikiem na niezbadanych terenach.

Dotarliście do doliny, którą przecinała nieduża rzeka utworzona z wodospadu którego początek niknął gdzieś w górze. Przekroczyliście ścianę wody stąpając po szerokiej półce skalnej, by stanąć w oświetlonej jasno grocie nie większej niż główna izba długiego domu. Źródłem światła były dziwne kryształy, niechybnie magiczne umieszczone w topornych, metalowych okowach zakotwiczonych bezpośrednio w ścianach. Na przeciwległej do wodospadu ścianie zaś znajdowały się okrągłe, duże, kamienne drzwi. Płyta była wyższa od któregokolwiek z wojów i idealnie ociosana. Jej brzegi były zatopione w skale, tak że dopiero po dłuższych i uważniejszych oględzinach można było stwierdzić, że nie została ona wykuta bezpośrednio w ścianie groty. Nie była natomiast oznaczona żadnymi runami, wzorami i rytami. Była gładka.


Dalsza część
_________________
#Przyjaciel czy Wróg => Alex Zir, człowiek, magister alchemik.
#Przekleństwo Wzgórz Hager => Brokk Imrakson, krasnolud
#Sylvania - Ziemia Przeklętych => Gerhard, człowiek
#Lily et Pique - Blaise Cillianmour, szlachcic
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź stronę autora
kain
Mod Magów
Mod Magów


Dołączył: 20 Lut 2005
Posty: 2262

PostWysłany: Pon Kwi 14, 2014 13:52    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Z ciężkiego snu w jaki zapadłeś po męczącej wędrówce, wybudził cię jakiś szmer. Podniosłeś powieki i odruchowo zacisnąłeś mocniej dłoń na włóczni, którą trzymałeś przez cały czas. Po drugiej stronie ogniska, na ziemi siedział nieznajomy. Skóra niczym papier była obciągnięta na wyraźnie odcinającej się czaszce. Oczy całkowicie białe wpatrywały się w ciebie, a siwa broda wydawała się być nierealna. Odziany był w zbroję dopasowaną zarówno z części skórzanych, kolczyk, jak i płytowych. Z tego co zauważyłeś nie był uzbrojony.





- Witaj Wędrowcze – odezwał się, a głos jego był trzeszczący, ponury, zimny i słyszalny w samej duszy - Długo odzyskiwałem siłę, by móc z tobą się rozmówić.
Kain wiele w życiu widział, więc średnio go to zaskoczyło choć fakt, że nie znajomy podszedł niezauważony do jego obozowiska sprawił, że zabójca poczuł się nieswojo. Nie był uzbrojony, więc i Kain odłożył swą broń wszelaką. Podszedł do ogniska i położył ręce nad ogniem chcąc ogrzać się.
- Witaj.. Kim jesteś? - zapytał by potem dodać - Czemuż to chciałeś ze mną rozmawiać, czym sobie zasłużyłem..?
- Moje imię nawet dziś wymawiają z szacunkiem - masz wrażenie że się uśmiechnął - Gdy kroczyłem po tej ziemi śpiewo pieśni o mych zwycięstwach i czynach. Jestem Eryk, wybraniec Olrika. Ten który dzierżył czarną włócznię bogów. Jestem tu, bowiem w zaświatach nie ma wojowników, którzy byliby w stanie się ze mną mierzyć. Nie ma tam godnego wyzwania. Związałem zatem swą duszę z czarną włócznią, najpotężniejszym orężem by wraz z jej posiadaczem ponownie dokonywać wielkich czynów. To jest bowiem przeznaczeniem każdego kto chwyci ten oręż. Tylko wielcy mogą z niej korzystać.
Jego głos trzasnął jak łamiąca się gałązka, ale Eryk nie przestawał mówić.
- Chciałem spotkać tego z kim przyjdzie mi dzielić wszystkie zwycięstwa, bowiem świat ten rodzi wielu bohaterów i potworów, które tylko czekają na to by ich pokonać.
Milczał w skupieniu wysłuchując słów Eryka, którego imię i czyny nic nie mówiły zabójcy. Wzmianka, że nie ma w zaświatach wojownika, równego mu sprawiła, że na twarzy Kaina pojawił się uśmiech.
- Włócznia...Przybyłeś tu tylko dla tego, że pokonałem Aderusa i odziedziczyłem po nim ten patyk - spojrzał z pogardą na włócznię
Miała w sobie coś, nie mógł temu zaprzeczyć ale on zarania dziejów i odkąd, mężczyzna z czarnymi bliznami, pamiętał topór i miecz były synoniem prawdziwego oręża.
- A tu i teraz… możesz mi rzucić wyzwanie… chyba że wolisz rozmawiać ? - zapytał z lekką ironią Eryka.

- Wyzwanie? Hahahahaha! - zaśmiał się sucho Eryk, a w śmiechu jego przebrzmiewał jęk potępienia - Nie możemy walczyć. Mógłbym co najwyżej sięgnąć po twą duszę, sprawić że osiwiejesz lub nawiedzic cię w koszmarach… to czyny niegodne wojownika, a sztuczki jakie mógłby wykorzystać czarownik lub tchórz. Bez różnicy.
Wskazał na leżącą obok ciebie włócznie.
- Ja jestem tym orężem. Mogę walczyć jedynie gdy twoja dłoń trzyma tę broń. Gdy zaś tak będzie wiedz że moc włóczni i moc mej duszy w niej zaklętej… nic im się nie równa na tym, ani na tamtym świecie. Bym jednak mógł znów poczuć zew walki, musisz powiedzieć ‘Przyjmuję cię’ - żachnął się - Takim warunkiem obarczyli mnie bogowie gdym składał przed nimi prośbę o powrót do tego świata.
- A jeśli tego nie zrobię ? - zapytał Kain czekając na odpowiedź.
Eryk milczał przed dłuższy moment.
- Wtedy nie będę w stanie użyczyć ci swej siły. Włócznia będzie zwykłym orężem, gdyż opętany zawiścią nie pozwolę ci skorzystać z jej mocy.
Decyzja. Uwielbiał je podejmować, i choć nie zawsze były one poprawne wiele się nauczył przez ten czas. Spojrzał rozmówcy w oczy i rzekł:
- A więc niech tak będzie. Nie potrzebuję Ciebie ani Twej siły, bowiem jeśli Ty dawałeś siłę i moc Aderusowi Kovalowi a ja go pokonałem znaczy to jedno.. nie jesteś godzień by mi służyć. Gdy trafię w zaświaty sprawdzimy swe siły … lecz teraz.. tu… w tym momencie… nie masz nic co możesz mi zaoferować. Ja nie służę nikomu. Ja nie przyjmuję nikogo. Ja biorę, zabieram co chcę...
Eryk wstał natychmiast jakby chciał się na ciebie rzucić, ale zaraz się rozluźnił uświadamiając sobie że nie może ci nic zrobić.
- Aderus… - warknął - nie był godzien mej siły. Ale będzie jak chcesz. Jeśli nie chcesz mego wsparcia oddaj włócznię pierwszemu którego spotkasz.
- Ha… oddam ją… jeśli zechcę… Nie Tobie Eryku decydować… lecz nim odejdziesz możesz mi coś rzec. Kim jest ów pierwszy strażnik? - zapytał siedząc jeszcze na swoim miejscu
- Nie okazujesz mi szacunku, a śmiesz jeszcze zadawać pytania? Gdybym miał choćby i wątłe mięśnie i kruszejące kości pobiłbym cię tu gdzie stoisz.
- Lecz nie masz… mówisz o swojej sile..potędze..lecz ja jej nie widzę.. Twój poprzedni sługus padł.. mówisz że nie był godzien Twej siły a mimo to dałeś mu ją … chyba że go okłamałeś co czyni Cię nie tylko oszustem ale i zdrajcą… - podsumował słowa Eryka, obracając je przeciw niemu samemu.
- Kto rzekł, że dałem swą siłę Aderusowi? Był wątłym thrallem. Uzurpatorem niegodnym królewskiego tronu.
- Nie mi to oceniać - podsumował wywód Eryka Kain - Czy jeszcze jakiś powód jest, że ukazałeś mi się i oferowałeś swoją moc ? - choć nie było tego można wyczuć ostatnie słowo było wypowiedziane z ironią.
- Jeśli myślisz że go pokonasz bez mojej pomocy, jesteś głupcem Kainie. Idź na stracenie ze świadomością że będę obserwował twoją porażkę.
Po tych słowach zaczął na twoich oczach znikać, rozwiewać się z większym podmuchem wiatru. Po kilku sekundach nie było po nim śladu, prócz pamięci o samej rozmowie.
Kain został sam wpatrując się w czarną włócznię. Nie lubił jak ktoś mu coś każe, choć Eryk był kiedyś może i potężnym wojem ale teraz to przeszłość. Wstał powoli ubierając się i gotując swój rynsztunek i siebie do dalszej wędrówki. Czas spotkać pierwszego strażnika. Drżał cały z podniecenia. Może w końcu ktoś godny zakończy jego tułaczkę… Uśmiech pojawił się na jego twarzy. Był gotów. Włócznia idealnie nadawała się jako coś czym można było się podpierać. Broń...prawdziwą broń miał na plecach.
Ruszyłeś dalej kierowany determinacją i prowadzony przez moc artefaktów. Przekroczyłeś przełęcz prowadzącą wgłąb gór. Wszedłeś na tereny gdzie góry zaczęły osiągać imponujące rozmiary. Niektóre szczyty mogły być nawet wyższe od tych które rosły w paśmie gór środkowych. Niektóre przypominały megalityczne konstrukcje które nie mogły zostać stworzony tylko i wyłącznie siłą natury. Mimo to półki skalne były szerokie, wzgórza umożliwiały przejście, a przez przesmyki mogłyby maszerować całe oddziały. Łatwo przychodziło wyobraźni ujrzenie kroczących tędy olbrzymów.
Po spotkaniu z Erykiem twoja wędrówka nabrała jakby nowego kierunku. Artefakty mocniej zaczęły ciągnąć w jedną stronę. Tobie pozostawało jedynie odnajdywać najłatwiejszą drogę. Po czterech kolejnych dniach, licząc już kurczące się zapasy i wiedząc że nie wystarczą już na drogę powrotną, stanąłeś w dolinie, którą przecinała niewielka rzeczka która swój początek brała u podnóża góry. Gdy zbliżyłeś się do źródła, ujrzałeś przesmyk przecinający całą ścianę skalną niczym olbrzymie pęknięcie. Wewnątrz było ciemno. Przygotowałeś pochodnię i ruszyłeś do środka.
Wpierw powitał cię nieprzyjemny chłód i wilgoć skraplająca się na ścianach. Nie widziałeś nad sobą sklepienia, ani nie prześwitywało nad tobą żadne światło. Ścieżka wiodła z początku prosto, ale po kilkudziesięciu metrach zaczęła opadać i wić się sprowadzając cię do podziemi. Kilka razy musiałeś zmierzyć się ze schodami, o stopniach które dla ciebie były prawdziwymi uskokami. Zeskakiwanie było wycieńczające dla nóg. Wspinaczka w drodze powrotnej, możliwa tylko z liną i hakiem.
Straciłeś już rachubę czasu. Ile tak wędrowałeś? Pół dnia? Dzień? Dwa? Kilkukrotnie musiałeś przystawać na odpoczynek. Raz nawet zapadłeś w krótki sen. W końcu jednak dotarłeś do kresu swej wędrówki.
Olbrzymia grota rozciągała się przed tobą. Ciemność tu została rozproszona mdłym, zielonkawym światłem bijącym od grzybów licznie zaścielających ściany, sufit i kamienne podłoże groty. Same ściany nie były gładkie. Sprawiały wrażenie poszarpanych podłużnymi szramami, a liczne półki skalne sprawiały że całość wydawała się być niesamowitym labiryntem zbudowanym wokół olbrzymiej pustej przestrzeni. Nieduża rzeczka przecinała całą szerokość jaskini. Nurt był jednak nie szerszy niż metr. Przy jednej ze ścian musiało dojść do stąpnięcia, bowiem olbrzymia hałda kamieni sięgająca niemal do połowy wysokości tej gigantycznej jaskini, zaścielała odcinek około sześciu metrów.
Jeśli prowadziło stąd jakieś wyjście, znalezienie go zajmie ci wiele dni – na każdej z półek bowiek mógł się znaleźć tunel wiodący dalej. Jednak artefakty prowadziły cię do tego miejsca.
Kain nie należał do wielkich myślicieli. Zanurzenie w rzece nie zdało rezultatu więc postanowił udać się do góry. W końcu góry były jego celem. Przygotował się i począł się wspinać.
Najłatwiejszą droga do wspinaczki wiodła przez hałdę gruzowiska, więc przekraczając całą grotę zabrałeś się do wspinania.
Ledwie zacząłeś się wspinać, a twój wzrok spoczął na ukrytym między grzybami, mchem i kamieniami łańcuchu o rdzewiejących ogniwach. Każde z nich wykonane z pręta grubego jak twoja ręka. Jeden koniec łańcucha niknął w ścianie. Drugi jak powiodłeś wzrokiem, wiódł do hałdy po której się właśnie wspinałeś.
Hałda zaś właśnie zaczęła drżeć i ruszać się pod twoimi stopami...
Łańcuch...mężczyzna złapał jeden jego koniec i zaczął ciągnąć (walę na pałę żeby nie było). Oczywiście wcześniej zszedł z hałdy, by móc mocno zaprzeć się stopami o ziemię.
Pociągnąłeś i w tym momencie też hałda zaczęła się podnosić unosząc za sobą łańcuch i ciebie razem z nim. Puściłeś się odruchowo, by nie zawisnąć. Gruzowisko zaczęło się osypywać w trakcie ruchu. Kolejne kamienie odpadały lądując na ziemi. Mech odpadał płatami, a twoim oczom zaczęła się ukazywać humanoidalna sylwetka...




Powiedzieć że postać ta góruje nad tobą to za mało. Mierzący więcej jak siedem metrów wysokości olbrzym mógłby uchodzić za megalityczną statuę. Jego skóra jest niebieskawo-zielonkawa od mchu który jeszcze nie odpadł do końca. Twarz jest kanciasta, a gęsta broda pożółkła.
Odziany w zbroję i skóry gigant wydawał się zdezorientowany. Przetoczył głową w prawo i w lewo jakby czegoś szukając. Zauważyłeś że łańcuchy są przypięte do obręczy spinających nadgarstki.
“Duży skurwiel” - pomyślał wojownik a w jego oczach pojawił się szacunek do owej istoty. Podszedł spokojnie, nie wyciągając broni i krzyknął:
- Może pomóc, bo widzę że cosik Cię te łańcuchy uwierają ?
Kainowi raz przyszło mierzyć się z kimś podobnych rozmiarów, lecz od tej istoty biła siła. Potęga. Nim wyzwie go...zamierzał pierw upewnić się, że czyni dobrze i godnie. Choć raz chciał zachować się...w porządku. Śmierć tej dziewczyny...ciążyła mu. Podświadomie.
Gigant dopiero gdy się odezwałeś opuścił głowę i spojrzał na ciebie. Pochylił się lekko.

- Człowiek? - w głębokim głosie przebrzmiewało zdziwienie - Łańcuchy może zdjąć tylko przeznaczenie - mówił bardzo powoli - Kim jesteś?
Kain usiadł ze skrzyżowanymi nogami na przeciw olbrzyma. Nie zamierzał z nim walczyć a przynajmniej na razie. Bronie odłożył na bok, bowiem nie chciał go prowokować bez potrzeby a jedynie porozmawiać. Przynajmniej na razie.

- Jestem Wędrowcem… tak mnie zwą - skłamał - przybyłem z daleka. Mówisz o przeznaczeniu… lecz to dla mnie zagadka. Kim jesteś i dlaczego Cię skuto potężny olbrzymie ?

- Skuto? To wynik… mojej decyzji. Chaos przybył na te ziemie, a ja mu odmówiłem. Nie mogąc mnie zabić… Vergosh Przeklęty wespół z mymi zdradzieckimi pobratymcami zamknął mnie tu. Bogowie zaś uznali wyrok, ale rzekli że okowy spadną gdy wybije godzina złączenia. Czuję że jest blisko… fragmenty… masz je?

Kain przytaknął lecz dopytał;

- Kim jest Vergosh...czy on tak jak i Ty jest olbrzymem lecz dołączył do Chaosu ?

- Nie… Vergosh nie jest z mego rodu. Vergosh to potężny czarnoksiężnik. Przybył niedawno do Wysokich Gór. Jeśli masz fragmenty, złącz je w tym miejscu, a okowy me spadną. Będę mógł ponownie stanąć do walki z mym oprawcą.

- Nie mam wszystkich elementów… one są tylko środkiem do celu. Przybędą tu inni z resztą przedmiotów. Jedni chcą je wykorzystać by ratować ten kraj, inni by go splugawić i utopić w chaosie. Jak Ci na imię olbrzymie, bo nie odpowiedziałeś?

- Vergosh...pewnie masz na myśli Varrla… wiesz gdzie mogę go spotkać ? - zapytał i dodał - Powiedz mi czemu mi powiedziano, że jesteś
pierwszym strażnikiem..Cóż to mogło znaczyć
? - padło kolejne pytanie.

- Jestem Styrmir Groźny - rzekł gigant - Bogowie chcieli bym strzegł tego miejsca. Tylko dlatego zgodzili się na wyrok Vergosha. Mam go strzec, by prawi złączyli fragmenty. Jeśli życie me zostanie zabrane, drugi strażnik nadejdzie. Jeśli zawiodę, pazury i kły zstąpią na przeklętych. Tak rzeczą słowa przepowiedni Wędrowcze. Lecz ty nie masz wszystkich elementów. Nie mogę cię poddać próbie.

- Ile jest tych elementów ? - padło pytanie - Jakaż to próba miala by mnie czekać ?
- Gdybyś zebrał wszystkie elementy musiałbyś dowieść że jesteś prawym człowiekiem. Musiałbyś mnie przekonać, żebym pozwolił ci te przedmioty złączyć w artefakt. Elementów jest zaś… dziewięć.


- Cóż...czyli straciłem tylko czas. Chciałem walczyć z Tobą lecz … - nastąpiło milczenie by po chwili mógł kontynuować - nie dziś i nie teraz nam będzie to dane. Powiedz mi Stymirze, czy śmierć Varrla również oswobodzi Cię z tych kajdan, bo choć nie chcę z Tobą walczyć, chętnie zwrócę Ci wolność ?

Gigant nie odpowiedział na pytanie. Zamiast tego zadał własne.

- Czemu chciałeś ze mną walczyć?

Kain wstał i rzekł:

- Żyję od ponad wieku, od kiedy Asvar Kul został Wybrańcem… Walczylem z wieloma, lecz żyję i nie mogę umrzeć, póki za swe zbrodnie nie odpokutuję. Całe życie walczę lecz nikt mi nie dorównał do tej pory. Magowie, czempioni, giganci, potwory..oni wszyscy, którzy stanęli mi na drodze nie żyją. Chciałem Cię wyzwać by przekonać się o swojej i Twojej sile lecz … Ty masz ważniejszy cel do spełnienia. Czy ta odpowiedź Cię zadowala ?

- Zadowala - kiwnął głową - Jeśli życie ci ciąży mogę je odebrać. Mogę też dać mu cel. Zrobię jedną z tych dwóch rzeczy, bowiem przychodząc tu dowiodłeś żeś odważny i zaradny.

- Cel chcesz mi dać. Chętnie zobaczę co oferujesz Potężny gigancie… - czekanie nastąpiło po tych słowach. Do walki Kain nie rwał się choć chętnie by się sprawdził lecz...może to nie był ten czas.

- Sam rzekłeś że jesteś Wojownikiem. Dowiodłeś żeś odważny. Z twych słów wynika żeś dumny. Dostrzegam potencjał w ludzkiej rasie, pomimo że jesteście od nas mniejsi. Stań do walki z Chaosem przy moim boku, gdy już spadną okowy. Niszcz plugawe moce tam gdzie się pojawisz. Taki cel nigdy nie wygaśnie, a twoi bogowie, jeśli nie trzymają strony Czwórki, będą zadowoleni.

- Bogowie mnie przeklnęli Gigancie...choć faktycznie Twój cel wydaje się być słuszny. Nim jednak podejmę decyzję, chciałbym dowiedzieć się czegoś więcej o Tobie, historii twoich braci i o tych artefaktach. Skąd się wzięły, kto je stworzył ?

Gigant poruszył się rozluźniając mięśnie - dopiero teraz zauważyłeś że w zasadzie stał bez ruchu przez cały czas.

