Forum drachenfels.nazwa.pl/drachenfels/forum/
Forum Zamku Drachenfels
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   RejestracjaRejestracja   ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 
[Strona Główna Zamku]    [Komnata Konstanta]
Wichry Północy - Rozdział Trzeci
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3 ... , 38, 39, 40  Następny
 
Napisz nowy temat   Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi    Forum drachenfels.nazwa.pl/drachenfels/forum/ Strona Główna -> Wichry Północy
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Jaracz
Markgraf
Markgraf


Dołączył: 29 Cze 2005
Posty: 2221
Skąd: Olsztyn

PostWysłany: Nie Gru 14, 2014 16:24    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

https://www.youtube.com/watch?v=z0PvZGVPiJU



Był to czas zwiastowania. Żadne wielkie czyny nie doczekały się swych pieśni. Herosi nie ścierali się z mitycznymi kreaturami, ani z potężnymi przeciwnikami. Skaldowie opowiadali jedynie echa minionych lat. Przypominali stare dzieje łaknąc życia w świetle nowych legend. Był to czas gdy śnieg topniał pod butami wędrowców, a zwierzyna chętniej wychylała się ze swych nor. Niebo rzadko kiedy zasnuwały ciężkie chmury, a deszcze odwiedzały Norskę tylko na moment nie topiąc krainy północy w swych szarych strugach. Jedynie starsi, nadgryzieni zębem czasu synowie północy; vitki będące głosem bogów, topiący w swych parujących kotłach krucze kości; dotknięte darem losu córy i wiedźmy... jedynie oni potrafili odczytać znaki i wiedzieli, że te czasy to cisza przed burzą. Zawieruchą która wstrząśnie posadami świata. Kataklizmem który zmieni oblicze Krainy gdzie panują północne wichry.

Był to czas gdy mówiło się o Ulfirze synu Egila, który przemierzał szerokość półwyspu wraz z wiernymi towarzyszami którzy niegdyś składali swe przysięgi przed Królem Kowalem. Mówiło się, że goni za swym przeznaczeniem by je przekuć podług własnej wizji. Szeptano że sprzeciwia się woli bogów, rzucając im wyzwanie i że ten czyn sprowadzi na lud północy gniew zaświatów. Inni zaś mówili że jest jedynie zabawką w rękach tych, którzy władają losem. Każda wersja tej historii miała wiernych słuchaczy. By jednak poznać prawdę trzebaby zajrzeć głęboko w ponure oczy Wężobójcy i dostrzec determinację, która stanowiła mu siłę. Lecz spojrzenie jego skrywało też tajemnicę. Zew który go wiódł na zachód i który dyktował kierunek, nie był zwykłym przeczuciem. Dzierżone przez Ulfira artefakty przemawiały do niego. Zawarta w nich moc była rozszczepiona lecz łaknęła połączenia. Wskazywała mu drogę, lecz subtelnie zbierała też swoje żniwo, o czym miał się niedługo przekonać.

Zew wiódł go na zachód. Z początku mogłoby się wydawać, że to na niezmierzonych polach Fimbulu kryją się pozostałe artefakty. Lecz moc którą dzierżył ciągnęła go jeszcze dalej i oczywistym się stało, że zmierza do gór wysokich synów. Gór Jottunheim, które niegdyś zamieszkiwane były przez olbrzymy. Teraz doliny między szczytami były opuszczone lecz legendy wciąż żyły między ludźmi. Syn Egila stąpając w cieniu skalnych koron czuł że jest blisko…



Był to czas gdy Kain zwany Wędrowcem czekał cierpliwie w grocie Króla Gór. Skazany na stuletnią służbę miał być trzecim strażnikiem Miejsca Złączenia. To on miał jako pierwszy oceniać kto jest godzien pozostania w tej grocie, kto jest godzien dzierżenia artefkatów i wreszcie kto jest godzien umrzeć w walce. Wielu zaś próbowało swych sił. Nic w tym szukać dziwnego. Zwiastowanie widziało wielu wróżbitów, szamanów i czarodzei, którzy dostrzegając w tym szansę na zmianę świata podług swej myśli przekazywali przepowiednię dalej. W ten sposób wielu dzielnych wojowników i herosów, a także złych czarnoksiężników i plugawych czempionów przybyło na miejsce – tylko po to by zostać zgładzonym przez Kaina. Choć każdy walczył inaczej, intencje mieli zawsze takie same. Zawładnąć mocą artefaktów i wykorzystać ją według własnej wizji. Jedni krzyczeli że staną się najpotężniejsi, inni głosili chwałę swojego ludu. Żaden z nich nie miał tyle mocy, sił i umiejętności by sprostać Wojownikowi Wieków.

Nawet Kain czuł że zbliża się czas połączenia. Czuł jak pozostałe artefakty zbliżają się do gór Jottunheim i ostatecznie do tej groty, w której stał. Również czuł Zew, lecz przysięga służby pozwalała mu go zignorować. Pozostać w miejscu i cierpliwie czekać. Słowo było jego łańcuchem i kotwicą. Pozwalało mu czuwać bez snu i trwać bez jedzenia, dopóki nie padnie, nie złamie słowa, lub przysięga się nie dopełni. Przeczuwał jednak że niedługo to może się zmienić. Był świadom swych umiejętności, lecz nie popadł w pychę. Miał w pamięci słowa przepowiedni, która nakreśliła początek jego klątwy, jak i jej brutalny koniec.

Z pól Fimbulu nadciągał zaś krasnolud Kazdin wraz z towarzyszem - obieżyświatem zwanym Lestatem. Ich droga była długa, lecz obaj wytrwale dążyli do celu. Siłę odnajdywali w zgoła innej motywacji. Czas miał pokazać, czy w istocie było im po drodze. Skaldowie snuli później opowieści o dwójce wędrowców okutanych w futra, niezmordowanie brnących do przodu przez jałowy krajobraz - pustkę, gdzie wiatr przenika ciało aż do kości i zdziera skórę z mięśni. Niewielu śmiałków w historii tego lądu zdecydowało się na podróż przez białe równiny.