- Dobrze. Usiądź zatem, bowiem zajmie to trochę czasu. Jeśli jednak dobrze czuję, mamy go jeszcze dużo zanim pozostałe fragmentu tu trafią…

Gdy otworzył usta po raz kolejny, zaczął opowiadać o minionych czasach...Wiele czasu minęło i doszedł zakład, który miał wyłonić potężniejszego. Kain jednak nie docenił przeciwnika a jego karą miała być 1000-letnia służba u boku Olbrzyma. I tak z zabójcy stał się strażnikiem. Wartownikiem tego miejsca.
_________________
#sesja Miasto: Dante Cavenaghi
#sesja Wichry Północy: Kain

Kobiet potrafiących służyć za materac jest wiele na tym naszym nie najweselszym ze światów. Ale znalezienie dowcipnie czy roztropnie gadającego materaca nie jest już takie proste
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
Ethereal
Landgraf
Landgraf


Dołączył: 22 Lip 2005
Posty: 2989
Skąd: Elbląg

PostWysłany: Sob Wrz 27, 2014 02:53    Temat postu: Sesja solo - post pierwszy Odpowiedz z cytatem

Dotarliście do doliny, którą przecinała nieduża rzeka utworzona z wodospadu którego początek niknął gdzieś w górze. Przekroczyliście ścianę wody stąpając po szerokiej półce skalnej, by stanąć w oświetlonej jasno grocie nie większej niż główna izba długiego domu. Źródłem światła były dziwne kryształy, niechybnie magiczne umieszczone w topornych, metalowych okowach zakotwiczonych bezpośrednio w ścianach. Na przeciwległej do wodospadu ścianie zaś znajdowały się okrągłe, duże, kamienne drzwi. Płyta była wyższa od któregokolwiek z wojów i idealnie ociosana. Jej brzegi były zatopione w skale, tak że dopiero po dłuższych i uważniejszych oględzinach można było stwierdzić, że nie została ona wykuta bezpośrednio w ścianie groty. Nie była natomiast oznaczona żadnymi runami, wzorami i rytami. Była gładka.

Ulfir nie dziwował się rozwojowi wypadków. Włóczęga z południa już kilkukrotnie dowiódł, że nie był zwykłym człekiem. Jego przeklęte, obliźnione czernią ciało zniosło niepokojące efekty ciosu równie przeklętej dzidy. Ponury zastanawiał się, czy duch z oręża go przypadkiem nie opętał... i co to oznaczałoby dla niego i dla reszty Norsmenów.

Syn Egilla pożegnał samozwańczego króla Norski tak, jak należało pożegnać każdego męża, który legł na Hongandze. Mimo, iż nie darzył Aderusa Kowala, Króla Thralli, sympatią... to jednak zasłużył on sobie na szacunek. Wywalczył swój status, przekonał ludzi ze swego otoczenia, a ci za nim poszli. Pokonał Eryka Czarną Rękę w wojnie domowej i rozbił w puch najazd Chaosytów z północy. Poszukiwał artefaktów na pochybel Varrlowi. Jego śmierć może wywołać problemy na jego dawnych włościach... i osłabić pozycję Norsmenów w nadchodzącej szarpaninie z fanatykami Czarnoksiężnika. Za to ten południowiec żył. Los był przewrotny. Zamienił jednego niepewnego, tymczasowego sojusznika na drugiego, który w dodatku był przeklęty.

Ulfir miał nadzieję, że on i ten niepokojący wędrowiec nie są jedynymi, którzy szukali przedmiotów i chcieli walczyć z Varrlem. Inaczej, mogłoby się okazać, że tylko on miał stawić czoło nawałnicy. Sama myśl o tym przysparzała ciężaru jego ramionom.

Po pożegnaniach, wyruszeniu i zapoznaniu się z nową drużyną, Ulfir porzucił na jakiś czas ponure rozmyślania i skupił się na podróży... oraz jej celu. Góry Thjazi. Miał cichą nadzieję, że Mira i jej współplemieńcy dotarli tam przed nim, cali i zdrów. Nie poświęcał natomiast zbyt wiele uwagi swoim nowym drużynnikom, ponad sprawy niezbędne. Nawet kobieta, atrakcyjna i piękna jako Bretonka, pomimo (albo właśnie dlatego) iż przekuta w stal, ani chybi przez Aderusa czy jego ludzi, nie interesowała go bardziej niźli reszta. Teraz cel był jasny. Góry Thjazi. Podziemne sadyby tamtejszego ludu. Mira. Jej słowa, przepowiednia... I niezbadane, niebezpieczne głębiny, gdzie ani chybi czekał na niego kolejny przedmiot. Czuł to, czuł, jak kostur szamana Underjordisar ciągnął go ku temu nieznanemu artefaktowi.

Popasy i wizyty we fjordach były krótkie. Wężobójcy zależało na jak najszybszym dotarciu do schronienia, jakie oferowały sobą groty ludu Thjazi. Wtedy można byłoby odpocząć, zasięgnąć języka, podumać o tym, co dalej - i podjąć decyzje, działania.

Kiedy dotarli do doliny z wodospadem w głębi gór Thazji, rozpoznał robotę tego ludu. Świecące kryształy ani chybi wyciągnięto z trzewi ziemi. Żelazne okowy były toporne, gdyż podziemni nie słynęli z obróbki metali - ale kamienia już tak, czego dowodem były masywne, idealnie wykute i obrobione drzwi w kolistej formie. Ulfir obejrzał je, oraz resztę jaskini, uważnie i niespiesznie - po czym zaczął działać. Zaczął od prostego rytuału gościa - pukania w drzwi i zapowiadania siebie i swych towarzyszy. Jeśli to nie przyniosłoby rezultatów, miał zamiar powtarzać to kilka razy, mocniej i głośniej - a potem, jeśli nadal nie otrzymaliby odzewu, spróbować naprzeć na drzwi siłą, z pomocą co tęższych wojów. Po uprzednim upewnieniu się, że ktoś nie zastawił tu jakichś podstępnych sideł.

Rytuał gościa powtórzony trzykrotnie przyniósł w końcu spodziewany efekt. Usłyszeliście stłumiony przez skalną ścianę odzew gdzieś zza płyty. Potem następny ale ten poniósł się solidnym echem, przez co nie mogliście już ocenić czy dochodzi zza okrągłej płyty, czy też z innego kierunku. Zastygliście w oczekiwaniu wpatrzeni we wrota, pewni że zaraz się otworzą. I tak też się stało. Płyta drgnęła i zaczęła się cofać przy osypującym się kamiennym pyle. Gdy schowała się na pół metra, zaczęła się toczyć w prawo odsłaniając kolejną grotę, ukrytą za tą w której już byliście. Ujawniła się też stojąca w przejściu postać. Część wojów wzdrygnęła się i sięgnęła odruchowo po broń, bowiem była to istota karłowata, odziana w podarte, acz liczne szmaty i wyraźnie przygarbiona. Byłeś jednym z niewielu, którzy rozpoznali przedstawiciela Thjazi - oszpeconych kuzynów wysokich synów gór.

- Witaj Ulfirze, synu Egila - rzekła i wykonała zapraszający gest w twoim kierunku - Podążaj za mną, do naszego królestwa.

Odwróciła się i zaczęła iść kulawym krokiem wgłąb groty, która teraz ujawniła się wam w całej okazałości. Była o wiele większa od przedsionka i bardziej nieregularna. W wielu miejscach na różnych wysokościach były poprzewieszane sznurowane mosty. W wielu miejscach wyciosano w kamieniu regularne stoły, nisze, siedziska. Grota też miała niezliczoną ilość wyjść w postaci niskich, jak i wysokich portali prowadzących do zaciemnionych korytarzy. Dominował kamień, ale jego surowość była gdzieniegdzie złamana przez toporne metalowe ozdoby lub skórzane zasłony. Ujrzeć to wszystko było wam dane tylko dzięki świecącym mdłym światłem kryształom.
Grota nie była pusta. Wiele podobnych do waszego gospodarza postaci krążyło w zasiegu wzroku - czy to po skalnej posadzce, czy to po sznurowych mostach. Gdy was dostrzegały, zastygały nieruchomo obserwując wasze przybycie spod głębokich kapturów skrywających brzydotę twarzy.

Gdy podążyliście za przewodnikiem, ujrzeliście że wrota zostały wciągnięte i przetoczone na bok przez masywnego potwora skulonego teraz przy ścianie. Gdyby się wyprostował o trzy lub cztery głowy przewyższałby wzrostem najwyższego z wojów. W barkach byłby szerszy niźli dwóch, ale kończyny miał przy tym groteskowo chude i długie. Pysk, bo twarzą tego nazwać nie można, był strasznie brzydki, pokryty krostami i brodawkami. Z dolnych warg wystawały kły, a czaszkę zdobiły rzadkie, długie włosy. Na szyi i nadgarstach owa bestia miała metalowe okowy od których pociągnięty był łańcuch niknący gdzieś w ścianie.
Na powitanie człeka spod gór, Ulfir skinął poważnie głową. Nie bał się i nie wzdrygnął. Thjazi byli mistrzami kamienia - można było jedynie podziwiać ich przemyślność oraz kunszt. Stworzyli przesuwające się drzwi z kamienia, praktycznie niemożliwe do sforsowania. Zabezpieczyli się co najmniej dwoma przewężeniami w tych dwóch komnatach-grotach, gdzie mogli w dziesięciu przeciwstawić się tysiącowi, bijąc ich pojedynczo, podczas gdy ci tylko by sobie przeszkadzali.

Kiedy kroczyli po wielkiej grocie, Ulfir uważnie wszystko obserwował. Nie mógł pozbyć się natrętnej myśli, iż Thjazi mieli wiele wspólnego z krasnoludami. Brodaty lud również po mistrzowsku obrabiał kamień, żył pod górami i mieszkał w wykutych przez siebie grotach. I również nie był uznawany za piękny. Daleko jednak było im w brzydocie do pokrzywdzonych pod tym względem skarlałego pomiotu olbrzymów (chociaż któż tam wiedział, jakie kaprawe mordy skrywały się pod obfitym zarostem Khazadów). Daleko też im było porównywać się w walecznośc. Thjazi nie słynęli z bitności czy męstwa… ani, po prawdzie, jakiegokolwiek rozlewu krwi. Nie byli również tak sprawni w obróbce metalu. Ukochali sobie wyłącznie kamień. Ale, tak jak brodacze, skrywali swe kobiety przed oczyma niepowołanych osób.

Zastanawiające było, dlaczego Thjazi kroczyli zakutani i zakapturzeni pośród siebie. Czy założyli swe szmaty specjalnie na przybycie gości z zewnątrz? Mieli ich jednak tak dużo i zachowywali się tak naturalnie, że to było mało prawdopodobne. Zaprawdę, skrytym był lud spod Gór Thjazi.

Jedynym bardziej odkrytym był ów zdeformowany stwór, wykorzystywany jako odźwierny i koń pociągowy w jednym. Ulfir odczuwał mieszane emocje na jego widok - niechęć, obrzydzenie, współczucie, lęk, obojętność. Szczególnie zapadła mu w głowie myśl, iż ów stwór przez samą swą naturę stał się niewolnikiem. Nawet, jeśli był dobrze karmiony i traktowany (a nie wyglądał na takiego) oraz zbyt głupi, aby pojąć istotę wolności, to jednak Ulfir znalazł w nim pewną alegorię samego siebie. Człowieka, który stał się zabawką bogów i ich ziemskich wysłanników. Został też obarczony ciężkim brzemieniem losu, którego nie sposób było zrzucić bez olbrzymich konsekwencji. Stał się niewolnikiem bóstw, losu oraz samej swej ludzkiej natury. Jedyną nadzieją było sprostać przeciwnościom losu i poszukać w międzyczasie szczęścia… oraz zemścić się na tych, na których należało się zemścić, oraz nie pozwolić, aby ktokolwiek w przyszłości ograniczył mu wolność bez jego zgody.

Wasz przewodnik powiódł was przez grotę. Tylko kilkukrotnie ujrzeliście pod kapturami twarze spoglądających na was karłów. Za każdym razem były one okrutnie zniekształcone i groteskowe. Twoi drużynnicy zaczęli szeptać między sobą. Wychwyciłeś słowa zdradzające niepokój i pogardę dla kryjącej się w górach rasy. Zaraz jednak ktoś z wojów warknął uspokajając rozmowy.

Ulfir nie dziwił się zachowaniu swoich wojów. Byli to wszak Norsmeni, ludzie północy, nawykli do oglądania twarzy im podobnych. Okazyjnie widywali krasnoludy czy istoty odmienione mocami bogów, jednakże były to zjawiska, a nie dzień powszedni. A teraz trafili pośród pokręconych, skrytych i dziwacznych karłów o legendarnej wręcz szpetocie.

Grota kończyła się urwiskiem. Szeroką półką za którą rozciągała się przepaść, a za nią jawiła się kolejna półka po której poruszały się niewielkie, okutane w szaty postacie. Przez przepaść przerzucono kilka sznurowych mostów chyboczących się zdradziecko. Jeden zaś, potężny i kamienny, imponował monumentalnością. Podwieszony do niknącego w mroku sufitu za pomocą łańcuchów o olbrzymich ogniwach trwał niemal nieruchomo. Składał się z solidnych bloków połączonych takimi samymi łańcuchami. Kto dłużej by się przyjrzał, uznałby, że kamienne bloki tworzące ścieżkę niemal niezauważalnie bujają się.
Zaiste niesamowity był to widok. Jednak dopiero gdy spuściliście wzrok do dołu, w waszych piersiach mogło zabraknąć dechu. Na ścianach obu urwisk – zarówno tego na którym staliście, jak i tego po drugiej stronie przepaści – rozciągało się podziemne miasto. Osadzone pod dziwnymi kątami konstrukcje wykonane z kamienia i drewna, niechybnie były domami. Na licznych półkach połączonych skalnymi bądź sznurowanymi mostami mrowiło się od spacerowiczów. Wszystko zaś oświetlały nieregularnie rozmieszczone kryształy w większych bądź mniejszych skupiskach. Miasto żyło intensywniej niźli Stormstaad.

Syn Egilla był pod wrażeniem tego miejsca. Onegdaj był w Stormstaadzie, a także, jako młodzieniec, który nie przeszedł jeszcze próby wieku, na ziemiach Południowców - w wielkim, gwarnym i smrodliwym mieście Marienburg. I chociaż sadyba Thjazich była z pewnością mniejsza od tamtego portu, to jednak była na swój sposób dalekroć bardziej wspaniała. Nors uśmiechnął się - być może, jeśli brzemię losu okaże się dość lekkie, uda mu się odwiedzić jeszcze inne miejsca. Jak na przykład warownię krasnoludów, ażeby porównać jej podziemia z miejscem Thjazich.

Przewodnik poprowadził was do dziwnej konstrukcji stojącej na skraju urwiska. Przypominała wyglądem wywróconą dnem do góry łódź, a w zasadzie jej połówkę. Była jednak wyciosana w kamieniu i przyczepiona na sztywno łańcuchami do posadzki skalnej i do ściany na odległości dwudziestu kroków. Zamiast tarcz na burtach umieszczono kamienne dyski, a każdy z nich był opleciony grubą liną, która następnie niknęła w głębi owej dziwnej łodzi i spadała w dół za urwisko. Koło tej dziwnej konstrukcji stały trzy masywne istoty, przypominające odźwiernego.

Ponury nie poświęcił zbyt wiele uwagi otępiałym “twarzowcom”, taksując za to wzrokiem całą tą konstrukcję. Musiała coś symbolizować - podróż, z pewnością. Ale dlaczego akurat tak?

Thjazi bez słowa wszedł pod dach łodzi, przeszedł na krawędź urwiska i stanął na drewnianej platformie, szerokiej na dziesięć kroków i długiej na kolejnych dziesięć. Otoczona była na krawędziach niskimi barierkami. Karzeł gestem zaprosił was byście poszli w jego ślady. Gdy tylko ostatni z wojów zajął miejsce na platformie, rozległ się trzask bicza i ponure, głębokie jęknięcie w dziwnym języku. Platforma drgnęła i zaczęła powoli opadać zsuwając się wraz z wami w głąb przepaści. Wasz przewodnik, w przeciwieństwie do kilku nerwowych wojów, wykazywał głęboki spokój.

Wasza nietypowa podróż zakończyła się jakieś trzydzieści metrów niżej. Wyszliście za przewodnikiem na półkę skalną, a potem zagłębiliście się w mniej uczęszczany korytarz. Sklepienie tu było niskie i pokryte lśniącymi w blasku kryształów żyłami jakiś niebieskich minerałów. Waszą podróż przerwała na moment Elwira. Zatrzymała się, jęknęła i dotknęła sklepienia w taki sposób, jakby była to najpiękniejsza rzecz, którą widziała.

Ulfir również zachowywał spokój. Rzeczywiście, skojarzenie łodzi z podróżą było trafne. Ale nadal zastanawiał się, dlaczego akurat łódź? Czyżby Thjazi mieli więcej wspólnego z żeglarzami powierzchni, niż powszechnie sądzono?

Po chwili wznowiliście marsz za swoim milczącym przewodnikiem, by trafić do niedużej sali, również w nieregularny sposób wyciosanej w skale. Sądząc zaś po niosącym się w oddali szumie, do stworzenia tej komnaty mogła się przyczynić przepływająca nieopodal podziemna rzeka. Całą jedną ścianę pomieszczenia zajmowały siedziska, na których usadowiły się Thjazi. Było ich dwunastu. Każdy z nich zaś był odziany w dość luźne szaty. Ich odzienie wyglądało zdecydowanie lepiej niż łachmany, którymi się okrywali napotykani do tej pory przedstawiciele tej tajemniczej rasy. Tutaj krawędzie były obszyte srebrnymi nićmi. W mankiety wpleciono kolorowe kamienie. Stojące kołnierze ozdobione zaś były brylantami. Każdy z tej dwunastki nosił głęboki kaptur skrywający oblicze, a mankiety były na tyle długie i luźno ułożone, że skrywały również ich dłonie. Jeden z nich, ten najbardziej po lewej przemówił. Głos brzmiał starczo i dziecinnie zarazem.

- Witaj Ulfirze, synu Egilla. Ty i twoja świta jesteście tu mile widziani. Jednak wyjaw wpierw cel swej podróży do naszych jaskiń.

Wreszcie, trafili przed oblicza rządców tego miejsca. Ulfir przyjrzał się im uważnie. Nawet delegaci i handlarze wysyłani na powierzchnię przez Thjazich nie byli tak bogato przystrojeni. Te szlachetne kamienie musiały być warte fortunę, szczególnie pośród ludzi Południa, którzy cenili sobie tak obrobione błyskotki. Dla Ulfira, jak i dla większości wolnych Norsmenów, bardziej drogocenne były te srebrne nici oraz szaty. Srebro, w formie siekańców, sceattas i wyrobów, symbolizowało płaciwo i wergild na mroźnym półwyspie. Ubiór zaś nie nadawał się do noszenia przez rosłych ludzi, ale sama tkanina wyglądała na drogą. Norsmeni, choć ubierali się dosyć jednostajnie, to wielce ważyli sobie jakość i fakturę swych tkanin.

- Witajcie i wy, rządcy gór Thjazi. Ja, Ulfir, syn Egilla, wygnaniec, Wężobójca i nosiciel losu, przybyłem do was, gdyż tak nakazała ma powinność. Przemierzam wzdłuż i wszerz cały kraj, ażeby odzyskać zapomniane przedmioty wielkiej mocy. Razem połączone mają stać się zbawieniem Norski… lub jej zgubą, jeżeli trafią w ręce Czarnoksiężnika z Północy.

Nie pytał, skąd znają jego imię. Wieści, szczególnie w czasach tak ciekawych jak te, potrafiły obiegać świat z prędkością błyskawicy - choć wydawało się to niemożliwe. Mogli je usłyszeć w plotkach powtarzanych we fjordach. Mogła im je wyjawić Mira, jeśli tu powróciła. Mogli je otrzymać od duchów, jeśli się z nimi konsultowali.

- Wiem, że jeden z tych przedmiotów spoczywa w trzewiach gór Thjazi. Zanim o tym porozmawiamy, rzeknijcie mi… czy Mira, córa tych gór, wróciła bezpiecznie do swego domu z wizyty w mym fjordzie? Pragnę z nią się rozmówić.

Tym razem odezwał się drugi z karłów. Miał głos podobny do swego poprzednika.

- Mira zdradziła nam twe imię. Rzekła też że jesteście sobie przeznaczeni. Takoż też mówią jej bracia, którzy przybyli do waszego domostwa. Zanim pomówisz z Mirą, rzeknij czy to wszystko jest prawdą.

Ulfir długo mielił słowa, którymi miał im odpowiedzieć.

- Mira opowiedziała mi o przedmiotach i pomogła w ostatnim dniu pobytu we fjordzie. Rzekła mi, że jeśli odnajdę te relikty, będę jej godzien.

Wypowiadając te słowa, zdumiał się. Zdumiał, zadziwił. Zdał sobie sprawę, że w pewnym stopniu ruszył na tą całą wyprawę z powodu bajań przekazanych mu przez dziewkę, która postawiła przed nim równie bajkowe zadanie… oraz wymagania. Musiał to przemyśleć.

Ile sił tego świata go już zniewoliło?

Teraz odezwał się trzeci z Thjazi. Ruch kaptura zdradził jego przytaknięcie głową.

- Dobrze. Zatem będzie ci dane mówić z córą tych gór. Mirą. Gdy będziesz gotów, wróć tu by odbyć próbę kamienia.

Wskazał na jeden z wykutych w skale portali wiodących do korytarza, z którego biła wielobarwna łuna.

Przeszedłeś przez portal i odruchowo zmrużyłeś oczy. Znalazłeś się w korytarzu o ścianach wyłożonych kolorowymi kamieniami. Niektóre z nich świeciły sprawiając że cały korytarz lśnił światłem odbitym od wypolerowanych i wyszlifowanych klejnotów. Nie był długi, ale i tak jego wartość była niewyobrażalna. Przejście wychodziło na niedużą, zbudowaną na planie koła salę, z której odchodziły kolejne odnogi korytarzy. Wchodząc do niej poruszyłeś zwieszającą się ze szczytu portalu firanę z kryształów naplecionych na rzemienie. Zaczęły odbijać się od siebie z delikatnym, wysokim dźwiękiem tworzącym po chwili coś na kształt muzyki.

W środku ustawiono cztery kamienne ławy otaczające donicę, z której wyrastało drzewo. nie było duże, ani rozłożyste. Widywałeś okazalsze. Było jednak osobliwe, gdyż liście były krwiście czerwone. Ponadto obecność zieleni tak głęboko pod ziemią była zaskakująca. Drzewo stało w snopie światła padającego z dziury ustawionej centralnie nad nim. Światło było intensywne i kontrastowało z blaskiem kamieni.

Na jednej z ław siedziała Mira. Wyglądała tak jak ją zapamiętałeś. Piękna kobieta, o trochę wyniosłym spojrzeniu zielonych oczu. Podniosła głowę gdy wszedłeś i kiwnęła głową na przywitanie.

Ulfir po raz kolejny podziwiał kunszt tubylców. Nie widział jeszcze, jak potrafili obrabiać kryształ. Nie handlowali nim. Podejrzewał już, że potrafią robić z nim cuda, kiedy ujrzał światła zamknięte w kryształach. Ale to… to było po prostu coś pięknego. Bogactwo i umiejętności ludu Thjazi musiały dorównywać Khazadom. I jeszcze te dźwięki, ta melodia...

Światło oślepiło na chwilę norskiego męża - podobnie jak niespodziewany widok czegoś w rodzaju dziedzińca. I znajomej osoby. Kiedy się już otrząsnął, podszedł raźnym krokiem.

- Cała i zdrowa. Dobrze. Cieszę się. Opowiedz. - nie wytrzymał i wydusił to z siebie jednym tchem - Jak wędrówka? Coś się wydarzyło? Co z twoimi pobratymcami? Co z moim domem, rodziną, fjordem? Co z moimi ludźmi? Co…

Przełknął gorzką żółć gniewu i żądzy zemsty.

-...z Trygve?

Przez jej twarz przemknął grymas zmartwienia gdy wspomniałeś o witce. Zaraz jednak zniknął na rzecz tego samego nieprzeniknionego wyrazu.

- Trygve wciąż panuje nad wioską. Zaczyna uczyć twoich pobratymców mrocznych ścieżek. Nie otwarcie, o nie… jest na to zbyt sprytny. Ale przesącza plugawstwo w każdym swoim słowie drążąc dziury w duszach synów i cór północy. Twoja rodzina jest póki co bezpieczna. Za moją sprawą ruszyli do twego domu, by tam oczekiwać twego powrotu. Wiesz jednak, że narazie nie możesz tego uczynić.

Ostatnie zdanie było zarazem stwierdzeniem i pytaniem, jakby chciała się upewnić twych zamiarów.

- A to skurwiały eunuch… nie dość mu było służyć za męską dziwkę dla swoich przyjaciół z północy, a teraz kazi mój lud.

Zacisnął pięści w wielkim gniewie.

- A ja nie mogę tam wrócić i go zarżnąć, bo mnie kurwisyn wygnał, a ludzie na to przyzwolili, bo ich gniewem bożym postraszył. Kiedy to wszystko się skończy, znajdę go. Znajdę i każę mu opasać trzewiami drzewo!

Odetchnął i zasiadł ciężko obok dziewczyny. Przez chwilę milczał, pochylony. Dłonie miał złączone, a łokciami oparł się o kolana. Zaczął mówić, wpatrując się bez wyrazu w naścienne klejnoty. Mówił o tym, co go spotkało od chwili wygnania. Pokazał jej kostur, który wydarł z martwych rąk szamana Underjordisar, oraz magiczny miecz przekuty na nowo, znaleziony w podziemiach gór Vanaheim. Pominął szczegóły dotyczące Sygin, skupił się za to na wydarzeniach we fjordzie Grottisburg. Opisał jej postać Włóczęgi z Południa, a także Aderusa. Nie pominął szczegółów i zakończył swą opowieść na przybyciu do ludu Thjazich.

Zaraz potem, po tak długim potoku słów, zmilczał - jakby przypomniał sobie o swej małomówności. Musiał jednak wypowiedzieć te słowa. Musiał komuś się zwierzyć z całości swej wyprawy.

Mira słuchała ze spokojem twojej opowieści. Miałeś przez moment wrażenie że się uśmiechnęła, a jej tajemniczy wzrok ocieplił się, gdy podążyła myślami za twymi słowami. Gdy skończyłeś trwała przez moment w milczeniu, które nastało. Jej wzrok jednak wędrował od ściany do ściany. Tak jakby chciała śledziła echo opowieści zagnieżdżające się w otaczających was skałach.

- Zaprawdę jesteś tym, który przynosi zmiany - rzekła a w jej słowach przebrzmiewała moc - Przepowiedziane zostało że niewolnik zasiądzie na tronie północy. Przepowiedziane zostało, że przedmiot o wielkiej mocy zostanie złączony za jego sprawą i że to on przegna chaos i zło sięgające pazurami po lud zrodzony w wichrach. Tymczasem na własne oczy widziałeś upadek tego, któremu to było przeznaczone. Ty dzierżysz przedmioty które złączą się w jeden.

Z każdym kolejnym jej słowem miałeś wrażenie że jej głos nabiera głębi. Odbijał się echem od ścian. Jej oczy zmatowiały, straciły kolor szarzejąc i zapatrzyły się w dal, jakby wpatrywała się w coś odległego. Poczułeś dziwny ucisk w sercu.

- Odebrałeś przeznaczeniu koleje losu i trzymasz je w rękach. Ci którzy po tobie nadejdą będą mówić o tobie... Jednak strzeż się. Przeznaczenie to potęga, której nie należy traktować lekko. Ono widzi że nie kroczysz jej ścieżką. Widzi to i zrobi wszystko by temu zapobiec. Będzie chciało cię zniewolić. Strzeż się Ulfirze synu Egila.

Po tych słowach jej oczy ponownie nabrały koloru. Odetchnęła głębiej, jakby przez ten cały czas mówiła jednym tchem i przymknęła powieki.

Przez całe te widowisko, Ulfir spoglądał z pewnym przestrachem i nabożnym szacunkiem na Mirę. Rzeczywiście była wieszczką, istotą natchnioną przez bogów. Spae-kona. Jej słowa tylko utwierdzały go w przeświadczeniu, iż był on nosicielem losu. Dodawało mu to powagi… lecz również znów go przytłaczało.

Zignorował ucisk w sercu. Rozważył obydwie opcje - podsycić go i zdusić. Nie wybrał żadnej z nich, skupiając umysł i serce na uspokojeniu się. Tu i teraz nie była wiekopomna chwila. Niech sobie bogowie poczekają, aż ich pionek podejmie decyzję.

Pokiwał głową na ostatnie słowa Miry. Nie pojmował, jak miał walczyć z przeznaczeniem - lecz dobrze mu było z tym, iż chociaż chwilowo i częściowo odzyskał władzę nad swym losem. Pozostało jedynie go utrzymać, rosnąć w siłę… i podjąć decyzję wtedy, kiedy nadejdzie odpowiednia chwila.

- Dziękuję ci, Miro, za wieszczbę. - westchnął ciężko - Cóż teraz?

- Teraz - odparła - Przejdziesz próbę kamienia. Na drodze spotkasz wiele przeszkód i symbole. Kieruj się swoim sercem w wyborach, a ujrzysz raz jeszcze me oblicze.

Wstała z ławki i poprowadziła cię z powrotem do sali, gdzie zasiadało dwunastu Thjazi. Tym razem jednak nie było tu twych towarzyszy. Mira zaś nie przekroczyła progu, zostając w wielobarwnym korytarzu. Pomieszczenie tym razem skąpane było w półmroku. Sylwetki karłów ledwo widoczne, majaczyły się niewyraźnymi konturami. Wyszedłeś na środek.

- Ulfirze, synu Egila - zaczął jeden z nich - Od dawna już trzymamy pieczę nad artefaktem, danym nam przez Ojca. Jednak powierzył nam go wraz z przepowiednią.

Kolejny głos się odezwał z ich strony.

- Przepowiednia głosi, że artefakty muszą zostać użyte, by odpędzić czasy mroku i żałoby. Jednak mogą też do nich doprowadzić. Jedynie ten, kto dowiedzie swej wartości wobec Thjazi, będzie godzien uczestniczyć w zmianach i będzie godzien dzierżyć przedmiot zmian. Spróbujesz teraz swych sił w kamiennym labiryncie. Jeśli nas ponownie odnajdziesz, odnajdziesz też artefakt. Jeśli nie podołasz zadaniu, twe kości dołączą do poprzednich śmiałków.

Jakby na zawołanie, jedna ze ścian sali rozjażyła się dwoma kryształami oświetlającymi wejście do korytarza, którym jeszcze nie stąpałeś. Usłyszałeś brzęk pod swoimi stopami. Ktoś rzucił pod twe nogi pęk trzech długich kluczy. Jeden z nich miał kolor rdzawej miedzi, drugi kolor zimnej stali, trzeci kolor jasnego złota. Nikt wiecej się nie odezwał. Thjazi milczeli. Pozostało ci jedynie wkroczyć do labiryntu.

Z chwilą gdy przekroczyłeś próg, ogarnęła cię ciemność której nie mogłeś przebić wzrokiem. Serce podskoczyło ci do gardła. Poczułeś za sobą chłód kamienia. Niczym magiczna sztuczka, tam gdzie przed chwilą był portal prowadzący do sali, teraz stała ściana. Dla wojownika, przyzwyczajonego do dźwięków natury, głosów towarzyszy, szumu wiatru, czy trzasku ogniska, cisza była niemal ogłuszająca. Nawet powietrze bało się drgnąć. Gdy wciągnąłeś je w nozdrza, poczułeś drażniącą, charakterystyczną woń stęchlizny.

Stłamsiłeś wijący się niczym robal na dnie żołądka strach. Dłońmi namacałeś ściany wokół siebie. Korytarz był wąski i wydawało się że wiedzie w jednym tylko kierunku. Ruszyłeś zatem powoli do przodu, uważnie badając drogę przed sobą. Po kilkunastu krokach robal jednak powrócił. Tym razem zaczął sączyć swój jad powoli. Zacząłeś czuć zwątpienie.

Nie wiesz po jakim czasie, ale mrok zaczął zamieniać się w półmrok. Dostrzegłeś załamanie światła wskazujące na zakręt w korytarzu, który osiągnąłeś po kolejnych kilkunastu krokach. Odruchowo zasłoniłeś twarz ramieniem , cofnąłeś się o krok i zmrużyłeś oczy przed jasnością, w której spowita była okrągła sala. Gdy wzrok się przyzwyczaił, zacząłeś rozróżniać poszczególne kształty, aż w końcu mogłeś dostrzec detale.

Pomieszczenie nie było duże. Rozmiarami przypominało to, w którym rozmawiałeś z dwunastką Thjazi. Oświetlone kilkunastoma kryształami pozwalającymi dostrzec tylko jedno wyjście wiodące do kolejnego korytarza po przeciwległej stronie. Na środku sali zaś umieszczone troje drzwi. Mógłbyś je ominąć, a nawet przejść między nimi. Na pierwszy rzut oka nie wydawały się bronić drogi do niczego.

Osadzone w solidnych framugach, sięgały niemal trzech metrów wysokości. Przez każde z nich mogło przejść dwóch mężczyzn kroczących obok siebie. Skrzydła były bogato rzeźbione, w geometryczne wzory i runy, których przeczytać nie potrafiłeś. Każde z nich miało dziurkę od klucza oraz metalowy pierścień. Dopiero po chwili uświadomiłeś sobie, że drzwi wraz z framugami nie sięgają podłoża, unosząc się na stopę, nad kamienną posadzką.

Ulfir uśmiechnął się z przekąsem, wykrzywiając swoje gęste wąsy - jednak w uśmiechu tym, jak zawsze, nie było ani cienia wesołości.

Kolejne próby. Mógł się ich spodziewać. Musiał każdemu z osobna i wszystkim razem wielokrotnie udowodnić, że to on był tym właściwym nosicielem losu. Naturą przepowiedni, guseł i wszelakich rzeczy tyczących się mistyki tudzież bóstw była ich pogarda dla wszelkich rzeczy konkretnych - miejsca, czasu, osoby… Zaś naturą ludzi było ciągłe przeświadczenie, jakoby to ich pokolenie… jakoby to właśnie oni żyli w czasach przepowiedzianych. Ba, niektórzy z nich uważali się za przepowiedzianych bohaterów. Dlatego właśnie tych kilku co mądrzejszych, pragnących żyć spokoju, wymyśliło próby. Mordercze próby, które zabijały tych zbyt głupich i zbyt pysznych. Protestów nie było, nie mogło być. Czyż istotnie wybraniec nie pokonałby z łatwością wszelakich prób, skoro przepowiedziano mu udział w przepowiedni? Jakby nie podołał, to nie byłby bohaterem przepowiedni, a zwyczajnym oszustem.

Sprawunki świata doczesnego, świata iluzji, a prawdziwego świata bogów i dusz - oraz bezustanny konflikt między nimi oboma - zalał dzisiaj Ulfira wyjątkowo gorzką porcją żółci… którą ten musiał przełknąć. Podjął decyzję, by grać dalej w gierki bogów. Nie miał zamiaru cofać się przed zasadami, jak pierwszy lepszy tchórz czy oszust.

Lecz ogarnęło go zwątpienie, gdy został zamknięty w mrokach tego… grobowca. Zastanawiał się ilu tutaj musiało zginąć… i być może nie tylko dlatego, że byli pyszni i głupi.

Muzyka: https://www.youtube.com/watch?v=aujxZ7T2FJ0

Dłuższą chwilę zajęło mu zastanowienie się nad oświetloną salą i trzema parami drzwi… oraz wyjściu do innego korytarza, dalej. Cóż mogły te drzwi oznaczać? Postanowił je zbadać z bliska… i zobaczyć, czy przypadkiem klucze, jakie mu rzucono, pasowały do tychże drzwi. W umyśle zrodziło mu się pewne przekonanie, by otworzyć te środkowe. Było to godne pieśni skalda. Rozdarty, ściskany przez potężniejsze siły nosiciel losu. Chcący brnąć własną ścieżką, a otoczony przez inne. Lecz, równie dobrze, własną ścieżką mógł okazać się korytarz - i całkowite zignorowanie tych drzwi. Miał zamiar wstrzymać się od decyzji do momentu zbadania drzwi… i ich zamków.

Gdy przyjrzałeś drzwiom z bliska, rozwiały się wszelkie wątpliwości a potwierdziły twe domysły. Dziurki od klucza były okute kolorową blachą. Każda z nich była innego koloru i pasowały do barwy metalu, z którego wykonano twoje klucze. Jednakże poza kolorem twoją uwagę pochłonęła zgoła inna rzecz.

Gdy tylko znalazłeś się na dwa kroki od trojga drzwi, runy wyryte na skrzydłach zaczęły na twoich oczach płynąć i układać się w zrozumiałe dla ciebie słowa. Jednak nie mogłeś być pewien, czy to aby runy zmieniły swą postać, czy to ty z jakąś nadnaturalną pomocą nie zacząłeś pojmować ich znaczenia.

Na lewych drzwiach, gdzie dziurka od klucza oznaczona była barwą rdzy wyryto słowo “Walka”.

Na środkowych, oznaczonych barwą stali wyryto słowo “Zemsta”.

Na ostatnich, oznaczonych barwą złota wyryto słowo “Potęga”.

W pewnym sensie domysły Ulfira zostały potwierdzone. Zemsta, reprezentowana przez środkowe drzwi, wydawała się być osobistym bodźcem popychającym go coraz dalej i dalej - aby w końcu powrócić do fjordu i zemścić się na Trygve. Jednakże wybór nie był taki prosty. Walka… cała ta wyprawa, całe jego życie, życie każdego Norsmena było walką. Walką o przywilej podjęcia dłoni swego ojca i udania się do prawdziwego świata, do Valhalli, w glorii i chwale. Potęga natomiast była najlepszym, najlogiczniejszym wyborem. Dzięki potędze Ulfir mógł wypełnić swoją misję, zemścić się na Trygve oraz wywalczyć zwycięstwo dla siebie i Norski. Podszedł do ostatnich drzwi, wyjmując złoty klucz. Już go miał wsadzić do zamka… kiedy nagle się zatrzymał.

Każde z tych trzech drzwi kusiło. Odpowiadało na palące dla Norsmena kwestie. Osobiste kwestie. Prywatę.

- Nie przybyłem tu po prywatę, a po przedmiot bogów. - powiedział głośno i cofnął się. Ciężko mu było odrzucić takie obietnice, jakie dawały te drzwi… jednakże przybył tutaj po coś innego. Ważniejszego. Każdą z rzeczy oferowanych przez drzwi mógł zdobyć później. Własnymi rękoma.

Obszedł drzwi i zaczął szukać możliwości noszenia ze sobą światła - czy to przez odłupany kawałek kryształu czy też jakąś porzuconą pochodnię lub materiały do stworzenia takowej i skrzesania ognia. Tak czy inaczej, ruszył dalej w korytarz, trzymając broń w pogotowiu i wysilając wszystkie swoje zmysły tak, jak nigdy przedtem. Ważyły się losy nie tylko jego, ale także jego bliskich, jego fjordu… i jego Norski.

Ruszyłeś dalej mijając troje zawieszonych w powietrzu drzwi. Gdy opuszczałeś komnatę, miałeś wrażenie jakby światła kryształów lekko przygasły za tobą. Przestępując próg prowadzący do korytarza, usłyszałeś za sobą potężny huk i łomot.

Obejrzałeś się, by ujrzeć jak dwoje drzwi fraz z framugami leżą na ziemi połamane w nieregularne kawałki. Trzecie właśnie się przechyliły i uderzyły z kolejnym hukiem roztrzaskując się na twoich oczach.

Tak jak Ulfir się spodziewał, ta komnata, te drzwi - to była tylko próba siły woli. Nie zboczył ze ścieżki. Postąpił dobrze. Pokrzepiony efektem swej decyzji, ruszył raźno dalej.

Korytarz przyjął cię powiewiem świeżego powietrza. W pierwszej chwili miałeś wrażenie że jesteś blisko wyjścia na powierzchnię. Poczułeś bowiem w nozdrzach znany zapach morza. Korytarz zakręcił, a temperatura się obniżyła. Już po chwili pod twoimi butami zachrzęścił śnieg, a sufit począł się podnosić.

Po chwili zobaczyłeś na swojej drodze jakąś sylwetkę. Dostrzegłeś że się nie rusza, ale też jej poza przeczyła temu by czekała na ciebie. Postać niewątpliwie wojownika zastygła w trakcie marszu, zasłaniając twarz wyciągniętą do przodu dłonią.

Gdy się zbliżyłeś mogłeś ujrzeć że cała jest pokryta szronem, a ledwo widoczna skóra twarzy jest niebieska. Nieszczęśnik, o ile to nie wymyślna lodowa figura, musiał zamarznąć w marszu. Jednak temperatura nie była na tyle niska, by tobie to groziło.

Nie uszedłeś daleko, gdy korytarz zaczął się rozszerzać, a ty minąłeś jeszcze kilka takich postacie. Wszystkie zastygły w ruchu. Jedne z przerażeniem wymalowanym na twarzy. Inne z ponurą determinacją. Jedna z nich należała nawet do dziwnego osobnika noszącego ciężką suknię wyszywaną w dziwne znaki. Wspierał się o kiju, którego szczyt wyglądał niczym pochodnia.