Krasnolud i człowiek. Zaden ze skaldów nigdy nie wspomniał trzeciego podróżnika, który do nich dołączył. Potężnego maga, który niestety nie dotarł do celu. Na polach Fimbulu przyszło im bowiem stawić czoła nie tylko z pogodą, ale też z potężnym wojownikiem o głowie kozła, który wiódł za sobą zastępy mu podobnych. Watażka zwierzoludzi okazał się na tyle wytrzymały, że przetrwał zaklęcia splecione przez czarodzieja i oddzielił jego głowę od reszty ciała. Bestia chaosu na szczęście padła zaraz potem od młota Kazdina, a stado watażki umknęło w popłochu przed herosami.

Na dwa dni po tym wydarzeniu, dane im było w końcu stanąć w cieniu gór wysokich synów i skierować się do przełęczy, która wołała ich zewem artefaktów.

-----------------------------------

Czas Zwiastowania trwał przeszło miesiąc. Na niebie i ziemii pojawiały się znaki. Rzeka wypływająca z gór Thjazi zmieniła swój bieg. Nad tajemniczym lasem Tanngniost widziano łunę ognia tak dużą, że wielu myślało że to wschód słońca. Woda w Morzu Szponów zagotowała się. Na niebie w wielu miejscach widać było ogromny, nieregularny cień. Przed którym płoszyła się zwierzyna. Przez pola Fimbulu niósł się dwa dni ryk jakoby wszystkie rogi w Norsce zagrały, a bardziej przerażający był niźli spotkanie ze wszystkimi drużynami wojów. Dwa księżyce zbliżały się do siebie będąc nie tylko w pełni, ale też zachodząc na siebie i słońce tworząc zaćmienie. Astrolodzy mówili o koniukcji. Lud prosty szykował się na zagładę. Pojawiły się też plotki jakoby przez przełęcz Aesira, Kotliną Khara zdążały do Norski przerażające kreautury.



Uważni dostrzegli wszystkie znaki i odpowiedzieli. Ci którzy pozostali zaczęli się szykować na zmiany. Przez całą szerokość Norski słychać i widać było przygotowania. Jarlowie ostrzeżeni przez vitki poczęli zwoływać pod swe tarcze zaprzysiężonych wojów. Ostrzono broń i czyszczono łodzie. Skaldowie śpiewali ku pocieszeniu serc. Na północy składano ofiary, by zapewnić sobie wsparcie bogów. Przekazywany z dziada na pradziada oręż w końcu miał zostać zdjęty ze ściany. Skupieni wokół ognisk berserkerzy opowiadali sobie historie pełne gniewu i nienawiści, by rozpalić w sercach żar. Zaś przez zamarznięte morze przeszły już zastępy rycerzy chaosu by ustanowić przyczółek na ziemiach niegdyś, a może i wciąż należących do okrutnego czarnoksiężnika Vaarla. Ci którzy widzieli to na własne oczy mówili o dziesiątkach tysięcy. W plotkach liczba ta urosła do setek tysięcy. Nie trzeba było jasnowidza, by wiedzieć, że lada chwilą ruszą na Norskę, a potem rozpoczną następną inwazję na Stary Świat.

Czas zwiastowania dobiegł końca gdy do Groty Złączenia z sześciu różnych stron przybyli wędrowcy. Jedni przyszli sami dzierżąc jedynie oręż i magię. Inni przybyli ze swoją świtą. Niewielu jednak miało wspólny cel. Ci zaś którzy go mieli, raczej o tym nie wiedzieli. Wszyscy jednak przeczuwali że najbliższe chwile będą decydujące.

https://www.youtube.com/watch?v=Cude3daE7D4&feature=youtu.be

Grota Złączenia znajdowała się głęboko w górach. Wiodły do niej liczne ścieżki, lecz jedna bardziej zgubna od drugiej. Jedynie zew artefaktów lub magiczne sztuczki mogły pomóc w odnalezieniu właściwej drogi. Tam zaś wędrowcom towarzyszył chłód i wilgoć przez bite cztery dni zanim w końcu mogli ujrzeć cel swej podróży.



Grota jest iście olbrzymia. Mogłaby pomieścić miasto - zarówno w swej szerokości i długości, jak i wysokości. Ciemność jest rozpraszana przez mdłe, zielonkawe światło grzybów porastających ściany, podłogę i sklepienie. Tylko dzięki nim można dostrzec ogrom tej przestrzeni, a i tak wiele miejsc ginie w mroku. Ściany nie są gładkie, ale poszarpane podłużnymi szramami. Jakby kiedyś coś potężnego się przedzierało przez wnętrze góry kalecząc kamień. Teraz przy ścianie na różnych wysokościach można dostrzec wiele półek skalnych oraz nisz - tak ślepych, jak i kryjących kolejne korytarze tworzące labirynt okalający grotę. Nieduża rzeczka przecina całą szerokość jaskini. Nurt jednak nie jest szerszy niż metr, ani nie jest też głęboki. W obliczu ogromu całej konstrukcji jest w zasadzie ledwo zauważalnym strumykiem. Przy jednej ze ścian musiało dojść do tąpnięcia bowiem olbrzymia hałda kamieni sięgająca niemal do połowy wysokości groty, zaściela odcinek kilku metrów.

Na środku groty stał zaś samotny strażnik wsparty o swój oręż. Zamarł w pozie przypominającej posąg. Pod jedną ze ścian rozbili swoje obozowisko ci, którym pozwolił żyć i dotrwać momentu złączenia. Po drugiej stronie groty leżała nieregularna sterta ciał tych, którzy takiego zaszczytu nie dostąpili.