Oczywiście nie było tam już żadnego płomienia.Zostawiając za sobą to dziwne cmentarzysko lub zbiór rzeźb, wyszedłeś w końcu do ogromnej groty, której sklepienie niknęło w jasnym blasku białego światła, w którym kąpało się wnętrze tego przepastnego, skalnego pomieszczenia. Widok jak się przed tobą roztaczał był iście porażający.

Ścieżka którą szedłeś schodziła w dół, wprost do skalnej doliny. Obniżenie terenu dodatkowo potęgowało wielkość groty. Im dalej wgłąb patrzyłeś, tym śnieg ustępował zielonej trawie. Na końcu ścieżki stało domostwo. Zbudowana z potężnych bali chata mogłaby zawstydzić niejeden długi dom. Dach został pokryty żołtą słomą. nad drzwiami prowadzącymi do środka zawieszono dwie skrzyżowane włócznie osadzone na okrągłej tarczy. Wejście obudowano gankiem. Obok zbudowano zagrodę o niskim, drewnianym płocie, wewnątrz której pasła się trzoda. Po twojej lewej, dolina przechodziła w zatoczkę, na brzeg której wyciągnięta została łódź. Były tam też porozrzucane sieci oraz sprzęt rybacki.

Zacząłeś schodzić w stronę domostwa, jako że nie widziałeś na razie żadnych innych wyjść z groty. Zaraz zostawiłeś za sobą białe połacie śniegu i kroczyłeś trawiastym zboczem. W pewnym momencie ujrzałeś poruszenie na ganku. Nie byłeś dalej jak trzydzieści metrów. Drzwi się otworzyły i wychyliła się z nich jakaś sylwetka. Trzymając przy boku ogromny kosz, ruszyła do zagrody. Zaraz poznałeś po warkoczu że to kobieta. W połowie drogi przystanęła spostrzegając cię. Odłożyła kosz na ziemię i wyprostowała się nie spuszczając cię z oczu. Nie wyglądała na uzbrojoną.

- Ingrid! - usłyszałeś jej głos - Ktoś idzie! Gościa będziemy mieć!

Gdy się zbliżyłeś, mogłeś już ocenić że wygląda młodo. Ma nie więcej jak czternaście lat. Czarne włosy ma splecione w warkocz, a oczy choć osadzone w dziecięcej twarzy, niosą twarde spojrzenie. Ubrana jest w prostą suknię spiętą pasem.

Kolejna próba. Tym razem moce tej jaskini sprawiły, że świat wokół wyglądał tak, jak powinien wyglądać na zewnątrz. Jednakże, na zewnątrz zima już minęła - a tutaj wydawała się trwać w swym bezlitosnym uścisku. Jednakże Ulfir wątpił, by nawet najtęższa burza śnieżna pozbawiła życia tych nieszczęśników w ten sposób, nie niszcząc jednocześnie tego imponującego domostwa. Ci ludzie przybyli tu po to samo - po przedmiot. Wyglądali na Południowców, szczególnie ten człek z dziwnym kosturem.

Ponury nie został potraktowany w ten sposób i na razie się na to nie zanosiło. Czyżby jego próba miała wyglądać inaczej? A może ci zamarzli, bo popełnili swój ostatni błąd?

Te kobiety i ten dom musiały być częścią próby. Ulfir ruszył ku nim, w duchu gotując się na… cokolwiek.

Bez słowa zbliżyłeś się do domostwa. Kobieta którą ujrzałeś jako pierwszą w istocie mogła uchodzić jeszcze za dziecko. Sylwetka już zdradzała jednak jej płeć. Warkocz czarnych włosów spadał po ramieniu na obojczyk. Kiwnęła ci głową na powitanie.

- Wejdź w dom - rzekła już do ciebie - Ugościmy. Widzę że strudzony jesteś po wędrówce.

Nie czekając na odpowiedź ruszyła do drzwi i zaraz za nimi zniknęła zostawiając otwarte. Wejście nęciło blaskiem kominka oraz zapachem pieczonego mięsa. Zmysły cię nie oszukały. Gdy tylko wszedłeś na ganek i zajrzałeś do środka zobaczyłeś przestronne wnętrze, na środku którego stało palenisko. Nad ogniem piekł się nabity na ruszt zwierz. Dym unosił się do góry, do potężnego komina utwardzonego wypaloną gliną. Stół przy jednej ze ścian nie był duży. Jednak z powodzeniem mogłoby do niego siąść sześciu rosłych wojów, a i miejsca na dwie dziewki by starczyło. Na ścianach oraz podłodze zalegało kilka skór i futer, które niechybnie należały do potężnych zwierząt, sądząc po samej wielkości. Gdy wszedłeś, twoje oczy ujrzały jeszcze dwie gospodynie, które ustały w krzątaniu by na ciebie spojrzeć. Obie były starsze od dziecka, które spotkałeś na zewnątrz. Jedna była czarnowłosa, głowę drugiej spowijały płomienie rudych włosów. Obie też były jednakowo piękne. Ich oczy zdradzały wpierw niepokój. Lecz zaraz rozpromieniły się.

http://designyoutrust.com/wp-content/uploads/2011/05/unnamed_6d24s0ft13.jpeg
http://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/0/03/Woman_redhead_natural_portrait_1.jpg

- Witaj wędrowcze - rzekła rudowłosa - Będziesz z nami jadł?
- Nie pytaj Ingrid, tylko szykuj dodatkowy talerz - zbeształa ją czarnowłosa wskazując ci zachęcająco miejsce przy stole - Widzisz że strudzony. Skadia, rusz się i zdejmij mięso z rusztu. Już ma dość.

Ulfir skinął głową na przywitanie, rozejrzał się po izbie i zasiadł, gdzie mu wskazano. Pod czaszką kłębiło się mu kilka palących pytań. Zdecydował się jednak tylko na jedno, najważniejsze:

- Czemu żyjecie w miejscu prób?

- To nasz dom - odpowiedziała ze zdziwieniem czarnowłosa - Czemu mielibyśmy żyć gdzie indziej?

- Jak cię zwą? - dorzuciła rudowłosa - Ja jestem Ingrid, to jest moja siostra Ranghilda - wskazała drugą kobietę - To zaś Skadia. Najmłodsza z nas.

- Ulfir syn Egilla. Czasem mówią, że jestem Ponury, albo Wężobójcą. Żyjecie tutaj same? Nie macie mężów?

- Nie - potwierdziła twoje domysły Ingrid - Nigdy nie miałyśmy mężów. Niestety. Chociaż nie ma co się dziwić. Mało kto tu zagląda.

- Mówiłeś coś o próbach? - wtrąciła się zaciekawiona Skadi - Co to za próby?

- Po całej Norsce wędrują różni ludzie… i nieludzie… którzy pożądają przedmiotów bogów. W różnych celach. Przypuszczam, że ci na zewnątrz to byli jedni z nich.

Uważnie przyjrzał się reakcjom kobiet.

- Gdzie leży to miejsce? I dlaczego nie przeprowadzicie się do fjordu? - głupie pytanie, ale mimo wszystko je zadał. Który Nors dobrowolnie opuści swoją ziemię i długi dom, jeśli się z nimi związał?

- Bo nigdy w żadnym nie mieszkałyśmy - odpowiedziała ze smutkiem w głosie Ranghilda - Nasza matka nas tu zrodziła i mieszkamy tu od zawsze. Ojciec odszedł łupić i nie powrócił. Matka zmarła… - zawiesiła głos - Ale dość tej paplaniny. Nie chcesz słuchać tej historii. Jesteś głodny.

Klasnęła w dłonie i zaraz Skadi postawiła na stole duży półmisek zapełniony krajanym w plastry pieczonym mięsem. Nie zabrakło też antałka z miodem pitnym oraz kufli. Wszystkie trzy zajęły miejsca przy stole.

- Przedmioty bogów? - dopytała się najmłodsza - Jak z legend?

- Gorzej. - spojrzał na najmłodszą - Bo szukają ich ci, którzy nie robią tego dla dobra tej ziemi. Czarnoksiężnik z Północy. Chciwcy z Południa. Innych Norsmenów którzy szukają tych przedmiotów…

Przez moment zabrakło mu języka w gębie. Po śmierci Aderusa… on był jak dotąd jedynym Norsem. Jedyną osobą o pewnych, czystych intentcjach wobec bożych darów.

- ...nie znam.

Zastanowił się intensywnie.

- Czy jesteście seid-kona? Spae-kona? Ci Południowcy wam grozili?

Ranghilda spojrzała na ciebie zdziwiona nalewając trunku do kufli.

- Nikt nam tu nie groził. Owszem był tu taki jeden, co próbował siłą nas zdobyć, ale miałyśmy przewagę to i go przepędziłyśmy. Na magii zaś się nie wyznajemy. To rzecz vitek i do legend prędzej bym ją wsadziła, niż sobie przypisywała.

Podała ci kufel. Skadi nałożyła ci na talerz kawał mięsa. Same zaczęły również jeść. Zauważyłeś że niespecjalnie dbają tu o prymat męża nad kobietami. W tradycji bowiem, utrwaliło się, że to ty powinieneś zacząć posiłek.

Nie zwrócił specjalnej uwagi na “pogwałcenie” tradycji. Niewiasty nie żyły we fjordach, dawno mężczyzny nie gościły, oderwane od świata tu żyły… a i pewnie nikt ich nie uczył manier. Nic to. W milczeniu spożywał to, co dostał. Kiedy skończył, podziękował zdawkowo i kontynuował rozmowę:

- To co opadło na tych obcych mężów?
_________________
Ulfir Egillsson, Norsmen - Wichry Północy


Ostatnio zmieniony przez Ethereal dnia Sob Wrz 27, 2014 02:57, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
Ethereal
Landgraf
Landgraf


Dołączył: 22 Lip 2005
Posty: 2989
Skąd: Elbląg

PostWysłany: Sob Wrz 27, 2014 02:55    Temat postu: Sesja solo - post drugi Odpowiedz z cytatem

Wszystkie trzy spojrzały na ciebie jakby nie rozumiejąc pytania. Czekały aż będziesz kontynuował. Nie doczekawszy się jednak, Ranghilda zabrała głos.

- Ci którzy tu byli? Skąd mamy wiedzieć? Nie ruszamy się poza krąg wiecznej zimy. Czyżby nie udało im się?

- Krąg wiecznej zimy?

- Tam gdzie śnieg - odpowiedziała Skadi - Matka przestrzegała nas byśmy tam nie chodziły, gdyż ludzkie ciało nie przetrwa chłodu jaki tam panuje. Tylko potwory są w stanie tam przeżyć.

- Raz na miesiąc, czasem rzadziej - podjęła temat Ingrid - Krąg słabnie. Chłód opada. Wtedy właśnie przychodzą tu inni ludzie.

- Rozumiem. To jest ten czas? I czy nie przybył tutaj nikt… innymi ścieżkami?

- Tak - kiwnęła głową - Raz przybył tu śmiałek morzem. Wpłynął do zatoki, spędził noc i ale dręczony koszmarami wypłynął na drugi dzień. Nie powrócił już więcej.

- Mam nadzieję, że znalazł to czego szukał - odezwała się Ranghilda.

- Czego ty szukasz? - zapytała Skadi.

Poczułeś jak ciepło domowego ogniska, dobry posiłek i znośny trunek zaczynają na ciebie działać. Gdzieś umknęło ci z pamięci kiedy ostatni raz miałeś okazję porządnie wypocząć.

- Swojego losu, mała. - westchnął - A bogowie mi w tym nie pomagają… albo pomagają aż za dużo. Nie ma znaczenia.

- Obyś go znalazł. Bogowie czy nie, każdy winien mieć swój los w garści - rzekła Ingrid - Po cóż inaczej żyć?

- Widziałam kiedyś na tarczy jednego z wojów namalowanego smoka - odezwała się ponownie Skadi wpatrując się w ciebie z kocim zainteresowaniem - Jesteś wężobójcą. Ubiłeś jakiegoś?

- Tak. Dwugłowego, w trzewiach gór Vanaheim. Wiesz coś o nich?

Pokręciła głową.

- Nie. Matka niewiele legend zdołała mi opowiedzieć, a siostry twierdzą że nie powinnam słuchać bajek - tamte ją zgromiły wzrokiem, ale dziewczyna kontynuowała - Nigdy nie opuszczaliśmy kręgu, a chciałabym zobaczyć jak wygląda świat.

- Jest niebezpieczny - rzekła Ingrid - Matka wielokrotnie nam opowiadała o zagrożeniach jakie tam czyhają. Tutaj nie musimy się niczego obawiać. Mamy wszystko co potrzeba - zaakcentowała te słowa - Niech cię ciekawość nie zgubi Skadi.

Atmosfera była kojąca. Szybko zacząłeś czuć znużenie. Twoje zdawkowe odpowiedzi jednak wyraźnie zadowalały gospodynie. Zauważyłeś że były spragnione rozmów z kimś innym niż one same. Po piątym kuflu byłeś już jednak tak senny, że nie opierałeś się dłużej opadającym na umysł okowom mgły.



Zbudził cię śmiech. Bardzo odległy, jakby dochodził zza ściany i zza grubej warstwy mgły. Otworzyłeś oczy i natychmiast zalała cię fala światła. Okno przy którym spałeś na sienniku były otwarte na oścież. Poczułeś zapach wody. Orzeźwiający i przyjemny. Byłeś na wpół rozebrany, a twoje ciuchy walały się dookoła. Najwidoczniej żadna z gospodyń nie ważyła się ciebie rozbierać.

W końcu jednak pozbierałeś się ignorując znane szumienie w głowie i wyszedłeś z niedużego pokoiku do głównej sali, gdzie krzątała się Skadi. Poczęstowała cię szklanką wody, która trochę bardziej cię otrzeźwiła z resztek snu. Wciąż słyszałeś gdzieś w okolicy śmiech.

Gdy wyszedłeś na ganek, nie zaczepiany przez najmłodszą z sióstr ujrzałeś piękny poranek. Nad zatoką wschodziło słońce rzucając jaskrawe, niemal oślepiające światło po tafli wody. Zaś w płyciźnie kilka metrów od brzegu kąpały się pozostałe dwie gospodynie. Od razu cię dostrzegły, ale niewiele sobie robiły ze swej nagości, dalej się ochlapując nawzajem wodą w akompaniamencie pisków i chichotów.

- Dołącz do nas! - krzyknęła w pewnym momencie Ingrid machając ku tobie ręką - Woda jest ciepła!

Nie wahał się długo. Potrzebował odpędzić resztki snu i piwa ze swej głowy. A że kobiety pluskały się nagie i bez skrępowania… cóż. Norsmeni byli krewkim narodem. Bez zbytniej zwłoki - lecz również bez pośpiechu dołączył do nich. Miał nadzieję, że woda pozwoli mu dość szybko się “ogarnąć”. Trzeba było podążać za zewem przedmiotów i przejść próbę pokurczy.

Kobiety były wyraźnie zadowolone że dołączyłeś do kąpieli. Woda w istocie była letnia i mroziła ciała jak zwykły to robić morza i rzeki północy. Zacząłeś się obmywać, lecz zaraz zostałeś opluskany ze śmiechem przez Ranghildę. Ją z kolei ochlapała Ingrid. Obie dziewczyny zaczęły się wokół ciebie ganiać, wyraźnie zachęcając byś aktywnie dołączył do zabawy. Spoglądając na ich podskakujące piersi i krągłe pośladki, nie mogłeś sobie przypomnieć kiedy to miałeś w zasadzie kobietę w łożu.

Rzeczywiście, z pewnym zdumieniem stwierdził, że ostatni raz z kobietą obcował we fjordzie Grottiburg. Pamiętał nadal jej imię. Sygin. Jednakże twarz… oraz szczegóły tej nocy… umykały mu. Nie mógł sobie tego zobrazować. Okiem umysłu widział tylko urywki i przypominał sobie wielką ulgę, przyjemność, satysfakcję. Sygin była dobrą kobietą.

Otrząsnął się, powracając do rzeczywistości. Uśmiechnął się nieco głupawo na wyczyny dziewczyn, niemrawo pryskając je wodą… i starając się nie skupiać na ich walorach… oraz ukryć swój wzwód - co w zestawieniu raczej nie przynosiło żadnych efektów.

Ciężko było wężobójcy ukryć wzwód. Ingrid się o ciebie przez przypadek otarła, Ranghilda zaś nagle wpadła. Zaskoczony nie utrzymałeś się na nogach. W efekcie, przewróciłeś się wraz z gospodyniami, rozchlapując wodę w potężnym rozprysku. Chichoty nabrały na sile. Poczułeś kobiece dłonie na swoim torsie. Któraś z nich znów otarła się nogą o twojego członka. I niestety zaraz wszystko ustało. Dziewczyny wciąż chichocząc, podniosły się i skierowały się do domostwa mocząc piach na brzegu i kręcąc biodrami.

Ulfir natomiast powstrzymywał się resztkami sił, by się na nie nie rzucić i nie zerżnąć natychmiast, jak stali. Dlatego z pewną ulgą… i ukłuciem niespełnienia powitał ich odejście. Przeznaczył te kilka chwil na to, by się w spokoju domyć, nieco obsuszyć i na powrót przyodziać - odzyskując jako taką kontrolę nad swoim ciałem. Parę razy jeszcze opryskał twarz i kark wodą, chłodząc nadmierne uniesienie.

Nie było to nic przyjemnego - taka wstrzemięźliwość. Tym bardziej nienaturalna dla Norsmena, człowieka naturalnego. Z drugiej jednak strony… czy one wcześniej obcowały z mężczyznami? Ulfir nie był jednym z tych, którzy swobodnie czują się w tego typu sprawach. To powinno wychodzić samo z siebie. Słowa są toporne i zbędne.

Ruszył ku domostwu, po drodze podziwiając okolicę i poranek. Gdzież go losy rzuciły? Co to było za miejsce? “Krąg wiecznej zimy”. Jakim cudem te dziewczyny żyły tutaj tak dostatnio i bez kłopotów? Na dalekiej północy czy na polach Fimbulu szło zamarznąć nawet i letniej nocy. Tam ludzie żyli tylko w wielkich grupach, osłonięci od wichrów skalnymi szczytami i gęstymi lasami.

Dolinka w istocie wyglądała jak fragment raju zakutego w skalnej grocie. Zielona trawa, zatoka n brzegu której stała gotowa do wypłynięcia łódź, duży i ciepły dom, w którym mieszkały dwie urodziwe kobiety i jeszcze jedna, która nie dalej jak za dwa, trzy lata również rozwinie swoje walory. Poza doliną krajobraz szarzał. Gdzieś tam gdzie prowadziła ścieżka znajdował się tunel, z którego przybyłeś oraz to co zostawiłeś za sobą.

Wszedłeś z powrotem do domostwa. Skadi już się uwijała szykując śniadanie. Zostałeś uraczony lekkim gulaszem z podpłomykami. Nie sposób było nie dostrzec spojrzeń jakie słały ci co chwila Ingrid i Ranghilda. Jednak nie podejmowały żadnego tematu, ani nie wymieniały między sobą żadnych uwag. Najmłodsza pod koniec posiłku zniknęła wymawiając się obowiązkami przy zwierzętach. Zostaliście w troje przy stole, gdy Ingrid rzuciła bardzo bezpośrednim pytaniem.

- Zostaniesz z nami jeszcze jeden dzień? Tak bardzo nam brakuje towarzystwa.

Spojrzał na nie, z początku nieśmiało, ale po chwili pewniej i bardziej przenikliwie.

- Wy… hm… gościłyście tu kiedyś męża? Tam w wodzie… - zmilczał, zapominając języka w gębie.

- Tak, bywali tu, tak jak mówiłyś… - urwała zdając sobie sprawę z sedna pytania - W ten sposób nie. Zaden z nich nie chciał tu zostać dłużej. Każdy czegoś szukał. Czegoś ważniejszego niż szczęście… w ich mniemaniu.

Pokiwał głową. Oto miał przed sobą marzenie. Szansę na szczęśliwe życie na krańcu świata, z dala od bogów, czarnoksiężników, artefaktów, Południowców i wybujałych ambicji. Z dala od cierpień, morałów i wyrzeczeń, jakie niosły ze sobą sagi. W tym jego własna. Mógł tu zostać. Miałby kobiety, które mógłby kochać, chędożyć i bronić ich. Miałby groźniejszą okolicę, gdzie mógłby stanąć do boju z tutejszymi bestiami. Miał pod ręką morze i łódź - a cóż to za Norsmen bez morza i łodzi? Dom był solidniejszy i większy aniżeli prawie cokolwiek co widział - dorównywał jarlowskim. Dziewczyny mówiły, że wszystkiego mają pod dostatkiem. Nikt ich nie niepokoił na dłużej.