W jednym z zejść do groty stanęła samotna sylwetka okutana w ciężkie, egzotyczne szaty. Przy każdym jej kroku słyszeć można było delikatny brzęk, jakby nosił pod wierzchnim okryciem kolczugę. Postać wspierała się na nienaturalnie prostym kiju, którego powierzchnia lśniła w mdłym świetle grzybów porastających ściany groty. W drugiej dłoni miał młot, którego głownia ryta była w runy dające delikatny, niebieski poblask. Do szerokiej szarfy przytroczono na łańcuchu ciężką księgę. Twarz tej osoby skrywał cień z narzuconego na głowę kaptura.

Nadejście drugiego z wędrowców zwiastował rój insektów, które osiadły chmarnie na ścianach groty. Potem przyszedł mdły, słodki zapach zgnilizny, który natychmiast przyćmił każdy inny. Na jednej z półek skalnych stanął wojownik skażony wpływem chaosu. Na pierwszy rzut oka przypominał człowieka, lecz tylko na humanoidalnej sylwetce podobieństwo się kończyło. Półoblrzym, gdyż wzrostem postać przewyższała każdego ludzkiego woja, zakuty był w blachy niczym rycerz. Tarcza była pokryta dziwnymi naroślami, tak jak i poszczególne płyty pancerza. Topór który dzierżył jedną ręką, byłby z pewnością zbyt ciężki do władania przez siłaczy - nawet oburącz. Twarz rycerza była jedną wielką galaretą, która puchła i więdła z każdą sekundą. Jednak najgorsze były niewielkie brunatno-zielone istoty skaczące wokół i wijące się po tej wulgarnej postaci. Ich widok przyprawiał o mdłości.



Najliczniejszą gromadą przybyły potwory przypominające wyglądem przerośnięte szczury. Przeszło dwa tuziny wyskoczyły na półki skalne, a niewiadomo ile jeszcze mogły skrywać korytarze. W mdłym świetle ciężko było dostrzec jakiekolwiek szczegóły u większości z nich. Były jednak uzbrojone w krótkie, zakrzywione ostrza i dziwną podłużną broń lśniącą niezdrową zielenią. Część z nich zaś była okutana w pancerze i maski. Przygarbione sylwetki jednak zdradzały bestialskie pochodzenie.



Dwa szczury wyróżniały się z tej hordy. Miały iście egzotyczny ekwipunek, którego nawet wytrawny obieżyświat nie mógłby połączyć z jakąkolwiek nacją bądź kulturą. Jedynie Kain widział pewne podobieństwo z elementami łodzi, którą zdobył na północy.



Z czwartej strony przybył wędrowiec skrywający swą twarz w kościanym, rogatym hełmie. Spod niego wystawały rzadkie, siwe włosy. Kołnierz zaś tworzyły olbrzymie krucze pióra postawione na sztorc. Odziany był w podarte, czerwone szaty, które z pewnością widziały lepsze czasy. Nieznajomy wspierał się na drewnianym kiju upstrzonym na zwieńczeniu różnymi czaszkami, na których wyryto nierówne symbole. Gdy tylko postać się zatrzymała na jednej ze skalnych półek, na szczycie tego kija przysiadł z ponurym skrzekiem kruk.



Ptak nie był jednak jedynym towarzyszem nieznajomego. Chwilę później, milcząc, nie wydając żadnego dźwięku prócz brzęku stali i szurania stóp po kamiennej posadzce, dołączyła do niego horda nieumarłych wiedziona przez wojownika



Na miejsce dotarli również inni herosi. Kazdin i Lestat, a także Ulfir zwany Ponurym, wraz z drużyną wojów, którzy przysięgli walkę przy jego boku. Każdy z nich zaprawiony w bojach i każdy gotów oddać życie w bitwie, która zawiedzie ich do słusznego miejsca w zaświatach lub pozwoli wypełnić cel. Syn Egila wiedział że może na nich liczyć, lecz widział też innych, którzy przybyli do groty. W tym potwory i bestie splugawione chaosem. Naraz poznał, że walka, jeśli do niej dojdzie, będzie ciężka, a jej koniec niepewny.



Wszyscy zebrani czuli jak w tym miejscu narasta moc. Już niedługo miało się okazać kto złączy artefakty i wykorzysta ich moc.
[/img]
_________________
#Przyjaciel czy Wróg => Alex Zir, człowiek, magister alchemik.
#Przekleństwo Wzgórz Hager => Brokk Imrakson, krasnolud
#Sylvania - Ziemia Przeklętych => Gerhard, człowiek
#Lily et Pique - Blaise Cillianmour, szlachcic
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź stronę autora
kain
Mod Magów
Mod Magów


Dołączył: 20 Lut 2005
Posty: 2262

PostWysłany: Czw Gru 18, 2014 10:04    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Kain siedział na zimnym kamieniu, opierając się o swój miecz. Jego twarz schowana była za głęboko zarzuconym kapturem, tak że jeno oczy było widać. Ostrze jego broni pokrywały dziwne symbole, które zdawały się wić niczym węże. Runy zmieniały swój wygląd i kształt, a jedyne co było stałe to niebieski blask, który bił od nich. Krawędzie ostrza zdawały się być poszarpane i poniszczone, jednak była to tylko iluzja. Ci, którzy mogli ją przejrzeć widzieli jak zadziory zdawały się rosnąć i maleć, jakby miecz oddychał i żył własnym życiem. Jelec miecza przypominał pazury, które co jakiś czas poruszały się w kierunku ostrza, jakby chciały zacisnąć je na nim.



Mężczyzna przyglądał się ze stoickim spokojem ludziom i innym marom, które postanowiły przybyć w to miejsce,aby szukać tu chwały lub śmierci. Porażka w walce z olbrzymem uświadomiła mu jak nie wiele potrafił, bowiem pięć ciosów wystarczyło zaledwie by go powalić. Posępna twarz mężczyzny, którą okalał lub potężny zarost nie wyrażała niczego. Zimne, bijące chłodem błękitne oczy zwróciły się ku istocie w rogatym hełmie, któremu towarzyszył kruk. Delikatny uśmiech pojawił się w kącikach ust zabójcy, choć ten nadal nie ruszał się. Mruknął on tylko cicho, jakby mówił do samego siebie;

-Apetyczne śniadanie, co mój drogi przyjacielu.. - odpowiedź jaka nadeszła, była na szczęście skierowana tylko dla jego uszu. Oczywiście była ona przepełniona sarkazmem i ironią, ale odpowiadający przyzwyczaił wojownika do takich ripost.

A potem wzrok padł na wojownika, wokół którego tańczyły brunatno-zielone istoty. Jego wyglądał napawał obrzydzeniem takim, że Kainowi przeszła ochota na jedzenie. Strach? Nie, to nie był strach. Raczej ta niepewność. Magowie, kapłani, rycerze krwawego Boga. Oni byli przewidywalni, ta istota nie. Choroby i zarazki jakimi mógł obdarować pupilek Dziadka Nurgla, sprawiały że każdy mógł czuć się nie pewnie. Widok tego championa sprawił, że wojownik na chwilę się zadumał, sięgając do swojej pamięci.

Było to już po pierwszym wieku od kiedy kroczył po ziemiach Imperium. Świat dopiero co otrząsał się po Wojnie z Chaosem, choć ich niedobitki nadal nękały ziemie Imperium. Był wtedy pełnym zapału wojownikiem, szukającym wyzwań, które przetestowały by go w nowych sytuacjach. Dostał wówczas zlecenie od jakiegoś kapłana, który poprosił go by sprawdził, co się wydarzyło w pewnej małej wiosce w Averlandzie. Podróżował do niej prawie cały miesiąc, brodząc w deszczu i błocie. Gdy dotarł na miejsce w wiosce nie było żywego ducha. Każdy chłop, kobieta czy dziecko nie żyło strawione przez nieznaną chorobę. Wtedy właśnie po raz pierwszy miał przyjemność walki z siewcami zarazy. Ci wojownicy, a raczej maniacy, sprawili że przez wiele tygodni Kain dochodził do siebie. Choć klątwa, którą został obdarzony wyparła z jego ciała wszelkie zarazy, to jednak każda z nich przyniosła mu śmierć i ból. Pamiętał jak choroba toczyła jego organizm, a gorączka prawie pozbawiła go zmysłów. Nim organizm pozbył się zatrutej krwi, oczyszczając ją, pamiętał jak rzygał i pluł nią przez wiele dni. Wtedy dwa tygodnie wydawały się wiecznością. Nurgliści byli przerażającymi przeciwnikami, ale umierali. Każdy umierał. Prawie zaśmiał się z tego, bowiem on nadal żył, choć powodów do tego miał coraz mniej. Zmęczenie. Brak wyzwań. To sprawiało, że chciał odpocząć w końcu. Tylko tajemnica tej dziewczyny, sprawiała że nie zamierzał tu sczeznąć.

Wszyscy przybyli na miejsce w końcu. Każdy z nich miał element układanki, i każdy był gotów zabijać by zdobyć kolejne. Zabawne. Nawet Ulfir wraz z wojami Aderusa tu dotarł. Syn północy był hardym skurwielem, trzeba było mu to przyznać. Reszta przybyszów, również sprawiała wrażenie potężnych. Szczególnie jeden, napawał go nie pokojem. Towarzyszył krasnoludowi, lecz ciężko było określić kim tak naprawdę jest. Kruczo-czarne włosy sięgały mu do ramion, a jego twarz schowana była za złotą maską, na której połyskiwały runy. Fioletowe oczy miały w sobie coś złowrogiego, że nawet Pazzuzu wydawał się być przejęty.

-Jest magiem i nie jest magiem. Jest demonem i nie jest demonem. Domena chaosu jest wokół niego płynna niczym rzeka. Wzburza jej pływy swoją obecnością. Nie wiem jednak czemu. Otwórz go, a się przekonamy! Hahahahahah! - ton demona wskazywał jednak, że nawet jego towarzysz się nim przejmuje. Nie wróżyło to dobrze, choć może...

Przybysz miał na sobie srebrną koszulę, na którą zarzucony miał miedziano-złoty płaszcz, oraz długie, brązowe skórzane spodnie. Na dłoniach miał skórzane rękawiczki bez palców, dzięki czemu mógł z łatwością sięgać po krótki miecz, przytroczony do pasa. Na plecach mężczyzna miał kołczan, w którym spoczywały miecze. Szermierz? Nie. Był kimś więcej. Błysk w oku zabójcy był ledwie dostrzegalny, lecz na razie żaden z nich nie kierował się w jego stronę.

Kain nie ruszał się, czekając na wydarzenia, które miały nastąpić. Wbił dwa topory w ziemię, nie zważając na plugawe znaki, które je zdobiły. Topory Championa Khorna, który zginął w walce z nim, należały teraz do niego i jemu służyły. Oba z nich wyglądały upiornie, choć jeden z nich wyróżniał się szczególnie. Miejsce, w którym ostrze odchodziło od styliska, zostało przyozdobione wizerunkiem wykrzywionego i wrzeszczącego oblicza.



Nie zamierzał jako pierwszy ruszać do boju ani być lontem zapalnym, dla stron. Wolał zobaczyć, kto na kogo się rzuci, a dopiero potem zadecydować kto ma zginąć a kto przeżyć. Był strażnikiem wedle umowy. Umowy, którą może wypełni, choćby z czystej ciekawości. Poza tym olbrzym wiele wiedział i wiele mógł mu przekazać. Czas mijał powoli, a wojownik czekał. Miał czas. Całe wieki. W przeciwieństwie co do nie których. Gdy tylko zgromadzenie wykonało jakiś pierwszy krok, Kain zdjął kaptur ze swojej twarzy, tak by ten kto ruszy ku niemu zastanowił się dwa razy. Srebrne włosy opadły na chwilę tak, że przez chwilę zasłaniały mu widok. Odgarnął je szybkim ruchem, i na poznaczonej czarnymi bliznami twarzy pojawił się szeroki uśmiech. Jego, tym razem, żółto zielone oczy dziwnie błyszczały jakby, mężczyzna pogrążał się w szaleństwie i radości z tego, że za chwilę zostanie przelana krew.