To miejsce go kusiło i to strasznie. Rozdzierało mu serce. Mógł tutaj odnaleźć szczęście na resztę swego życia. A co by stracił? Ciężkie brzemię losu, które ktoś mu narzucił siłą? Oddałby artefakty pierwszemu obiecującemu podróżnikowi. Zemstę na Trygve? Tak naprawdę ten vitki nie zrobił mu niczego - pewnikiem sam zamordował jarla, ale Morkant był słaby. Dał się omamić, dał się zarżnąć jak wieprz. Ten głupiec, którego ubił na Hongandze, był martwy. Po cóż więcej się mścić? Znając koleje losu, Trygve sam ściągnie na siebie zgubę. Narzeczeństwo Miry? On tej dziewczyny nie znał. Co więcej, przerażała go swoimi zdolnościami, swoją wiedzą… i swoim zimnem. Do dziś pamiętał jej słowa “zabij ich wszystkich”. Czyż ona nie była jednym z tych ludzi, którzy próbują manipulować światem podług swej woli, dla swych ambicji?

Jedyne co go martwiło, to los rodziny i sług. Dla nich mógłby wrócić - choćby po to, by zabrać ich do Grottiburgu. Tam przyjęliby ich z otwartymi ramionami. Po bitwie brakło rąk do pracy i toporów do obrony. Okolica przyjazniejsza pogodą. Łatwiej o handel czy wyprawy. A i sam Ulfir zdobył tamże wielkie poważanie.

Z drugiej jednak strony… umarłby kiedyś. I co dalej? Nie podjąłby dłoni ojca. Nie trafiłby do Valhalli - pewnie nawet jakby poległ w walce z jakąś bestią czy przybłędą. Bogowie byli bezduszni i nie wybaczali tym, którzy się odwracali plecami od ich gierek. Jego duch trafiłby do Hel, by tam być katowanym przez sadystyczne demony, nieumarłych czy widma. Przez wieczność. Aż wreszcie zostałby wskrzeszony jako nieumarlak o złamanym, czarnym jak sadza umyśle, aby wziąć udział w Ragnarok po tej stronie, po której żaden poczytalny człowiek nie stanąłby. To był ciężki wybór.

- Nie mogę wam odmówić. Nie winię was. Sam bym prosił o to samo na waszym miejscu. Zostanę z wami do jutra.

I tak też się stało. Cały dzień minął ci na odpoczynku. Gospodynie były bardzo rozmowne. Jednak widziałeś że im częściej skłaniałeś się ku Ingrid i Ranghildzie, tym częściej widziałeś spochmurniałą minę Skadi. Gdy wracałeś z wędrówki za potrzebą natrafiłeś na ostatki ostrzejszej wymiany zdań między siostrami. Starsze beształy najmłodszą, a ta im się odgryzała. Jednak nie słyszałeś szczegółów.

Gdy wróciłeś Skadi opuściła dom udając się “na wędrówkę”. Tymczasem pozostałe gospodyni uraczyły cię wieczerzą. Nie była suta, ale za to wyjątkowo dobra. Ponownie na stole zawitał miód pitny, a kobiety zaczęły z tobą rozmawiać. Ponownie - nie były zrażone lakonicznymi odpowiedziami. Wręcz przeciwnie, wydawały się być zadowolone. Oczy im się śmiały, a twarze były rozpromienione.

Gdy wieczór zbliżył się do końca, dziewczyny uprzątnęły ze stołu i poprowadziły z jeszcze jednym kuflem miodu do paleniska. Siedliście na skórach i futrach. Ogień przyjemnie zaczął grzać, ale musiało być za ciepło, gdyż gospodynie bez słowa zaczęły się rozbierać.

Lekko podchmielony Ulfir przyjrzał się tej całej sytuacji. A konkretnie przyjrzał się ich “wysiłkom” w celu oswobodzenia z ubiorów. Nie krępowały się przy nim wcale. Zadziwiające - czyżby tylko ludzie żyjący w społecznościach, we fjordach i miastach, byli ograniczeni… pruderią?

Wzruszył ramionami, pociągnął ostatni łyk z kufla i sam zdjął kamizelę, a potem koszulę, ukazując swój tęgi, żylasty tors. Pod stwardniałą od słońca i wiatru skórą grały potężne mięśnie, wyrobione przez lata ciężkich robót i machania żelastwem. Musiały takie być. Trzeba było siły, by być żeglarzem i wojem zarazem. Co jednak mogło bardziej przykuć uwagę, to paskudne blizny - szczególnie te, które odniósł podczas Hongangi. Były ledwo co zagojone - i choć dobrze zszyte i opatrzone, to jednak wciąż pozostawiały potężne krechy spiętrzonego, różowego ciała.

Kobiety żywo się zainteresowały historią wyrytą na twym ciele. Zaczęły zadawać pytania, a ty odpowiadałeś. Czułeś dotyk ich palców, gdy sunęły opuszkami po twojej skórze. Nie trzeba było jasnowidza, by wiedzieć jak się to skończy. Wszak twoje ciało zareagowało naturalnie. Ich piersi o sterczących sutkach, krągłości i wcięcia, ich zabiegi… to wystarczyło by rozgrzać norsmeńską krew.

Poczułeś ich bliskość, gdy się do ciebie zaczęły tulić. Wtem jedna z nich, Ingrid, lekko drżącym głosem rzekła ci do ucha.

- Nie zostawisz nas, prawda? Nie chcemy czuć się porzucone…

- … tak jak do tej pory - dokończyła równie niepewnym głosem Ranghilda.

Nie wiedział, co miał im odpowiedzieć. Wpędziło go na krótką chwilę w ponury nastrój. Nie podjął jeszcze decyzji. Zresztą… baby zawsze poruszały najgłupsze tematy w nieodpowiednich chwilach. Zamiast odpowiedzi, uaktywnił wreszcie swoje ręce, ściskając nimi obydwie kobiety i przytulając je mocniej do siebie. Przez chwilę patrzył im w oczy i rozkoszował się dotykiem ich dłoni po (niemiłosiernie swędzących) bliznach i piersi gdzieś na swoich żebrach i wyżej. Wreszcie, silnym ruchem podciągnął czarnowłosą wyżej i złożył na jej ustach pocałunek - powolny, długi, płytki. Drugą ręką zjechał z pleców rudowłosej, pocierając po kręgosłupie ii schwycił jej pośladek. Zdecydowanie, acz delikatnie - w obydwu przypadkach.

Gospodynie nie doczekały się odpowiedzi, ale też nie naciskały by ją uzyskać. Zacząłeś naciskać za to ty - w odpowiednich miejscach. Wzajemne pieszczoty zaczęły rozgrzewać ciała i sprawiać, że wzrok - i tak już odurzony alkoholem - zaczął się rozmywać od pożądania. Nigdy nie byłeś z dwoma kobietami naraz. Dawno też żadnej nie gościłeś w łożu. Teraz miałeś okazję nadrobić obie zaległości. Pocałunkom nie było dość. Westchnieniom, jękom, gdy już zacząłeś je penetrować, też. W pewnym momencie nie sposób było wśród was odróżnić sylwetek. Kłębiliście się przed paleniskiem zadowalajac nawzajem i zaspokajając palącą żądzę.

W końcu, zadowolony, zmęczony i z opróżnionymi do cna jajami, usnąłeś.

Zbudził cię czyjś dotyk. Podniosłeś powieki zalepione resztkami snu. Wciąż czułeś bliskość obu gospodyń. Jednak nad tobą pochylała się trzecia. Skadi upewniła się że ją dostrzegłeś i położyła wyprostowany palec na swych ustach zalecając ciszę. Następnie się wyprostowała i gestem ręki pokazała byś udał się za nią. Odwróciła się i cicho, jak kot, wyszła z domostwa na zewnątrz.

Zauważyłeś przez okno, że jeszcze trwa noc.

Nieco zażenowany i zdziwiony, Ulfir przez chwilę ogarniał wzrokiem i umysłem sytuację - po czym delikatnie i powoli wyswobodził się z ciał kobiet. Nie było to przesadnie trudne. Spały jak zabite, wymęczone do reszty ostatnimi paroma godzinami. Przydało to dumy Wężobójcy, który sprostał dwóm kobietom w łożu i nie odpadł w przedbiegach. Chociaż było ciężko. Wielokrotnie musiał się na siłę powstrzymywać, odpływać myślami gdzie indziej czy zobojętniać na ciała obydwu kobiet. Dwie dziewice. Naraz. Cóż za zjawisko i szczęście dla męża.

Udział się w spodnie, buty i koszulę. Spiął spodnie pasem, do ręki wziął swój sprawdzony, brodaty topór i wyszedł cicho za dziewczyną. Zaraz potem zamknął drzwi i podszedł do niej, rozglądając się czujnie.

- Coś się stało? - zapytał cicho, prawie że szeptem, ściskając pewniej topór - Nie boisz się tak sama?

Skadi była odziana jak do wędrówki. Miała na sobie ciepłe ubranie, a na plecach przewieszoną torbę. Przy pasie zwieszała się pałka wystrugana z kija. Zignorowała twoje pytanie.

- Szybko… zanim się obudzą. Musimy uciekać. Krąg ponownie się zamyka! - syknęła, a w jej głosie usłyszałeś troskę i strach.

- Dlaczego chcesz stąd uciec? - spojrzał na nią przenikliwie, mrużąc oczy.

Nie wahała się nad odpowiedzią. Musiała mieć ułożoną zawczasu.

- Bo mam już ich dosyć. Chcę zobaczyć świat. Prawdziwe słońce. Chcę… chcę wyjść. Za długo tu jesteśmy… za długo.

- Mogę was zabrać wszystkie. Do fjordu. Znam jeden. Ludzie są tam dobrzy i przyjęliby was. Ja… też muszę stąd odejść.

- Chodźmy zatem. Zaprowadź mnie do tego fjordu… ale one… One ci nie pozwolą jak je zbudzisz. Znowu cię omamią. Jutro już będzie za późno.

- Skadi… coś tu jest nie tak. Czemu tak mówisz? Co wy ukrywacie?

- One… - głos jej się załamał i widziałeś że walczy ze sobą - One nie chcą opuścić tego miejsca. Są tu szczęśliwe. Teraz... gdy tu jesteś… jeszcze bardziej - widzisz że ten fakt ją smuci - Mają tu wszystko… a ja chcę po prostu wyjść.

Ulfir się zasępił. Żądza wolności. Decydowania o własnym losie. Czy jego chęci były tak odmienne od pragnień tej dziewczyny? Tak jak jemu, tak i jej los narzucił brzemię, nie pytając się o zdanie. Nie była również mężem, aby znieść to przez całe życie lub spróbować się wyrwać samej. Z biegiem czasu stałaby się zgorzkniała, zgarbiała, pełna jadu, smutku i cierpienia. Podczas gdy tamte… one były szczęśliwe. Pojawienie się Ulfira i upojna noc z nim spędzona były jak jedna złota moneta na szczycie kopca srebrnych sceattas. Nie zbiednieją. Nie umrą. Nie zwiędną, jak ona. A kto wie… Ulfir spojrzał w gwiazdy. Starał się zapamiętać ich pozycje. Był żeglarzem, wiedział jak czytać niebo. Zapamiętał to miejsce względem gwiazd. Wyrył sobie w pamięci - a potem wyryje w skórze, pergaminie, czy kamieniu. I przekaże komuś, kto właśnie potrzebowałby tego. Szczęścia, do końca życia.

Im dwojgu nie było to pisane.

- Zgoda, Skadi. Pokażę ci świat.

Przyklęknął i wziął jej drobną dłoń w swoje wielkie łapy.
- Ale musisz wiedzieć, że na mnie patrzą bogowie. Zmuszają mnie do tego bym wędrował po Norsce i walczył. Ból, przemoc, krew, śmierć, strach. Godzisz się na to?

Bez wahania kiwnęła głową.

- Tak. Po stokroć. Tak - słyszałeś w jej głosie prawdziwą radość - Chodźmy. Zbierz swoje rzeczy. Mam w torbie jedzenie. Chodźmy.

Uśmiechnął się. Nie wiedziała na co się pisze… ale miał przeczucie, że zniesie to, co zrzucą na nią Norny. Poza tym cieszył się podwójnie. Znalazł nietypową przyjaciółkę, która z jakiegoś powodu pokrzepiła go bardziej, niż drużyna wojów Aderusa.

Pospiesznie, lecz po cichu i ostrożnie, wrócił do domostwa i zabrał swój dobytek - i ani jednej rzeczy więcej. Sprawdził też, czy miał wszystko, w szczególności rynsztunek i przedmioty bogów - po czym wykradł się ponownie na zewnątrz, dokończył odzienek, przyzbroił i już miał zamiar ruszyć dalej… kiedy się zatrzymał. Podszedł do hałdy stwardniałego, zmoczonego śniegu i wypisał tam kilka dużych znaków. Run. Nie tworzył z nich słów… ale każda z run miała swoją koncepcję. Swoją magiczną moc, znaczenie, które było znane każdemu w Norsce.

Była to przepowiednia, którą Ulfir własną myślą wystawił pozostawionym kobietom. Być może znajdą w niej ukojenie. Trzy losy, trzy Norny. Przeszłość… Nauthiz. Runa oznaczająca potrzebę. Teraźniejszość… Hagall. Gradobicie. Przyszłość… Dagaz. Świt.

To wystarczyło. Zastanawiał się jeszcze nad podziękowaniem… Nad zapłatą. Nad podarkiem. Czymś, co po sobie mógł pozostawić - a czego będzie mu brakowało. Wybór był trudny. Nie miał zbyt wiele dobytku, a to co miał, było niezbędne… oprócz dwóch identycznych karwaszy. Z hartowanej skóry aurocha, wzmacniane żelazem, pokryte runami mającymi zapewnić ochronę, odwagę i powodzenie w boju. Jego ojciec mu je zrobił kiedy ten był jeszcze młodzieńcem i miał udać się na pierwszą wyprawę snekkarem.

Czuł, że wyrywa dwa kawałki siebie, kiedy kładł je pod przepowiednią. Dobrze. Tak mógł chociaż częściowo spłacić swój dług wobec bogów, którzy musieli obserwować każdy jego krok. Pod złożonymi karwaszami postawił ostatni znak, ostatnią runę. X. Gebo. Dar.

Nie odwracając się, objął Skadi za ramię, drugą ręką ściskając rzemień przewieszonego przez ramię toboła. Na głowie miał swój hełm z wąsatą, ponurą maską. Na plecach okrągła tarcza i kostur szamana, za pasem zatknięty topór i pochwa z runicznym mieczem. Udał się w stronę, gdzie czuł zew artefaktów.

Muzak: https://www.youtube.com/watch?v=z0PvZGVPiJU

Ruszyliście. Skadi poprowadziła was tam gdzie nie było ścieżki. Jeśli dobrze oceniłeś, na północ. Teren zaczął się wznosić. Trawa ustąpiła śniegowi. Temperatura obniżyła się bardzo szybko i nagle zasadnym było grubsze odzienie dziewczyny. Jak szybko oceniłeś - powietrze było mroźniejsze niż to, które towarzyszyło wejściu do groty. Zobaczyłeś też kręcące się płatki śniegu oraz drobinki lodu siekące pod kątem wasze ciała. Nie były groźne, ale zdecydowanie uciążliwe. Jednak nie zatrzymywaliście się.

Wasza wędrówka zaprowadziła was do skalnej ściany, w której Skadi odnalazła wejście do tunelu. Skryliście się w nim z radością witając brak rosnącej na zewnątrz zamieci. To zdecydowanie nie było naturalne zjawisko. Jakaś magia musiała trzymać pieczę nad tym miejscem. Dziewczyna niestrudzona ruszyła dalej ciągnącym się wgłąb gór korytarzem. Był wykuty w połowie przez narzędzia, w połowie zaś był uformowany naturalnie.

Niestety bardzo szybko stało się jasnym, że nie będzie to krótka, ani łatwa wędrówka. Korytarz zaczął się unosić, by po chwili zakończyć nieregularnymi schodami. Zaczęliście się wspinać. Na niektórych stopniach musiałeś pomagać Skadi wdrapać się na górę. Podróż trwała tak długo, że przestaliście liczyć godziny. Krótkie odpoczynki nie regenerowały w pełni waszych sił.

W końcu jednak pojawiła się nadzieja. Poczułeś zapach świeżego powietrza. Na twarzy poczułeś jego lekki podmuch. Musieliście być niedaleko. Światło pochodni niedługo przestało być wam niezbędne. Mrok przeszedł w półmrok, a potem ujrzeliście coś co ożywiło wasze wycieńczone ciała.

Koniec korytarza rozświetlał snop światła. Przez dziurę w sklepieniu było widać słoneczny dzień. Leniwe chmury pełzły po niebie.

Na górę dostaliście się przy pomocy liny. Stanęliście na szczycie jakiegoś pasma górskiego. Gdzieś w oddali rozciągał się u jego stóp las. Dalej na północny wschód i południowy zachód ciągnęły się skały. Na południu zaś była woda. Wszystko widać było jak na dłoni. Tak jak i kolejny cel waszej podróży - wieżę wznoszącą się nie dalej jak pół dnia drogi od miejsca, gdzie staliście. Czułeś w trzewiach, że to tam właśnie musisz się udać. Tam ciągnął cię zew artefaktów.

Byliście jednak śmiertelnie zmęczeni. Skadi zaproponowała odpoczynek. Krótki sen przed dalszą wędrówką.

Ulfir się zgodził. Był dużo bardziej od niej zahartowany, toteż nakazał jej sen, podczas gdy on trzymał wartę. Dla zabicia czasu i skupienia myśli, zaczął ostrzyć i polerować swój oręż, używając ostrzejszych kamieni i skóry. Wkrótce jednak sen też go zmógł. Czuł się dużo lepiej niż w trzewiach gór czy w dolinach, wiecznie zagrożony, niepewny i daleko od swego celu. Ta wieża i jej zew były tutaj. W zasięgu ręki. To był dobry znak, który tylko dodawał pewności siebie włóczędze. Znak, że był na dobrej drodze.

Skadi wtuliła się w ciebie odwrócona plecami. Powietrze było rześkie, więc owinęliście się mocniej ciuchami.

Obudziłeś się niedługo później. Dzień ustępował powoli nocy, przechodząc w wieczór. Ciemniało. Powstałeś i szturchnąłeś Skadi by powstała. Nie zareagowała. Powtórzyłeś i wciąż nic. W końcu szarpnąłeś silniej odwracając ją ku sobie i zaraz wyprostowałeś się mimowolnie robiąc krok w tył.

Dziewczyna owinięta w ciepłą, futrzaną kurtę, z narzuconym kapturem, była martwa. Jej skóra była naciągnięta na trupiej czaszce. Wyszczerzone zęby uśmiechały się ponuro. Wygląda jakby była martwa przynajmniej od kilkudziesięciu lat.

Ulfir przeraził się nie na żarty. Z sapnięciem zaskoczenia i strachu odsunął się i grzmotnął plecami w skałę. Potem zdał sobie sprawę z tego, że Skadi nie żyła. Umarła, zanim zaczęła tak naprawdę żyć. A on… cóż. Przyczynił się do tego. I znów był sam.

Złożył twarz na pięściach, łokcie opierając o kolana. Nie mógł się powstrzymać. Nie robił tego od dawna, ale zmęczenie, wysiłek, niekończące się wędrówka i ciężar brzemień, jakimi ciągle zasypywały go Norny w końcu znalazł ujście. Ogarnięty rozpaczą i żalem, zaczął szlochać. Wylewać z siebie dwa strumienie łez - tak niegodnych woja, żeglarza i męża. Miał jednak w tej chwili w głębokim poważaniu wszystko inne.

Kiedy już wyrzucił z siebie tyle szlochów, łez i goryczy, że nie był w stanie płakać dalej, wziął na ręce wychudzony, zmizerniały szkielet nastolatki i zakrył jej twarz futrem. Rozejrzał się za odpowiednim miejscem. Nie na widoku, ale wciąż pod szczerym niebem, którym Skadi chciała nacieszyć - a nie zdążyła. Złożył tam jej ciało i zaczął szukać kamieni, by usypać jej kurhan. W skale obok wyrył jej imię i pożegnalne błogosławieństwo.

To była już druga osoba… drugi towarzysz, który zmarł mu na rękach.

Kiedy już ją pogrzebał i zmówił modlitwę, powróciły znajome uczucia. Gniew. Determinacja. Chęć zemsty. Zabrał swój ekwipunek i to, co nie mogło już się dziewczynie przydać w prawdziwym świecie. Ruszył dalej, ku wieży, chcąc czym prędzej mieć tą próbę za sobą.

To była krótka chwila, a wystarczyła, by obrócić szczęście w popiół. Znienawidził to miejsce całym sercem i miał zamiar przelać ten gniew na cokolwiek, co stanęłoby mu na drodze.

Droga do wieży, choć łatwa i nie nastręczająca problemów, okazała się być długa. Bite pół dnia musiałeś maszerować zanim nie dotarłeś pod jej podnóże. Zaraz też zorientowałeś się, że prawdziwe kłopoty miały dopiero nadejść. Na horyzoncie zebrały się chmury zwiastujące burzę. Postrzępione brzuchy chmur oznaczały ulewę, a błyski przecinające skołtunioną czerń nie zwiastowały niczego dobrego.

Wieża stała na wzniesieniu. Była wysoka na dwadzieścia metrów oraz bardzo szeroka, osiągając u podstawy średnicę około dziewięćdziesięciu stóp. Cała wykonana z kamienia utwardzonego na łączeniach gliną. Nie sposób jednak było ocenić grubości niezbyt równego muru. Wieża bowiem pozbawiona była jakiegokolwiek wejścia. Nie było nawet portalu świadczącego o tym, że kiedyś jakieś wejście zamurowano. Nie było też okien, ani wykuszy.

Musiał się spieszyć. Nadchodziła burza. Nawet, jeśli miał spaść tylko deszcz, bez piorunów, gradu czy śniegu, to w tym miejscu taka ulewa mogła zwiastować śmierć. W tych terenach już i tak było przeraźliwie zimno. Mokra okolica uniemożliwi rozpalenie ogniska i sprawi, że skały będą zbyt śliskie do chodzenia po nich. Mokry ubiór i ciało oraz brak słońca sprawią, że umrze z wychłodzenia, zachoruje na gardło lub płuca lub w najlepszym razie złapie katar - co jeśli go nie zabije, to z pewnością strasznie osłabi.

Zdwoił wysiłki. Jeśli teraz pozwoliłby sobie na opieszałość, to byłaby to jego ostatnia zachcianka w życiu. Szukał przeto jakiejś drogi, obluzowanych kamieni, ukrytych metod wejścia. Wreszcie, starał się wykorzystać swoje przedmioty. Ich zew mógł mu w jakiś sposób pomóc, nakierować go.

Użył przede wszystkim kostura, chodząc z nim dookoła wieży i ostukując jej ściany - starał się tym samym wyczuć mocniejsze “szarpnięcia”.

Niestety żaden kamień nie był obluzowany. Nie było tajemnego przejścia, które wpuściłoby cię do środka. Jednak zauważyłeś, że ściana wieży nie jest zupełnie gładka. Niektóre kamienie wystawały poza jej profil. Mógłbyś spróbować się wspiąć na górę. Dach był płaski, więc możliwe że była tam klapa prowadząca do wnętrza. Z drugiej strony jesteś świadom, że upadek ze szczytu mógłby zakończyć twoją wyprawę.

Spojrzał w górę, oceniając wysokośc wieży… i czy będzie możliwość wspięcia się na całą jej długość. Nie chciał utknąć stopę przed krawędzią. Ocenił wagę i gabaryty swojego dobytku. Był wystarczająco silny by z nim biegać, więc nie powinien go nadmiernie obciążać również przy wspinaczce. Przymocował go do ciała należycie, tak, by nie przeszkadzał kończynom i nie wypadł przypadkiem.

Zaczął się wspinać. Nie spieszył się przesadnie. Burza dopiero nadchodziła. Lepiej ostrożnie przebrnąć większość drogi, niż z pośpiechu zwalić się z samego szczytu.

Uśmiechnął się szyderczo pod wąsem. Ciekaw był, co by bogowie powiedzieli, jakby sfrunął w dół i skończył w ten sposób. Po tylu przygodach i niebezpieczeństwach byłoby to doprawdy zabawne epitafium.

Droga na górę okazała się być łatwiejsza niż myślałeś. W istocie musiałeś kilkukrotnie naprężyć muskuły by podciągnąć się na jednej ręce lecz ani razu noga, ani dłoń nie omsknęły się z kamienia. W końcu osiągnąłeś szczyt i wczołgałeś się na dach.

Pierwsze co ujrzałeś i co w zasadzie przykuło twoją uwagę to stojąca w rozkroku sylwetka półolbrzyma. Ciemnobrody wojownik z klasycznym, rogatym hełmem był wielkości dwóch rosłych mężów. Odziany był jedynie w futra i skóry nie zostawiając żadnych odkrytych miejsc. Ręce trzymał oparte na obnażonym mieczu o szerokim, runicznym ostrzu. Oręż był niewątpliwie tak ciężki, że miałbyś nie lada problem, by wyprowadzić nim cięcie. Nie ulegało jednak wątpliwości że jego obecny właściciel bez trudu wykona nim zamach.

Gdy się wdrapałeś na szczyt otworzył oczy i spojrzał na ciebie wrogo.

Ulfir nie był zaskoczony widokiem tego woja - aczkolwiek był pod wrażeniem jego postury. Wciąż jednak trzewia ściskał mu gniew, więc ani trochę się go zląkł. Wiedział, co się zaraz stanie. Jeśliby poległ… miał nadzieję, że bogowie uznaliby tą śmierć za godną. Ciekaw był, czy dałoby radę, jakby ojciec podjął dłoń syna?

- Jestem Ulfir, syn Egilla, zwany Wężobójcą. Poszukuję przedmiotów bogów i pragnę przejśc próby gór Thjazi.

Półolbrzym bez słowa postąpił krok do przodu unosząc miecz i ujmując go w obie dłonie. Ruszył na ciebie szybko pokonując dzielącą was odległość długimi krokami. To była jego odpowiedź.

Wężobójca warknął krótko, porwał za tarczę i topór. Ruszył na przeciwnika, zastawiając się orężem - jednak nie miał zamiaru się zderzać z tak wielkim wrogiem. Miał miecz, długi miecz. Długie ramiona. Był wysoki. Trzeba było mu zejść z drogi chwilę przed zderzeniem. Rąbnąć toporem w bok lub brzuch, korzystając z jego własnego rozpędu. Puścić topór, jeśliby ugrzązł, porwać za miecz. Jeśli nie - przywalić tarczą, by wykorzystać brak balansu. Powalić go. A potem rąbnąć w kostkę albo kolano.

Udało ci się wykonać manewr, unikając ciosu giganta. Jednakże nie był ani ociężały, ani powolny. Twój zamach toporem został odbity z taką siłą że niemal poleciałeś na łopatki. Usłyszałeś świst powietrza i tylko instynkt uratował cię przed rozpołowieniem. Umknąłeś ponownie w bok, a w miejscu gdzie przed chwilą stałeś szeroki miecz uderzył z brzękiem w kamień. Odwinąłeś toporem w końcu trafiając w miękkie. Zagłębił się i tak jak się domyślałeś - ugrzązł. Przeciwnik ryknął gniewnie, odwrócił się wyrywając ci topór z rąk i wykonał młynek nad głową z zamiarem pozbawienia cię życia.

Nie mógł mu umykać ciągle na boki. Nie miał też dość czasu by porwać za miecz. W ręku miał tarczę. Musiał zaatakować, kupić sobie czas. Spróbował zrobić niebezpieczny, acz nieprzewidywalny manewr. Korzystając ze swojego niskiego wzrostu, będąc ponadto skurczonym, zgarbionym, wyczekał na moment, kiedy ostrze miało na niego opaść. Runąłby wtedy całym ciałem naprzód, wnętrzem tarczy nisko nad głową, kantem do przodu. Niczym ludzki głaz, miał uderzyć całą siłą na tylną nogę wroga, kiedy ten wykonywał zamach.

Nieprawdopodobny manewr udał się. Bogowie musieli nad tobą czuwać albo w istocie twe umiejętności były wielkie. Zderzyłeś się z jego nogą łapiąc ją w kolanie i podrywając do góry. Poczułeś jak cielsko giganta przechyla się do przodu, a on sam upada wprost na ciebie. Udało ci się jednak uskoczyć na bok, zanim cię przygniótł. Teraz twój przeciwnik leżał na brzuchu.

Zsunął tarczę z ramienia, porwał za miecz. Miał zamiar z całej siły wbić mu go w okolice karku, serca lub lędźwi. Gdzie było szybciej, pod ręką… czy też raczej pod ostrzem. W międzyczasie uważał na nogi. Mógł go spróbować podciąć.

Twój miecz wbił się w kark przeciwnika. Poczułeś mocny opór, ale szarpnięciem pokonałeś go, aż nie poczułeś kamienia pod ostrzem. Gigant naprężył mięśnie, zadygotał i zaraz zwiotczał uderzając obiema dłońmi o drewniany dach. Potężny miecz wypadł spomiędzy palców, a krew jęła się rozlewać szeroką kałużą z rozciętej szyi.

Nadal będąc na “fali”, podjął ostatni wysiłek, wyrywając ostrze z chrzęstem kości. Zachwiało nim przez moment i o mało co nie runął w dół. Zamiast tego rzucił się w przeciwną stronę, upadając obok pół-giganta. Miał teraz chwilę na spoczynek… i modlitwę do bogów. Wyglądało na to, że jednak nad nim czuwali. Nie dali mu umrzeć tutaj, na tej zakazanej ziemi.

Kiedy się już uspokoił, obczyścił ostrze, schował je i wziął tarczę. Obejrzał sobie trupa, w szczególności jego miecz - i swój topór, czy dało się go odzyskać. Potem miał zamiar poszukać drogi do wnętrza wieży.

Martwy półolbrzym wyglądał bardzo ludzko. Wojownik nadnaturalnej postury, ale wciąż pozostawał człowiekiem. Odzyskałeś topór po krótkiej chwili siłowania, po czym oczyściłeś broń z krwi.

Wejściem do wieży okazała się być sporych rozmiarów klapa otwierana na zewnątrz przy pomocy żelaznego pierścienia. Napiąłeś mięśnie, zaparłeś się i chwilę później klapa uderzyła z łoskotem o dach. Ujrzałeś fragment schodów prowadzących do środka.

Wewnątrz było ciemno.

Rozejrzał się za możliwością rozpalenia jakiejś pochodni czy chociaż wiechci. Było to jednak mało prawdopodobne. Musiał więc zadowolić się klapą otwartą na oścież i - ewentualnie - rozwaleniem czy podziurawieniem paru desek na suficie. Tak czy inaczej, zagłębił się do wnętrza wieży ostrożnie, mając topór w pogotowiu.

Schody były strome i w ciemności niebezpieczne. Ostrożnością i cierpliwością jednak uniknąłeś śmierci lub obtłuczeń. Zszedłeś na dół gdzie już nie dochodziło żadne światło. Nie było żadnych pochodni, które mógłbyś zapalić. Artefakt był gdzieś tutaj i wyraźnie to czułeś. Przez mrok nie byłeś nawet w stanie określić jak duże jest pomieszczenie w którym się znalazłeś. Postąpiłeś krok do przodu i wtedy poczułeś w powietrzu zapach piołunu oraz ujrzałeś drobny płomyk niedaleko przed sobą. Zaraz jednak zgasł, ale nie pozostawił cię w mroku.

Jasność zstąpiła niczym grom z jasnego nieba. Nienaturalnie, nagle i oślepiająco. Zasłoniłeś odruchowo oczy przedramieniem i przymknąłeś powieki. Wzrok szybko zaczął się przyzwyczajać i zacząłeś dostrzegać wpierw kształty, a później szczegóły i detale.

Zródłem światła były pręty stworzone z czystego blasku. Pręty, które otaczały cię zawsząd formując okrągłą klatkę przykrytą od góry.Pomieszczenie za nimi było oświetlone tylko częściowo. Dostrzegłeś jednak jakiś stół, kamienne ozdoby, krzesło oraz siedzącego na nim karła. Był jakby idealnym odbiciem wojownika, którego pokonałeś na górze. Jednak gdy tamten miał wzrost dwóch mężów, to ten przed tobą jedynie połowy dorosłego mężczyzny. Nie miał jednak hełmu, a usta wykrzywione były w szyderczym uśmiechu.

- Ha! Wpadłeś w sidła! - zaskrzeczał denerwującym głosem - Jakże miło! Jakże miło!

Ulfir był przez chwilę całkiem zaskoczony i zbity z tropu. Spróbował wydostać się przez te pręty, waląc w nie pięścią, a później styliskiem topora. Okazało się to jednak niemożliwe. Te świecące drągi były niewzruszone jak kamienie.

- Kim jesteś, karle? Co to ma znaczyć?

- Jam jest Snotri, synu Egilla. Zabiłeś mego brata - syknął gniewnie - I zapłacisz za to śmiercią! - wrzasnął.

Ujrzałeś że trzyma w rękach fajkę, z której unosi się dym formując w fantastyczne kształty.

- Jednak najpierw będę się nad tobą pastwił, aż mnie o tą śmierć poprosisz… hahahahahahahaha! - zarechotał skrzekliwie.

Przewrócił oczyma. Prawie zapomniał o tym geście. Ostatni raz użył go jako krnąbrny młodzieniec.

- Nie powiedział kim jest, nie powiedział, czemu mnie zaatakował. Zdecydował się mnie ubić. Nie miałem wyboru!

- Nędzne tłumaczenia. Zabiłeś go i takie są fakty! Ale dobrze że chociaż nie zaprzeczasz. Ha! Wiem co uczynię. Dam ci czas, byś przekonał mnie że mogę darować ci życie.

Ujrzałeś że pręty powoli przesuwają się do centrum klatki.

- Za klepsydrę umrzesz uduszony i zmiażdżony przez me zaklęcie. Do tego czasu możesz mi umilić czas jęczeniem i błaganiem.

- Nie będę cię błagał, Snotri. Nie będę jęczał. Jeśli bogowie uznali, że mam umrzeć w ten sposób, to ich wola. Wiedz jednak, że jestem nosicielem losu. Bogowie przysłali mnie tutaj! Po rzecz, którą skrywa ta wieża.

Karzeł uśmiechnął się paskudnie i stuknął dwukrotnie w fajkę.

- Tego szukasz… a rzeknij ile jesteś w stanie poświęcić by to zyskać? Nogę? Rękę? A może…

Nagle nie dalej jak dwa metry od ciebie pojawiła się druga klatka, ale nieco większa. Więziła całą twą rodzinę - ojca, matkę, brata oraz siostrę. Ściskali rękoma kraty próbując się wydostać. Karzeł roześmiał się głośno.

Ulfir zacisnął zęby, starając się nie wybuchnąć. To była sztuczka. Karzeł bawił się jego umysłem.

- Poświęcę dokładnie tyle, ile będę musiał. I ani jednej rzeczy czy osoby więcej. Mógłbym poświęcić swoje życie.

Uśmiechnął się pod wąsem. Kiedyś być może by tego nie powiedział, lecz zmęczenie, gniew i rozgoryczenie całą tą wyprawą… oraz bycie popychadłem znanych i nieznanych sił… sprawiły, że w jego umyśle gasły żądze. Pozostał tylko upór.

- Ha! Zycie! - żachnął się karzeł - Bardzo dobrze. To więc poświęcisz… lecz nie swoje życie.

Klatka z twoją rodziną, oraz twoja klatka połączyły się tworząc trochę więcej miejsca. Nagle na miejscu karła siedziała Mira. Uniosła do góry fajkę.

- Zabij ich. Zabij ich wszystkich.

Spojrzał na nich, na swoją rodzinę. Wreszcie nie wytrzymał. Podszedł do nich i bez słowa objął. Po drodze mało co się nie rozkleił, ale jakoś wytrzymał ponowny zalew emocji. Spojrzał na Mirę… czy też Snotriego.

- Bawi cię to?

Spojrzał w górę, zwracając się do bogów.

- Bawi was to?!

Spojrzał na swoją rodzinę, a później znów na “kobietę” z fajką.
_________________
Ulfir Egillsson, Norsmen - Wichry Północy
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
Ethereal
Landgraf
Landgraf


Dołączył: 22 Lip 2005
Posty: 2989
Skąd: Elbląg

PostWysłany: Sob Wrz 27, 2014 02:58    Temat postu: Sesja solo - post trzeci i ostatni Odpowiedz z cytatem

- Nie poświęcę swojej rodziny. Więzy krwi są silniejsze, niż żądania losu… czy tchórzy.

- A poświęcisz swój spokój? Swój cel?

Głos usłyszałeś obok siebie tam gdzie stała twoja matka. Lecz nie należał do niej. Tak dawno go nie słyszałeś…
Gdy się odwróciłeś ujrzałeś że na miejscu twej rodziny stoi Trygve oraz Edgar. To ten drugi mówił uśmiechając się do ciebie pobłażliwie.

- Zabij mnie teraz, a nie będziesz musiał dalej podróżować - rzekł Trygve.

- Podróżuję… podróżuję dla siebie, Trygve. Nie miałeś prawa mnie wygnać. Powołałeś się na bogów, lecz zwyciężyłem w Hongandze. Prawo było po mojej stronie.

Spojrzał znów na manipulatora.

- Mogłem wrócić i zabić go następnej nocy. Nie zrobiłem tego. Może chciałem, by ludzie śpiewali Ulfirssagę w przyszłości. Może chciałem wędrować. Może ratować Norskę dzięki przedmiotom bogów, albo spełnić ich wolę. A może nie miałem żadnego powodu.

Zmarszczył brwi i skupił wzrok.

- Jestem wolnym człowiekiem.

Klatka zniknęła po twych ostatnich słowach jakby nigdy nie istniała. Wraz z nią zniknęła Mira, Trygve, Edgar, a także i wieża oraz to co mógłbyś ujrzeć poza nią.

Znalazłeś się w jakiejś kamiennej sali. Nie była duża, ani wystrojona. Puste ściany urwane były tylko w jednym miejscu tworząc wyjście. Na środku pomieszczenia stał kamienny podest, na który bił snop światła z ułożonych na suficie kryształów.

Na podeście ułożona była runa. Wytopiona z metalu, którego nie znasz była jedną z tych, które zostawiłeś przed chatą sióstr. Dar. To właśnie od niej czułeś zew, który powodował twoimi decyzjami ostatnimi czasy.

Przez chwilę stał, uspokajając się i dochodząc do siebie - znów, w przeciągu niespełna klepsydry. Podszedł do runy i patrzał na nią z podziwem. Wreszcie klęknął przed nią i oparł o nią swoje czoło, odmawiając dziękczynną modlitwę… sam nie wiedział do kogo. Czy wszyscy bogowie mieli jednaki stosunek wobec niego i jego wyprawy? Czy któryś był jej wrogi, a któryś mu opiekunem? Ostatnie dni, od kiedy zagłębił się we wnętrzu katakumb Thjazich przyniosły mu więcej goryczy, żalu, gniewu i wstydu, niźli cała jego wyprawa wstecz.

Czyżby to bogowie mieli na myśli? Próbę pokory?
Wziął do ręki runę z tego dziwnego metalu. X. Gebo. Podarunek. Głębsze znaczenie tego epizodu jego wyprawy. Historia zataczała krąg.

Wziął ów przedmiot i dołożył do reszty artefaktów. Czuł, że odniósł kolejny sukces. Podążył więc ku wyjściu z wieży, mając nadzieję, że burza jeszcze się nie rozszalała na dobre…

Korytarz był krótki i ku twojemu zaskoczeniu nie wyprowadził cię na zewnątrz wieży. Znalazłeś się w sali, w której zasiadało dwunastu Thjazi. Tym razem znów towarzyszyła im Mira oraz twoja drużyna. Kobieta uśmiechnęła się na twój widok i kiwnęła ci głową.

Wyszedłeś na środek sali.

- Podołałeś próbie kamienia - rzekł piąty z Thjazi - Jesteś godzien dzierżyć przedmiot zmian.

- Gdy już zbierzesz wszystkie części Ulfirze, synu Egilla - rzekł szósty z nich - Idź na zachód, tam gdzie serce naszych ojczystych ziem.

- Góry wysokich synów - rzekł siódmy - Tam będzie czekać na ciebie najważniejsza próba. Od tego czy jej podołasz zależą losy północnych ziem. Całego lądu spowitego w Wichrach Zmian.

- Dzięki. - powiedział zmęczonym głosem - Mam do was dwa pytania, synowie podziemi. Pierwej… czy to, co przeżyłem, było iluzją, czy miało miejsce w rzeczywistości?

- Próba jest prawdziwa - rzekł ósmy - Jedynie Snotri zna sztuki magiczne i właśnie za nie został zamknięty w labiryncie.

Z jednej strony była to zła odpowiedź. Brat Snotriego nie musiał umierać. Ale był wolnym człekiem i wybrał swój los. Natomiast Skadi… serce Ulfira znów pogrążyło się w żalu. Nie było to jednak miejsce na opłakiwanie zmarłych. Poza tym, były też dobre strony tej wieści. Zapamiętał pozycję gwiazd. Być może uda mu się wywiązać z runicznej obietnicy, złożonej siostrom i przysłać im kogoś, kto by tego chciał i na to zasługiwał. Złożyłby podwójny dar. Siostrom i owemu mężowi, czy też mężom. Wyrównałby swój rachunek i uszczęśliwiłby kogoś.

- A zatem… me drugie pytanie. Czy ugościcie mnie i mą drużynę, nim ruszymy ponownie w drogę? Chcielibyśmy wypocząć przed dalszą wyprawą… i podziwiać piękno waszego domu.