Ci którzy mieli dar wykrywania magii, mogli zobaczyć jak lewa część twarzy wojownika dziwnie się zmienia. Skóra zaczęła emanować mocą, zmieniając kształt tej części twarzy. Zamiast ludzkiej, można było dostrzec coś demonicznego w zabójcy. Jakby skrywał w sobie inną istotę. Nie należącą do tego świata. Istota zdawała się szczerzyć i … uśmiechać, pokazując swoją prawdziwą chaotyczną naturę.


_________________
#sesja Miasto: Dante Cavenaghi
#sesja Wichry Północy: Kain

Kobiet potrafiących służyć za materac jest wiele na tym naszym nie najweselszym ze światów. Ale znalezienie dowcipnie czy roztropnie gadającego materaca nie jest już takie proste


Ostatnio zmieniony przez kain dnia Pią Sty 02, 2015 15:23, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
Cranmer
Graf
Graf


Dołączył: 17 Sie 2006
Posty: 1751
Skąd: z nienacka :D

PostWysłany: Pią Sty 02, 2015 14:14    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

- No naprawdę brakuje tutaj tylko zielonoskórych. Były pełen komplet plugastwa i bezeceństwa.

Krasnolud przysiadł na niskim kamieniu opierając młot o ziemię, głównie młota podobnie zresztą jak i inne części ekwipunku krasnoluda zdobią runiczne symbole. Sam wojownik wygląda młodo ale jeśli ktoś ma wzrok na tyle bystry aby spojrzeć na oczy khazada może dojrzeć, że patrzą one bystro czujnie jakby nie należały do zwykłego wojownika tylko starszego wiekiem mędrca

Jegomości z laskami można by wziąć za magów i czarnoksiężników, ale czas pokaże jakie sztuczki kryją po maskami i kapturami.

Banda szczurów ucieknie tak szybko jak znikną ich dowódcy o co nie będzie tak trudno się zatroszczyć, Lestat też to wie i pewnie się tym zajmie. Lepiej byłoby mieć do tego więcej niż tylko siebie ale z całej tej bandy można by przyjąć sojusz tylko z ta grupą norsmenow choć i to nie pewne.

Kazdin ścisnął mocniej lewą pięść w szerokiej rękawicy, dużo szerszej niż ta na prawej. Siegnął po tarczę przewieszoną jeszcze przez plecy i postawił ją obok siebie.

Najciekawsze z całej tej menażerii są dwa osobniki z którymi z całą pewnością przyjdzie skrzyżować broń, mroczny rycerz Pana Zgnilizny i ten drugi noszący broń chaosu. O tyle o ile przynależność pierwszego jest jasna to ten drugi jest bardziej niż... dziwny. Ostrze miecza przywodzi na myśli czystą naturę chaosu właściwą 'Temu co zmienia drogi' to jednak jednoznacznie kłóci się z dwoma siekierami krwawego rzeźnika.

- Ale będzie jatka przyjacielu... masz może jeszcze trochę tytoniu, mój się skończył a przed śmiercią która właśnie zagląda nam w oczy wolę zapalić ten ostatni raz.
_________________
#Wichry Północy, Kazdin
#Ciężkie jest życie na morzu, Miguel Rodriguez de Gillera
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
Ethereal
Landgraf
Landgraf


Dołączył: 22 Lip 2005
Posty: 2989
Skąd: Elbląg

PostWysłany: Nie Sty 11, 2015 23:45    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Podczas podróży Ulfir odkrywał w sobie co raz to nowe pokłady siły, determinacji i zawzięcia. Artefakty przemawiały do niego, śpiewały swą pieśń, będącą obietnicą niezmierzonej potęgi i chwały. Żądały jednak pośpiechu. Syn Egilla nie odmówił temuż żądaniu, dlatego też zdwoił prędkość marszu. Kroczyli dniem i nocą. Popasywali tylko wtedy, kiedy ludzie nie mogli już iść dalej. Tylko Wężobójca zdawał się być odporny na zmęczenie. Czy to ze względu na swą własną energię, czy to dzięki artefaktom, miał siłę i chęć by jak najszybciej dostać się do miejsca koniunkcji.

Tempo było mordercze, nawet dla zahartowanych synów Północy. Nikt jednak nie ośmielił się sprzeciwić woli Ulfira, którego oczy gorzały niepokojącym blaskiem, zawsze utkwione na horyzoncie. W kierunku, skąd dochodził go zew.

W podróży był niezwykle mało rozmowny - jeszcze bardziej, niż zazwyczaj. Otwierał usta tylko wtedy, by wydać krótkie rozkazy tonem nie znoszącym sprzeciwu.

Wreszcie, kiedy dotarli do gór Jottunheim, ominąwszy bezkresne śniegi Fimbulu, zezwolił na dłuższy, bo trwający całą dobę spoczynek w odosobnionej skalnej niecce. Dopiero następnego dnia mieli ruszyć wgłąb gór, ku Grocie Złączenia, na spotkanie przeznaczenia.

Droga ku jaskini była zdradliwa, jednakże Ulfir, opętany zewem artefaktów, zdawał się przewidywać nieszczęścia i wyszukiwać właściwą ścieżkę w sposób nadnaturalny. Jego wojowie szeptali o boskim natchnieniu i krzepili się tym równie mocno, jak trwożyli.

Wreszcie, kiedy dotarli do groty, zmęczenie i poddenerwowanie ustąpiły miejsca bezbrzeżnemu zdumieniu. Grota była potężna i stara jak świat. W powietrzu czuć było nieopisaną energię, która z minuty na minutę rosła. Koniunkcja zbliżała się wielkimi krokami i ściągnęła tu już wszystkie przedmioty... i ich dzierżycieli.