- Tak się stanie Ulfirze, synu Egilla - rzekł dziewiąty - Zarówno ty, jak ci którzy podążają twoimi śladami znajdą u nas odpoczynek i spokój przed dalszą podróżą.

- Od dzisiaj zaś będziesz też znany wśród nas jako Syn Kamienia - rzekł dziesiąty - Ten, któremu udało się przejść labirynt, ten jest bohaterem północy.

---------------

Mira rzekła, że jeszcze się spotkacie. Na razie jednak powinieneś wypocząć. Zostaliście ugoszczeni w kilkunastu niedużych pomieszczeniach tworzących coś na kształt ula. Wasze komnaty były ze sobą połączone bez drzwi, ale w wejściach były zasłony. Pomieszczenia były urządzone bardzo oszczędnie z uwagi na ciasnotę. Jednakże ciepłe światło bijące z kryształów sprawiało, że było tu nawet przytulnie. Cały ten segment był, jak zauważyłeś, oddzielony od reszty podziemi, a na korytarzu łączącym ustawiono dwóch strażników. Widać było że Thjazi bardzo zazdrośnie strzegą swoich sekretów. Zostawiono was jednak z solidnymi zapasami, z których można by urządzić niejedną ucztę.

- Co dalej? - zapytała Elwira.

Ulfirowi poniekąd spodobała się ta nieznaczna zmiana stosunku, jaki mieli do nich Thjazi… i Mira, do niego. Otrzymali należyty wikt i opierunek. Mogli pozostać tutaj przez kilka dni. Dość, by wypocząć, naradzić się i nazwiedzać.

Pytanie Elwiry było konkretne. Siedział z drużyną Aderusa… ze *swoją* drużyną przy długim stole. Dwójka z nich właśnie kończyła ostatnie dania i stawiała misy na stole. Wężobójca… czy też Syn Kamienia, westchnął - jak to zwykle robił ostatnimi czasy.

- Najbliżej gór Thjazich są góry Ulfwerenar. Udamy się w tamtą stronę. Weźmiemy tyle zapasów, ile uniesiemy… i ile dadzą nam nasi gospodarze. Jeśli po drodze będzie jakiś fjord czy osada, zawitamy tam na chwilę. To będzie trudna wędrówka, tym bardziej, jeśli wierzyć legendom jakie krążą o tych górach. Ale musimy tam iść. Zew przedmiotów mnie tam kieruje. Tam znajdziemy kolejny element tej… układanki.

Spojrzał na nich, jakby widział ich pierwszy raz w życiu.

- Zdałem test. Thjazi mówią mi Synu Kamienia. Zobaczyliście na własne oczy, żem nie oszust, słabeusz czy człek o nieczystych intencjach. Na sercu leży mi los tej ziemi. Aderus rzekł, byście kroczyli ze mną, ale nie rzekł, byście robili to całym sercem. Być może się to zmieniło.

Upił łyk gorącej polewki z kufla.

- Powiedzcie mi coś o sobie.

- Byłam bretońską służką - zaczęła jako pierwsza Elwira - Towarzyszyłam bretońskiej szlachciance wysłanej do Aderusa. Zostałam na tym lądzie jako podarek, lecz z czasem zbliżyliśmy się do siebie, a on nauczył mnie drogi północy. Towarzyszyłam mu w boskiej wyprawie którą podjął gdy nikt inny wahał się to uczynić. Mimo że umarł, wciąż jest królem w mych myślach.

Pozostali drużynnicy pokiwali głowami. Widać byli oddani Aderusowi. Potem zaczęli mówić następni. W krótkim czasie poznałeś ich historię oraz fakt że kilku z nich umarło w trakcie trwania wyprawy. Jeśli wierzyć ich krótkim opowieściom, miałeś przed sobą weteranów wielu rajdów i potyczek. Brali też udział w wielkiej bitwie pomiędzy siłami Aderusa i Eryka, która przerodziła się w wojnę z siłami chaosu. W istocie, dopiero teraz słyszałeś o tym wydarzeniu, gdyż wieści musiały dojść do twego fjordu już po tym, jak go opuściłeś. Jednak ich opowieść była tak barwna, że niemal ujrzałeś ścierające się siły, tupot okutych w stal butów i szczęk żelaza i stali. Wiedziałeś też że jeśli chaos tak licznymi siłami zawitał w północnej części Norski, to znaczy że północne morze zamarzło otwierając drogę również i większym armiom.

Ulfir słuchał opowieści pozostałych jak urzeczony, wyobrażając sobie wojnę między Aderusem i Erykiem oraz ich sojusz przeciwko najazdowi sił fanatyków i bestii z północy. Gdyby nie fakt, że zdecydowali się połączyć swe ściany tarcz przeciwko wspólnemu wrogu… Gdyby nie poświęcenie, jakim wykazał się Eryk Czarnoręki, serce Norski już dawno padłoby pod naporem szaleństwa - a wkrótce później także i fjordy na obrzeżach. Jego Aesirvig leżałby w gruzach, a pośród jego ruin rozsiadaliby się nowi władcy.

Dzięki waleczności wojów Aderusa, Eryka i innych, wszystkim został kupiony czas. Dość czasu, by odnaleźć przedmioty bogów i użyć ich dla bezpieczeństwa tej ziemi. Wróg musiał zaś porzucić na jakiś czas siłowe rozwiązania i również posyłać swych championów na poszukiwania.

Syn Egilla zasępił się. Jeśli Morze Krakena czy Morze Mrozu były nadal pokryte grubą, twardą taflą zmarzliny, to Czarnoksiężnik na pewno zbierał siły do kolejnego ataku. Na północy czy wschodzie mogli też grasować jacyś inni mocarze, z własnymi bandami.

W odpowiedzi na osobiste zwierzenia swych drużynników, opowiedział pokrótce swą historię, oraz to, co zdarzyło się na Próbie Kamienia.

- ...i wróciłem. Moce wieży same przeniosły mnie przed oblicze Thjazich i was. Wiem jednak, że to wszystko odbyło się naprawdę. Te miejsca istnieją, odizolowane od świata… ale nie od gwiazd. Zapamiętałem je na nocnym niebie i naniosę na pergamin.

Spojrzał gdzieś w ścianę.

- Być może, jak to się wszystko skończy, ktoś, godny tego, będzie chciał poświęcić swą wolność i śmiertelność, aby żyć z tymi dwiema dziewojami.

- Ha! Jeśli przeżyję z chęcią obaczę tą rajską grotę - rzekł jeden z przybocznych (imię podam później) - Jak już skończymy kłaść trupem wrogów wszelkich i chędożonych pachołków Varrla - na koniec splunął w kąt sali dając pokaz pogardzie względem czarnoksiężnika.

Opowieść Elwiry była ciekawa. Była wyjątkową osob. Z początku słaba, południowa kobietka z Bretonii, która została tu z polecenia swej pani. Usługiwała Aderusowi, pewnikiem ją też chędożył. Była w zasadzie jego niewolnicą, dopóki zdecydował się ją przekuć siłą w jedną z “tarczowych dziewic”. Jego podziw dla przenikliwości i siły woli Kowala znów wzrósł. Był przybłędą, byłym thrallem, nie rodzonym w Norsce - a jednak się wyzwolił, objął koronę starego jarla, powstrzymał najazd Chaosu, pogodził zwaśnionych jarlów, wyprawił się po przedmioty bogów i przekuł słabowitą dziewkę z Południa na twardą, norsmeńską kobietę.

- Opłakiwałaś swojego króla, ale jesteś już wolną kobietą. Pochodzisz z Bretonii. Aderus pokazał ci, jak być Norsmenką. Zrobił z ciebie tarczową dziewicę. Ale dlaczego nadal tu jesteś? Nikt cię tu już nie trzyma, chyba, że rozkaz martwego człeka.

Elwira z początku nie odpowiedziała. Siedziała zasępiona jakby zastanawiając się nad odpowiedzią. Gdy w końcu otworzyła usta w jej głosie brzmiał żal i gorycz.

- Rozkaz martwego człowieka to dużo. Może i kroczy już on po korytarzach Valhalli, lecz jego ślad pozostał w nas wszystkich. Odbił swoje piętno na naszych sercach. Jeśli cokolwiek jest godne umierania, to właśnie sprawa, za którą i on wyzionął ducha.

Zrobiła pauzę, po czym kontynuowała.

- Zostałam wychowana w tradycji miłości do przodków i seniorów. W Bretonii powtarza się legendy o wielkich bohaterach, a młodzi rycerze idą w ich ślady chcąc zbliżyć się choć odrobinę do ich chwały. Gdyby Aderus był rycerzem, w gościńcach i na zamkach śpiewaliby o nim ballady, a niepasowani jeszcze rycerze garnęliby się na wyprawy, by udowodnić swą wartość w cieniu jego imienia.

Odchrząknęła oczyszczając gardło, a jej głos nabrał czystości.

- Opowiem wam co nieco o Bretonii…

Zaczęła snuć opowieść o lądzie pełnym pagórków, równin i lasów. Zielonych połaciach terenu, po których galopują włodarze na swych rumakach bojowych. Winnicach produkujących najwspanialsze wina na świecie. Rycerzach, ich przysięgach i wojnach toczonych z orkami i zwierzoludźmi z lasów. Rycerzach Graala, którzy dostąpili błogosławieństwa samej Pani i są chodzącymi świętymi - naocznym dowodem jej potęgi i potęgi Bretonii. Zamkach i twierdzach pilnujących ziem pozostających w ich cieniu.

Opowiadała długo o kraju, w którym honor i bohaterstwo jest uważane za jedną z głównych, jeśli nie najważniejszą cnotę. Spostrzegłeś że to chyba pierwszy raz, kiedy może w pełni opowiedzieć o swojej ojczyźnie. Potok słów spływał z jej ust nieprzerwanym nurtem. W końcu ucichła, ale widać było że nie wyczerpała tematu.

Z początku traktował słowa Elwiry z pewną dozą podejrzliwości - jak to Ulfir - i lekkiego pobłażania. Wydawało się mu to wszystko wysoce naiwne. Nie raz słyszał i widział, jak w Norsce czy na ziemiach Południowców ludzie zaprzedawali wszystko i wszystkich by dogodzić swej własnej prywacie. Ze wszech miar patrzeć, Elwira była naiwna. Być może jej pobratymcy także… lecz zdawało się to niezwykłe.

Gdzie byś nie stąpał po jakiej ziemi, tam ludzi łączyła ta sama, ludzka natura. Natura pełna cynizmu, zawoalowana zwyczajami, kodeksami, honorem czy innymi frazesami. W Norsce było lepiej - ludzie tu byli szczerzy, honorowi i pogodzeni ze swą dolą - a nawet wyczekujący chwalebnej śmierci. Południe już dawno temu stało się miękkie, zatracone w brzęczącej monecie i miękkim pluszu… acz być może nie wszędzie. Ulfir słuchał opowieści o Bretonii i zdawała się mu być podobna do Norski w pewnych aspektach. Rozpaliło to jego ciekawość… toteż podjął mocne postanowienie: jeśli wyżyje swą własną sagę, to uda się tam łodzią, ażeby ten kraj obaczyć na własne oczy, poczuć własnymi zmysłami i ocenić własnym rozumem. Być może zrobi to u boku Elwiry. Niezgorsza była to dziewoja i zaintrygowała go tym, że była tak Bretonką, jak i Norsmenką.

Przez następne dwa dni, Ulfir i jego drużyna wypoczywali, gawędzili i zwiedzali kawerny, korzystając z gościnności Thjazich. Przez ten czas Ulfir miał okazję na spokojnie podziwiać piękno podziemnej krainy i kilkakrotnie porozmawiać z Mirą. Trzeciego dnia jednak odczuł coś niepokojącego. Jego przedmioty przestały "ciągnąć" na wschód, ku górom Ulfwerenar, tylko dalej. Mocniej, w inny sposób. Ktoś musiał zgarnąć przedmiot z gór wilkoludzi... i zewsząd indziej. Ulfir miał ostatnie kawałki układanki, a ten nowy zew mógł oznaczać tylko jedno.

Poprosił o zwołanie narady, gdzie rozmówił się ze swoją drużyną, Mirą i starszymi Thjazi. Karły doposażyły ich w zapasy i niezbędne przedmioty oraz poprowadziły tajemnymi ścieżkami, głęboko w trzewiach ziemi, gdzie plugawe bestie, posługacze i macki bogów Chaosu nie miały dostępu. Kiedy już Norsmeni je opuścili, podjęli dalszą wędrówkę pieszo. Syn Egilla w duchu podziękował Mirze i jej pobratymcom - podziemne tunele szybko i bezpiecznie przeprowadziły ich przez kawał lądu. Bliżej celu całej tej wyprawy, niż mógł się spodziewać.

Zwieńczenie Ulfirssagi zdążało wielkimi krokami...
_________________
Ulfir Egillsson, Norsmen - Wichry Północy
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
kain
Mod Magów
Mod Magów


Dołączył: 20 Lut 2005
Posty: 2262

PostWysłany: Sro Paź 01, 2014 11:32    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Godziny zamieniały się w dnie, a dnie w tygodnie gdy siedziałeś w grocie giganta. Czas nie miał tu znaczenia. Ani dla ciebie, ani dla niego. Sto lat miało upłynąć zanim mogłeś porzucić więzy narzucone przez przysięgę i złożyć służbę. Póki co jednak musiałeś czekać na tych, którzy jak rzekł olbrzym - przyjdą tu by pokazać że są godni, lub są głupcami. Mieli tak jak ty dzierżyć artefakty, które przyczynią się do uwolnienia wielkiej mocy, która pochłonie świat lub powstrzyma falą chaosu. Do tego czasu jednak nie mogły zostać tu złączone w jedną całość. Ty miałeś być trzecim strażnikiem.

Kain siedział godzinami, a może tygodniami. Sam stracił rachubę czasu. W przerwach między opowieściami olbrzyma o zamierzchłych czasach, wojownik medytował lub poświęcał czas doskonaląc swoje umiejętności walki wręcz. Przegrał stuletnią służbę, co znaczyło, że nie był idealnym wojownikiem. Chciał to zmienić. Dążenie do perfekcji stało się jego hobby, bowiem sto lat to szmat czasu.

Nadejście nieuniknionego zawsze wiąże się z zaskoczeniem. Tak już został świat zbudowany. Jednak nie spodziewałeś się tego co usłyszałeś gdy po dwóch tygodniach oczekiwania usłyszałeś niecierpliwy głos bijący echem po korytarzach i wpadający aż do waszej groty.

- Zamilcz przeklęty demonie albo zacznę cię katować magią Hysh! Nie chcę więcej słuchać twojej głupiej paplaniny. Na wszystkich sześdziesięciu sześciu mrocznych synów, ty jesteś najgorszy! Gdzie on jest!? Prowadź!

Wraz z głosem mogłeś dosłyszeć odgłos kroków. Ktokolwiek to był, był jeszcze daleko gdyż korytarze niosły dźwięki dosć odległe. Ten ktoś jednak nie był sam.

Dźwięki w korytarzu rozległy się echem. Uśmiech pojawił się na twarzy Kaina, choć nie sądził, żeby ten drugi głos mógł należeć do demona. Mag, Hysh. Będzie ciekawie. Dwa topory ze świecącymi inskrypcjami Khorna, Pana Krwi i Wojny, znalazło się w dłoniach zabójcy. Czekał spokojnie, a broń miała na razie posłużyć jako element samoobrony. Nie chciał zabijać nieznajomego...przynajmniej od razu. Uśmiechnął się pod nosem.

Kroki zbliżały się i w końcu do groty weszło kilkanaście postaci. Z tej odległości nie mogłeś rozróżnić twarzy, wszak grota była duża. Jednak jedno nie ulegało wątpliwością - byli uzbrojeni po zęby. Pięciu zbrojnych. Dwóch z paskudnie wyglądającymi korbaczami. Jeden z dwoma mieczami. Jeszcze jeden z toporem i tarczą. Piąty zaś ciągnął za sobą wózek pełen broni przeróżnej maści. Wspominając drogę tutaj uznałeś że musiał się nieźle natrudzić przy niektórych momentach. Każdy z tej piątki miał obecnie w rękach kuszę, a odziani byli w mieszankę pancerzy kolczych i płytowych. Pochód zaś otwierała wyróżniająca się postać maga. Wysoki, odziany w pobrudzone już beżowe szaty, które niegdyś może i były białe. Wyszywane złotymi nićmi były przewiązane w pasie. Pod szatą widać było jednak strój podróżniczy. Dzierżył laskę z rozpalonymi na górze świecami, którymi oświetlał sobie otoczenie. W drugiej dłoni zaś trzymał lusterko.



- Nareszcie - rzekł zwracając się do lusterka - Jesteśmy na miejscu. Czuję to. Nie jesteś mi już potrzebny Pazuzu.

Mówiąc to wcisnął lusterko za pas i skierował spojrzenie w twoją stronę.

- Jestem Detlef Germatrak. Wielki Mag potęgi Hysh! Przybyłem tu odegnać widmo chaosu jakie nastaje na te ziemie oraz na cały świat. Masz artefakty, które się do tego przyczynią. Ozwij się i opowiedz po jednej ze stron. Walczmy ramię w ramię albo odejdź w niepamięć.

Kain spojrzał się na gospodarza i uśmiechnął się tylko:

- Goście.. Będzie ciekawie - rzekł do niego spokojnie czekając.

Pazzuzu. Imię to uderzyło Kaina niczym grom z jasnego nieba. Wyjął liść tytoniu i zapalił. Czekał. W dłoni niechybnie pojawił mu się sztylet. Oczy zaczęły błyszczeć. Milczał. Niech Pan tej groty się wypowie. On był tylko sługą. Choć, wiedział że to czego poszukiwał jest tak blisko. Krew znów splami jego dłonie, chyba że mag pomyśli dwa razy nim cokolwiek zrobi. Czekał, aż intruzi się pojawią w zasięgu widzenia. I niech pierwsi się odezwą. On milczał. Niech nie wiedzą z czym przyjdzie im walczyć.

Gigant pozostawał bez ruchu przypominając hałdę kamieni, tak jak go spotkałeś na początku. Brak twojego odzewu widać zaskoczył gości. Zbliżyli się, ale widać było że są doświadczonymi poszukiwaczami przygód. Środek groty podeszło trzech, w tym mag. Pozostali trzymali się boków, a jeden obrał ścieżkę po półkach skalnych.
Gdy znaleźli się na środku groty, mogłeś dojrzeć ich twarze. Każda z nich mocno zarośnięta i poznaczona życiem na trakcie. Blizny, ponure spojrzenia oraz determinacja bijąca z oczu.
Zatrzymali się ponownie.

- Jeśli nie staniesz z nami ramię w ramię - odezwał się znowu mag - I nie oddasz atefaktów, by mogły odegnać chaos jako całość, umrzesz tam gdzie stoisz. Tako rzeczę ja!

Usłyszałeś nagle cichy szept giganta. Niczym drżenie ziemi, lecz pojąłeś znaczenie słów.

- Przetestuj ich. Jeśli są godni, mogą zostać i czekać na moment złączenia. Jeśli nie, zostaną jedynie ich szczątki.

W tym samym momencie obroża którą nosisz od pewnego czasu ucisnęła na twą szyję zwracając na siebie uwagę. W głowie usłyszałeś znajomy głos innego maga.

~Zabij ich~

“Pierdol się” odpowiedział w myślach. Wstał spokojnie i rzekł gromkim głosem:
-No nareszcie..w końcu przybył ten o którym prawią legendy..Sto lat tu siedzę i mi dupa odmarza.. w końcu przybył Detlef Germatrak. Biały Czarodziej… - wstał i zaczął kierować się ku magowi powoli -Rad jestem że przybyłeś ale niestety...są zasady. Bogowie je ustanowili...i nie da rady bez nich...Trzy próby trzeba przejść by zdobyć artefakty o których mowa..Gotowy jesteś potężny Magu - rzucił zachęcająco

Widzisz że twarz maga wykrzywił uśmiech.
- Więc jednak! Dobrze… jeszcze żadna zagadka mnie nie powstrzymała. Studiowałem logikę u samego Alexa von Zira! O jakich próbach mówisz?
Wyszedł przed swoich dwóch ochroniarzy.
- Tak Alex von Zir..znam to nazwisko - był strasznie chujowym magiem ale nie powiedział tego głośno - Próby...Trzy próby: próba siły, próba miecza, próba pokory choć nie kiedy zwana próbą mądrości.

- Dobrze zatem - rzekł mag stukając swą laską o ziemię - Pierwiej podejmę próbę mądrości jeśli ich kolejność nie jest ustalona.