Ulfir wreszcie zdołał otrzeźwieć, wyrwać się spod wpływu przedmiotów bogów i odzyskać rozum. Jego ludzie gotowali broń i czekali na rozkazy. Nie mógł zawieść ich, siebie, Norski... ani całego świata. Musiał wykorzystać swe atuty. Bogowie wybrali go do tego zadania, gdyż potrafił trzeźwo ocenić sytuację i podjąć właściwe decyzje.

Dokładnie obserwował każdą z grup i jednostek, które stawiły się w grocie. Niepokoiła go istota, która stanęła na drodze do miejsca Złączenia. Ulfir rozpoznawał w niej Wędrowca, który przybył z Południa. Pogromcę Aderusa Kowala i wielu championów Rujnujących Mocy. Teraz zaś, dzierżący oręż swych ofiar, przemieniony prawie nie do poznania i wypełniony mocą mroczniejszą, aniżeli serce najplugawszego z ludzi, był iście dziką kartą. Wężobójca nie wiedział, co o nim myśleć. Wędrowiec zdawał się sam być wysłannikiem mocy pragnących zniszczyć Norskę. Zdawał się być też znacznie potężniejszy, aniżeli tam, w Grottisburgu.

Inni... nie byli dużo lepsi. Niektórzy byli nawet dużo gorsi. Champion Neiglena, mający czelność obłapywać jeden z przedmiotów bogów, pokonać przeciwności losu, przetrwać i dotaszczyć swoje plugawe cielsko do tego miejsca. Tak daleko. Ulfirem wstrząsnął gniew na samą myśl, że tak szalona, skurwiała do reszty istota postanowiła sięgnąć po *tą* moc. Jednakże... Ulfir (a tym bardziej jego towarzysze) nie był skory do rzucania się nań. Wyglądał na tęgiego, poza tym asystowały mu te obrzydliwe potwory... oraz błogosławieństwa jego straszliwego boga. Walka z nim zdawała się być pewną śmiercią dla zwyczajnych ludzi, choćby nie wiadomo jak odważnych.

Nie wiedział co myśleć o tych szczurowatych. Nie wydawały się być twardymi przeciwnikami, jednakże ich piekielne urządzenia, jadowicie skrzywiony oręż i szybkie ruchy sugerowały, że walka z nimi mogła by być szybka, gwałtowna, nieprzewidywalna i niebezpieczna.

Nie miał pojęcia, kim był ten makabrycznie przyodziany przybłęda, za którym murem stanęli nieumarli wiedzieni przez jakiegoś upiora. Czarownik, jak Varrl? Vitki? Kapłan Mrocznych Bogów? Czy też... mag z Południa? Słyszał niekiedy opowieści o nich. Pośród nich byli tacy, którzy odrzucili prawa życia i śmierci, ażeby władać tą drugą w imię swych przewrotnych żądz. Nekromanci, mumie, lisze. Cóż... ten tutaj rzeczywiście przybył po śmierć. Swoją.

Inni wędrowcy i istoty nie przykuwali już uwagi Ulfira, poza kilkoma. Jednym był samotny człowiek w zbroi i szatach, który dzierżył świetlisty kostur, księgę opatrzoną łańcuchem oraz bojowy młot. Miało się to niedługo okazać. Innymi była para mężów - młody krasnolud dzierżący broń z wyrytymi runami i jego ludzki towarzysz w fikuśnych szatach - ani chybi mag z Południa. Wrogowie, czy przyjaciele? Słudzy Porządku czy Chaosu? Miało się to wkrótce okazać.

Ulfir wstrzymał swoich ludzi i rozejrzał się za pozycją dogodną do obrony. Oddał inicjatywę przeciwnikom - tak tym pewnym, jak i potencjalnym. Niechaj rozszarpią się między sobą. Norsmeni mieli zaś zarąbać ocalałych.

To była ich ziemia. Przedmioty ich bogów. Nikt inny nie miał do nich prawa. Karą za zuchwałość była śmierć.
_________________
Ulfir Egillsson, Norsmen - Wichry Północy
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
ckapsel
Mistrz Rycerski
Mistrz Rycerski


Dołączył: 21 Sie 2006
Posty: 440
Skąd: Pruszków

PostWysłany: Pon Lut 02, 2015 20:48    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Fioletowe oczy wędrowca omiatały grotę złączenia, złączenia krwi, potu i szczęku oręża do którego niebawem dojdzie. Narastająca atmosfera grozy, i ogólnego podniecenia, wyczekiwanie i ten cholerny smród zgnilizny który psuł cały nastrój …
Z pod maski usłyszeć można było cichy pomruk zadowolenia, zimny niczym ściany tej groty.

Lestat siedział na wysokim kamieniu ze zwieszonymi w dół nogami, wydawał się być wyluzowany i raczej bierny. Na kolanach trzymał jakąś księgę pozbawioną zdobień i nazwy, w dłoni natomiast pióro które co raz maczał w stojącym tuż obok niego kałamarzu piórem skrobał coś w księdze.

- Mam wielką nadzieję że nie ostatni przyjacielu wiele jeszcze możemy w życiu zobaczyć, wiele ja mogę opisać i dodać do swych zbiorów. Trzymaj i ciesz się każdym wdechem może zapach palonej fajki chociaż trochę załagodzi temu smrodowi zgnilizny.

Wędrowiec rzucił krasnoludowi zawiniątko, było niemal pełne gdyż nie lubił człowiek palić czy zdejmować niepotrzebnie maski.

Obieżyświat wrócił do obserwacji. Każdemu spojrzeniu w swą stronę odpowiedział spojrzeniem i co ciekawszym osobom poświęcił chwilę uwagi.

Pierwszy był krajan tych ziemi który przybył z wyraźną i zwartą świtą. Było coś intrygującego w tym mężczyźnie determinacja jaka buchała z jego oczu tworzyła niemal namacalną aurę wokół jego osoby nie było też widać by bratał się z rujnującymi potęgami co dobrze świadczyło lecz kim naprawdę jest i jakie ma zamiary okaże się już niedługo.

Następnie chłodny wzrok padł na szczury, wypełzło ich mrowie, są zorganizowane, szybkie i jak widać po ich niecodziennym wyposażeniu sprytne. Czuć od nich słodki zapach spaczenia zwłaszcza od tych okutych w dziwne zbroje i jeszcze jednego trzymającego się z tyłu.

Osobnik z hełmem z czaszki, na pierwszy rzut oka widać iż to nekromanta, nie trzeba tutaj nawet potwierdzenia w postaci hord umarlaków. Kolejny nekromanta jak mógłby Lestat rzec biorąc pod uwagę iż wśród wszystkich magów jakich kiedykolwiek spotkał i na jakich się żywił nekromantów można by zliczyć porównując ich liczbę do całej reszty.

Krótkim spojrzeniem zaszczycony został też ogromny wojownik chaosu. Splugawiony przegniły i obleśny, całe poczucie estetyki jakie w sobie Wędrowiec posiadał łkało nad samym faktem istnienia czegoś tak odrażającego.

Klekoczący żelastwem jegomość z księgą, kim był również nie trzeba było zgadywać nie można powiedzieć by Lestat lubił jego podobnych choć zapewne był lepszy niż plugastwa chaosu i truposze.

Na koniec niezamierzenie jakby zachęcony czy też przyciągnięty czymś spojrzał na strażnika. Mężczyznę w czerni czekającego na ruch pozostałych. W tym się nie różnili i jak już po krótkiej chwili się okazało nie tylko tym byli podobni. Samotność to taka starsza trwoga ogania i przenika dusze ludzkie, lecz dwóm wędrowcom nie było dane jej zaznać. Mimowolny uśmiech pojawił się na zasłoniętym obliczu Lestata gdy zobaczył i poczuł to czego inni dostrzec nie byli wstanie. Głód który człowiek odczuwał odkąd moc zaczęła się zbierać w grocie nasilił się trochę a na masce którą nosił pojawiły się malutkie ledwo zauważalne pęknięcia.
Gdy spojrzenia wędrowców spotkały się Lestat wiedział że to właśnie strażnik jest najciekawszą osobą z tu zebranych i być może najsłuszniejszym sprzymierzeńcem na zbliżający się czas w końcu skoro wytrzymał tyle przy krasnoludzie może pozwolić sobie na opuszczenie jednego czy dwóch dań jeśli pomoże mu to zasiąść do uczty…

- Nie sądzisz Kazdinie że warto było by zbratać się z kimś na czas bitwy na jaką się zanosi ? Nie żebym miał zamiar brać w niej bezpośredni udział wiesz że ostrze me dla postrachu tylko a pióro mym orężem ale… czy ten samotny jegomość na środku groty nie wydaje się interesującym kandydatem ? Najlepszy jest pewnie ten gigantyczny olbrzym udający głazy czy też śpiący i nie świadomy że ktoś mu zaraz napaskudzi na podwórku ale na niego bym nie liczył.
_________________
#Sesja Wichry Północy - Lestat Lioncourt
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Jaracz
Markgraf
Markgraf


Dołączył: 29 Cze 2005
Posty: 2221
Skąd: Olsztyn

PostWysłany: Pon Lut 16, 2015 20:14    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Grota złączenia miała się stać areną dla tych którzy byli dla siebie wrogami. Nikt z początku się nie kwapił by rozpocząć starcie, które wydawało się nieuniknione. Pojedynczy herosi czujnie obserwowali rywali wypatrując słabości i oceniając swoje szanse w nadchodzącym starciu. Szczury miotały się pomiędzy wrogością, a strachem wobec nieumarłych, którzy z niewiadomych dla wielu ludzi powodów, wciąż pozostawali ich śmiertelnymi wrogami. Ci zaś niewzruszeni oblegali swoją stronę groty czekając na rozkaz swego pana. Bezmyślne, posłuszne marionetki zawodziły i jęczały dając wrażenie, jakby w istocie mogły odczuwać ból i cierpienie. Tymczasem tylko dusze spętane mroczną magią cierpiały katusze, a puste, martwe skorupy wpatrywały się swym niewidzącym wzrokiem przed siebie. Nic nie wskazywało na to, aby ktokolwiek chciał jako pierwszy rozpocząć starcie, ale też narazić się na utratę sił i przewagi pozycji.

Nikt, prócz szczurów. To one bowiem ruszyły jako pierwsze. Tracąc cierpliwość, czy też może zgodnie z jakimś przebiegłym planem, który zalęgł się w zdradzieckich głowach watażków. Całe mrowie niewielkich istot zaczęło zbiegać z półek skalnych, często wprost po ścianach, kierując się na środek groty. Kilkadziesiąt mniejszych od człowieka, ale zbrojnych w paskudnie wyglądające ostrza, halabardy, pałki, proce oraz szereg innej wymyślnej broni skavenów otaczało kilka monstrulanych szczuroogrów. Czujne oko mogło dostrzec, że część z tych bestii niosło na plecach dziwne instrumenty i fragmenty jakiejś konstrukcji. Poskręcane rurki, drewniane wsporniki, metalowe tuby oraz jakieś szklane butelki wypełnione zieloną cieczą. Nie sposób jednak było przejrzeć ich przeznaczenia. Wiadomym było jednak że właśnie środek groty stał się celem skavenów. Jednakże pomimo że półki skalne opuściło wiele szczurzych pomiotów, ich miejsce zajęły kolejne tłocząc się w korytarzach i niszach, wlepiając spojrzenie węgliście czarnych, kaprawych oczu. Musiała ich tu być cała armia, albo i dwie. Jej dowódcy wciąż pozostawali na swoich pozycjach, ze strachu bądź nadzorując ruch pierwszej fali.