- Nie jest - odparł Kain i zaczął spokojnie krążyć..- Wolf z Burchen, prócz tego, że był jedynym poza mną księciem Burchen posiadającym koronę, dostąpił pewnego dnia wątpliwej przyjemności umykania przed ścigającym go bezimiennym Stworem. Chociaż niewykluczone, że były to tylko skutki działania arabskiego wina. Stwór wołał go raz po raz po imieniu. Wolf wpadł do swojego domu, przebiegł przez sześć komnat, ryglując za sobą drzwi każdej, wreszcie, zaryglowawszy za sobą drzwi siódmej, stwierdził, że nie ma już gdzie uciekać. Słyszał trzask wyłamywanych kolejno drzwi i swoje imię wywrzaskiwane przy wyważaniu każdych. Naliczył sześć takich trzasków i sześć wrzasków. A potem jego imię rozbrzmiało pod siódmymi drzwiami; ale Stwór tych drzwi nie tykał. Wolf czekał cały w nerwach, kiedy wylecą z zawiasów, i nic. Wreszcie zaczął przestępować z nogi na nogę, nie mógł się już doczekać, kiedy Stwór do niego wtargnie, i nadal nic. Wreszcie zniecierpliwiony sam otworzył drzwi i wyjrzał. Stwora za nimi nie było. I Wolfowi do końca jego dni nie dawało spokoju pytanie, co też go wołało. Co to było ? Podaj komentarz do tej zagadki.
Mag zasępił się gdy usłyszał treść zagadki. Podniósł palec do góry i brodę takoż wlepiając w ciebie spojrzenie.
- Zaiste trudna jest to próba, lecz jej podołam…
Po tych słowach umilkł i ponownie skierował spojrzenie w dół zastanawiając się nad odpowiedzią.
Gdy mag myślał Kain spokojnie obchodził sobie wózeczek i obserwował ochroniarzy maga. Miał czas, uderzenie nadejdzie jeśli zajdzie potrzeba taka. Szukał wzrokiem zwierciadła..które dostrzegł wcześniej. Szukał Pazuzzu.

Zwierciadło było zatknięte za pas czarodzieja, lustrem do jego szaty. Ochroniarze Detlefa również cię obserwowali, gdy ich pracodawca zastanawiał się nad odpowiedzią. Jeden z nich wyszczerzył zęby.
- Może jego stara? - zarechotał i dwóch odpowiedziało mu chóralnie.
Ujrzałeś jak ten, który był na półce skalnej zeskoczył w końcu na niższą, potem na jeszcze niższą, aż w końcu znalazł się na dnie groty, czyli na tym samym poziomie co wy.

Mag wreszcie podniósł głowę i spojrzał wprost na ciebie.
- Całe to wydarzenie pasuje do opisu działania ogarów otchłani, ale nie rzekłeś że Wolf z Burchen uprawiał magię. Nie… to jest coś innego. Znało jego imię. Wyważało drzwi za którymi się krył, ale jednocześnie oszczędziło go po szóstych. Przetrwało przejście szóstych drzwi, więc też nie na śmierci ta zagadka się opiera, bowiem usłyszał po raz siódmy swe imię. Co to jest? Rzeknę że sumienie. Coś czego wielu władykom brakuje.

- Czy taka jest odpowiedź twa ostateczna - zapytał gromko Kain - pamiętaj, że musisz przejść wszystkie próby...możesz też podjąć resztę a potem do niej wrócić..

- Chcesz albo mi pomóc, albo podkopać moją pewność siebie… - rzekł mag mrużąc oczy - Dobrze zatem. Kupię sobie więcej czasu podchodząc do innej próby. Próba siły.

Kain odrzucił broń na bok i rzekł:
- Cóż..walczyć będziemy gołymi rękoma.. żadnej broni, żadnej magii. Tylko czysta fizyczna siła się liczy - poczekał czy będą jakieś pytania.

- Przysługuje mi prawo do szampierza?

- Yyy.. - Kain zaczął udawać idiotę - No niech będzie...ale jeśli on przegra...będziesz musiał dać daninę… - zaczął się przyglądać najemnikom, wózeczkowi, broniom, a potem lusterku - niech będzie to - wskazał na swój przedmiot pożądania - jeśli przegra twój szampierz będziesz musiał oddać to lusterko…

Mag popatrzył na lusterko i prychnął.
- Nie ma już dla mnie wartości. Jednak jeśli mój szampierz przegra to i tak nie przejdziemy wszystkich prób, a tym samym nie pomożesz nam.

- Niby tak...ale jest drobna rzecz, którą pominałem...Myślisz, że czemu tu siedzę sto lat...Właśnie...przegrany zostaje… - spojrzał się na maga a potem na najemników, by zrozumieli co mogą stracić…

Mag uśmiechnął się. Dwóch ochroniarzy nie podzielało jego optymizmu, ale nie był to strach. W końcu ten od wózka kiwnął głową.
- Mój brat stanie do walki - po czym wskazał innego z ludzi - Jest najsilniejszym człowiekiem jakiego znamy i najsprawniejszym w karczemnych bijatykach. Stawajcie.

Ten którego wskazał był w istocie niezbyt rosły.

Kain spokojnie czekał aż wystąpi jego oponent. Poczekał również aż będzie on już bez broni, tak jak on sam. Obserwował go uważnie, oceniając, szacując i porównując swoje siły z jego. Czekał spokojnie, aż przeciwnik wykona pierwszy ruch.
Twój przeciwnik uśmiechnął się szczerząc zęby, warknął i ruszył na ciebie w szarży lekko się pochylając. Jeśli dobrze oceniłeś zamierzał cię złapać w kolanach, ale równie dobrze mógł celować w brzuch.

Kain czekał spokojnie aż przeciwnik dobiegnie praktycznie do niego, lecz nie będzie bliżej niż wyciągnięcie ręki. Wtedy posłał mu szybkie kopnięcie celując albo w twarz albo w krocze. Sam jednocześnie lekko odchylił się do tyłu, by wyjść na wszelki wypadek z zasięgu przeciwnika. Ręcę miał wysoko podniesione, co miało mu zapewnić i stabilność i gardę przed łapami przeciwnika. Przeciwnik wyglądał na takiego co nie raz, nie dwa walczył więc chciał to załatwić szybko. Odprawić maga i odzyskać demona.

Przeciwnik okazał się być zwinny. Gdy posłałeś mu kopniaka umknął w bok. Manewr jednak sprawił że jego cios nie był już celny. Odskoczył po przekątnej i zaraz się obrócił w twoją stronę ustawiając gardę.

Kain był wyższy, co znaczyło jedno: miał przewagę ramion. Pierwsze kombinacje miały być proste, wolne i wyglądać na nieudolne. Lewa, lewa, prawa.. Wszystko proste. Sekwencje miały się powtarzać, jakby wojownik nic innego nie umiał. Za pewne brat maga, będzie chciał skrócić dystans i za każdym razem, gdy to robił Kain uderzał w jego piszczel tzw low-kickiem. Chciał obić mu nogę, proste sekwencje miały wybadać przeciwnika, szukając jego słabych punktów.

Szybko spostrzegłeś że twój przeciwnik nie stara się szybko ciebie powalić. Będąc świadomy twojej przewagi rąk w istocie spróbował dwa razy skrócić dystans. Za pierwszym razem obiłeś mu piszczel, ale za drugim razem był na to przygotowany i zablokował twoje kopnięcie, po czym się wycofał. Teraz on trzymając gardę zaczął krążyć i przyjął postawę defensywną.

Po obronie zawsze przychodzi czas na atak. Pierwsze dwa proste były standardowe, lecz trzeci cios już nie. Lewy prosty został wypuszczony, i gdy został zbity, prawy nie poszedł bowiem Kain wyprowadził uderzenie z lewej ręki, która cofając się wystrzeliła ponownie do przodu, ale zewnętrzną krawędzią dłoni w kierunku nosa przeciwnika. To nie miało zabić, czy zranić bardziej ale rozdrażnić go.

Twój cios sięgnął celu. Uderzenie było na tyle irytujące że przeciwnik szybko postanowił oddać skracając dystans. Jednak nie wyprowadził żadnego konkretnego ciosu, a rzucił się, by złapać cię w pół.
Kain dał się złapać, lecz ręce uniósł do góry tak by mu ich nie unieruchomił. Jednocześnie nogą, zaplątał jego nogę - by zapobiec przewróceniu, a wolne ręce oparł o jego klatkę piersiową. Po sekundzie wsunął je do góry, przechodząc po twarzy w kierunku oczodołów. Zamierzał wbić mu palce w oczy, lekko oślepiając (nie na tyle mocno, by mu wbić gałki oczne do środka)
Gdy tylko twoje palce znalazły się na jego twarzy, mężczyzna puścił cię jak oparzony i złapał cię za nadgarstki.
Gdy tylko jego dłonie zacisnęły się na moich, moje ręce (są blisko niego) łapią go za ubranie a ja wyprowadzam kopniak kolanem w jego krocze. Właściwie do wpadam w jego krocze moim kolanem.
Trzasnąłeś go w krocze i usłyszałeś stęknięcie. Niemrawo chciał cię odepchnąć i zatoczyć się w tył, ale twoje ręce wciąż trzymały go za ubrane. Poczułeś że i on próbuje cię złapać za odzienie, a biodra skręciły się lekko w bok, by uniknąć kolejnego takiego ciosu. Poczułeś, że twój przeciwnik słabnie.

Gdy tylko ręce puściły nadgarstki a skierowały się ku ubraniu, Kain pozwolił na to. To pozwoliło mu uderzyć go z łokcia w policzek raz, a potem drugi wchodząc w niego swoim ciałem.

Powaliłeś swojego przeciwnika. Zmiękł pod twoimi uderzeniami, aż w końcu upadł na ziemię. Widzisz że jest przytomny, ale na razie pozbawiony chęci lub możliwości kontynuowania starcia. Mag wygląda na niepocieszonego.

Gdy przeciwnik padł, Kain podszedł do niego i podał mu rękę pomagając wstać:
- Wytrwały jesteś wojowniku. Wytrwały i dzielny...niczym prawdziwy syn Sigmara.. - pochwalił przeciwnika. Potem podszedł do maga i rzekł spokojnie, beznamiętnie: - niestety przegrałeś. Nie jesteś godzień, dobyć wszystkich artefaktów i złączyć ich. Brata nie wezmę na służbę, lecz daninę trzeba opłacić.

Wojownik z którym się biłeś przyjął pomoc i powstał. Zamrugał kilkakrotnie powiekami.

- Dobrze - warknął mag wyciągając lusterko zza pasa i wyciągnął je w twoim kierunku.

- Powiedz zatem kto jest godzien? Co jeśli nie znajdzie się nikt kto sprosta twoim… próbom? - rzekł z przekąsem - Co wtedy? Dasz chaosowi opanować świat?

~Zabij ich. To kłamcy. Służebni mrocznym potęgom~

Kain miał dość powoli tego głosu. Zaczynał go irytować. Wziął lusterko i obejrzał je sobie. Spojrzał na maga, do którego rzekł spokojnie:
- Nie mi ustalać zasady. Jak Ty przybyłem tu przed wiekami i rzucilem wyzwanie jednemu ze strażników. Poległem, lecz zamiast zginąć dano mi szansę. Będę tu czekał aż przyjdzie wybraniec. Legenda głosi że będzie silny niczym lew, potężny jak tytan a sprytny jak lis… Zasady ustanowili Bogowie odgórnie..nie mi decydować...lecz… widzę że pobudki masz szlachetne.. Jeśli mi pomożesz, ja pomogę Tobie...zgoda ? - rzucił

Mag zastanawiał się przez dłuższą chwilę, ale gdy odpowiedział w głosie zabrzmiała zarówno gorycz, jak i pewność oświadczenia.
- Zgoda. Nie mamy przed sobą wieków, jeno miesiąc. Taką wróżbę wyczytał z gwiazd patriarcha niebian.
Przy ostatnich słowach jego ochroniarze rozluźnili się nieco.
- Będziemy tu czekać zatem na następnych śmiałków. Gdy zaś przyjdzie czas złączymy przedmioty by przegnać chaos.

- Jeśli zdejmiesz mi tą przeklętą obrożę z szyi jeden z artefaktów będzie należał do Ciebie - rzucił do maga. W tym czasie Kain zaczął przeglądać to lusterko, jednocześnie mówiąc do maga - Zdradź mi co w tym przedmiocie takiego niezwykłego, że mówiłeś do niego.

- Przedmioty to nie jest moja specjalność… ale zobaczę co da się zrobić - odpowiedział. - Jeśli zaś chodzi o lusterko, to jest tam uwięziony demon. Spokojnie, nie ma żadnej mocy ani władzy. Może jedynie mówić… choć czasem to wystarczy.

Gdy przejrzałeś się w lusterku ujrzałeś swoje odbicie. Jednak w mgnieniu oka tafla zalśniła, a po drugiej stronie zobaczyłeś rozpalone gejzery, brudny krajobraz zatruty ciemnym dymem, a na pierwszym planie cielsko olbrzymiego demona o lśniącej fioletowej skórze. Musiał wyczuć że ktoś spojrzał w lustro, bowiem podniósł swój rogaty łeb i momentalnie znalazł się bliżej. Jego paskudna twarz wypełniła obręcz artefaktu. Widzisz że uśmiechnął się paskudnie gdy tylko cię dojrzał.

- Hahahahamuahahahahahahahaha - dudniący gardłowy śmiech rozniósł się po grocie dochodząc z lusterka.

Kain uśmiechnął się lekko pod nosem, a potem schował lusterko. Miał to czego pragnął, teraz potrzebował tylko kogoś kto znów ich połączy w jedność. Ale pierw obroża. Zdjął z siebie płaszcz, i podszedł do maga. Pokazał mu obrożę, i pozwolił by ten mu się jej przypatrzył.

Gdy już było po wszystkim, albo i nie, Kain rzekł:
- Jakie macie artefakty ze sobą ? Ile ich zdobyliście ?

- Jeden - odrzekł mag - Mosiężny łeb Fenrisa. Bożka, którego czcili zmiennokształtni z gór Ulfernar.

Ochroniarze maga rozeszli się po grocie. Tylko ten z wózkiem został przy was niespecjalnie interesując się otoczeniem, ani waszą rozmową.
Śmiech który słyszałeś z lusterka wciąż cię dobiega ale teraz jak chichot. Pozostali zdają się tego nie słyszeć.

- Moje drogie naczynie… o jakże się stęskniłem… ahahahahahahaha… ronię gorzkie łzy na wspomnienie naszy wojaży. A teraz… łzy radości skapują pod me stopy paląc tą straszną ziemię. Cóż porabiałeś przez ten czas? Jak ty beze mnie przeżyłeś?

Tymczasem mag zaczął cię obchodzić i obserwować. Podniósł rękę i palcem przesunął po obroży recytując cicho jakieś zaklęcie. Po kilkunastu sekundach usłyszałeś że zmienił intonację. Potem zrobił to raz jeszcze. Widzisz że na jego czole pojawiły się krople potu, ale nie zaprzestaje swej pracy.

W końcu jednak okazało się że ten kto stworzył ten przedmiot przerasta mocą Maga Światła, i jest potężnym Alchemikiem. Uśmiech pojawił się zgryźliwy na twarzy Kaina. Skinął głową w podziękowaniu i postanowił przez chwilę pobyć sam. Gdy w końcu mógł nacieszyć się prywatnością, wziął lusterko i sięgnął po to co jego mówiąc do Pazzuzu:
- Jednością byliśmy, jednością jesteśmy, jednością będziemy. Czas wrócić do domu...mój złośliwy towarzyszy… - chciał by go ten znów napełnił sobą….A jak będziesz mnie wkurwiać to oddam Cię znów temu magowi co by dręczył cię przez stulecia…

Tafla lustra zmatowiała, drgnęła i wygięła się w twoją stronę niczym membrana, albo skóra nabrzmiałego brzucha. Pojawiły się rozstępy, ale widać było że cokolwiek tam w środku siedzi, nie ma dość sił by wyjść na własną rękę. Wszystko się zmieniło gdy dotknąłeś artefaktu palcami. Poczułeś pod opuszkami coś śliskiego, co z pewnością nie było taflą lustra. W pierwszej chwili chciałeś odsunąć rękę, ale stłumiłeś instynkt. Usłyszałeś śmiech, który odbił się echem w twojej głowie oraz poczułeś że coś pełznie po twojej ręce. Coś niewidzialnego dla normalnego wzroku. Jednocześnie zaś wyjątkowo namacalnego, ochydnego i odpychającego. Znałeś to uczucie.

Skóra na twojej ręce zaczęła czernieć i pokrywać się czerwonymi żyłami. Na zmianę gorąc i mróz ogarniał twoje członki. Wrażenie pustki w sercu zaczęło niknąć, lecz na jej miejscu pojawiło się wspomnienie cierpienia, bólu, żałości i gniewu. Świat wokół ciebie okrył się mrokiem, tak jakby na twoje oczy padła jakaś klątwa. W uszach zaczęło ci dzwonić, a jedyny dźwięk jaki mogłeś ponad to usłyszeć to był śmiech Pazuzu. Rozlegał się głośno, jakby był tuż obok. Był jednocześnie zadowolony i szyderczy. Ból zdjął twoje ciało, lecz jakaś moc sprawiła, że nie mogłeś się pod jego wpływem skulić. Sparaliżowany trwałeś w bezruchu czując jak coś rozrywa twoje mięśnie. Z przekrwionych, palących oczu pociekły łzy.
Wreszcie po wieczności trwającej zaledwie kilka sekund mogłeś na nowo oddychać.

Kain padł na kolana z szaleńczym wyrazem twarzy, pławiąc się w tym samym uczuciu co kiedyś. Pazuzzu był z nim. Znów byli jednością. Oczy stały się czarne znów, a Kain znów czuł że jestem pełen. Setki lat, podczas których związany był z demonem sprawił, iż funkcjonowali oni jako jedno.
- Co z tamtą dziewczyną się stało ? - zapytał w myślach demona - Ja zabiłem samozwańca… i posiadłem jego włócznie.

- Dobrze! Widzę jak go ubiłeś. Pięknie wykonane. To zdziwienie na jego twarzy… bezcenne! - Pazuzu radował się zagnieżdżając na nowo w twym ciele - Dziewczyna została na nowo zniewolona. Jest służebnicą jakiegoś śmierdzącego watażki. Silny i twardy, ale ma dobre serce. To lepszy żart niż jakikolwiek, który kiedykolwiek wymyśliłem. Ale dość żartów. Zabij tego świetlistego maga. Jest paskudny i złośliwy.

- Gdzie jest dziewczyna ? - padło pytanie - Na razie nikogo nie zamierzam zabić. Czekamy na rozwój wypadków głąbie..Widać siedzenie w lusterku dobrze Ci nie służy. Przyjdzie tu wielu...wielu zostanie tu na zawsze..więc najesz się do woli.. Cierpliwości Pazzuzu...A teraz chcę wiedzieć gdzie jest dziewczyna i co o niej wiesz..naprawdę…

- A ty beze mnie stałeś się strasznie pewny moje ty naczynie. Hahaha! - Dziewczyna jest gdzieś na polach Fimbulu. Wraz z nurglitą. Zniewolił ją i prowadzi jako swą zdobycz. Prędzej czy później tu przybędzie. Nie chcesz jednak mieć jej żywej. Gdy tylko twe oczy na niej spoczną, zadaj jej śmiertelny cios. Jej umysł jest inny. Ja, mistrz labiryntów, władca szaleńczych myśli, zgubiłem się w jej wnętrzu. Nie mogłem odnaleźć drogi. Jest niebezpieczna. Jest zwiastunem zmian. Choć nie mówi ani słowa, zmienia wszystko i wszystkich. Nie chcę tego pamiętać, lecz na wieki muszę.

- Zagadkami mówisz...lecz na wszystko przyjdzie pora. Przyjdą tu wszyscy, a my poczekamy na to co się wydarzy - zadecydował spokojnie zabójca. Znów był sobą. Znów czuł tą moc i pewność. Uśmiechnął się ponuro a jego wzrok spoczął na magu i jego pomagierach. Dłoń zacisnęła się na orężu, lecz nie atakował. Nie czuł takiej potrzeby. Dziewczyna. Zagadka. Przeszłość. Wiedział i czuł, że ich losy są połączone...Pierw jednak musiał zająć się teraźniejszością.
_________________
#sesja Miasto: Dante Cavenaghi
#sesja Wichry Północy: Kain

Kobiet potrafiących służyć za materac jest wiele na tym naszym nie najweselszym ze światów. Ale znalezienie dowcipnie czy roztropnie gadającego materaca nie jest już takie proste
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi    Forum drachenfels.nazwa.pl/drachenfels/forum/ Strona Główna -> Wichry Północy Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3 ... 37, 38, 39, 40  Następny
Strona 38 z 40

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


Powered by phpBB © 2001, 2002 phpBB Group
Wchodzę tam! - Mapy taktyczne do gier fabularnych.