Nekromanta musiał odebrać ten manewr jako zagrożenie dla swych planów. Stuknął kijem w skałę zaczynając pochód śmierci. Jego marionetki ruszyły po zejściach chybotliwym, powolnym krokiem. Można było wśród nich dostrzec wielu norsmenów w swoich rynsztunkach, którzy niedawno oddali swe życie. Niektórych jedynie nieobecne spojrzenie oraz blada skóra odróżniały od żyjących. W istocie ciężkie to były czasy dla ludu północy.
Starcie dwóch silnych grup rozpoczęło się. Część szczurów zaczęła natychmiast uciekać gdy przyszło im mierzyć się z przeciwnikiem, który powstał z martwych. Większa część jednak okazała większą determinację i rozpoczęła obronę środka sali. W ruch poszły zakrzywione ostrza oraz proce. Trupy jednak, mimo że nie były ruchliwe, okazywały się wytrzymałe na ciosy i wciąż nacierały. W międzyczasie szczuroogry, które mogłyby swą siłą i dzikością przechylić szalę zwycięstwa, zrzucały z pleców swój bagaż i poganiane przez nadzorców ustawiały instrumenty w jakąś skomplikowaną konstrukcję.

Mężczyzna z księgą, odziany w szaty nie reagował obserwując poczynania innych. Czempion Nurglea zaś wydawał się być zainteresowany bardziej strażnikiem niż kimkolwiek innych w tym miejscu. Wpatrywał się w niego uważnie, a strażnik spojrzenie odwzajemniał. W końcu bez słowa ruszyli na siebie. Ulubieniec Pana Chorób i Rozkładu jak się okazało był okrutnie pomutowany. Brzuch był tak ogromny, że chodził powoli, a i tak musiał się wspierać na trzech dodatkowych kończynach wyrastających mu z pasa, a przypominających karykaturalnie powykrzywiane ramiona. Nie przejmował się zamieszaniem i obrał drogę przez kroczące zastępy nieumarłych jakby od niechcenia otwierając sobie drogę toporem. Ożywieńcy rozpadali się od wydawałoby się najlżejszego dotknięcia ostrza nie sprawiając plugawemu rycerzowi żadnego kłopotu.

W końcu doszło do potyczki. Ta walka przeszła do legend. Choć nie wiadomo w jaki sposób trafiła na usta skaldów i bardów, gdyż żaden z nich nie widział tego na własne oczy, nie ulega wątpliwości że było to starcie tytanów. Pieśniarze mieli później opowiadać jak to strażnik widząc godnego przeciwnika ruszył na ulubieńca Nurgla. Szarżując z potężnym impetem wpadł na niego dzierżąc topór i miecz, oba pokryte plugawymi runami, a niosące okrutną śmierć.

Jednak nawet zwalisty południowiec wydawał się być mikry przy posturze czempiona rujnujących mocy. Uderzenie które mogłoby powalić dąb wyszerbiło jedynie pancerz chaosyty. Impet zaś nie zachwiał nim ani trochę. Stal szczęknęła w kolejnej wymianie ciosów. Widząc że wreszcie spotkał kogoś kto jest wart walki, Kain zapytał z kim się mierzy. W odpowiedzi otrzymał bełkotliwą odpowiedź w mrocznej mowie, którą tylko on mógł zrozumieć. Imię ulubieńca chaosu brzmiało Zar Alakreiz i budziło postrach wśród śmiertelnych, a respekt wśród demonów. Rozbrzmiewało echem daleko na Pustkowiach Chaosu, a teraz ucieleśnione, zaplątało się w sprawy półwyspu wichrów. Był też zwany Grabarzem, gdyż wykonując wolę swego pana, z ochotą niósł drugą śmierć tym, którzy kurczowo trzymali się życia za wszelką cenę.

Walka trwała długo i wydawać się by mogło, że ulubieniec Nurgla nie przykłada do niej większej uwagi. Leniwie uderzając toporem, zdecydowanie rzadziej niż Strażnik, a później już nawet nie podnosząc ostrza, jakby czekając na to co przyniesie los. Mimo to, każdy mocniejszy cios Kaina który zdawałby się ranić przeciwnika wzbudzał jedynie krótki rozprysk kwasu, żrący skórę południowca powodując niemały ból. Rany zaś na ciele czempiona zaraz się zasklepiały czyniąc walkę jeszcze trudniejszą. Ktoś mógłby rzec, że było to starcie z góry skazane na porażkę. Jednak obarczony klątwą wieczności, był jednym z niewielu, którym w istocie mogło się udać.

Zderzali się po wielokroć, a wymiana ciosów zawsze była na niekorzyść Strażnika, choć zadawał ich więcej i były zdecydowanie mocniejsze. Bitwa rozgrywająca się wokół nich była jedynie tłem dla tej potyczki. Każdy kto to oglądał mógł mieć wrażenie, że nawet bogowie schylili się, by spojrzeć na herosów, którzy tego dnia mierzyli się ze sobą w przerażającej walce na śmierć i życie. Każdy kilkukrotnie już by skazał na śmierć jednego lub drugiego przeciwnika, a jednak ci wciąż się ścierali na przekór obserwującym.
Dokonując tytanicznego wysiłku i krążąc wokół swego przeciwnika, Kain wpierw rozbroił mutanta, odtrącając jego topór, a w końcu wyprowadził cięcie tak potężne, że strzaskało nawet plugawą zbroję kutą przez krasnoludy chaosu. Ostrze miecza zagłębiło się w schorowanym i pomutowanym cielsku czyniąc krzywdę ulubieńcowi i wywołując gardłową, bulgotliwą reakcję. Jednak nawet wtedy przeciwnik był zbyt leniwy by uderzyć Kaina. Zamiast tego horda nurglingów obległa Strażnika atakując go ze wszystkich stron. Lepkimi, długimi palcami czepiały się jego nóg, rąk, głowy, szyi i pleców. Wgryzały się w ciało szukając luk w pancerzu i drapały twarz celując w oczy i próbując wyrwać język.

Ostatnim wysiłkiem południowiec uderzył w czempiona wierząc że po jego śmierci, horda demonów zniknie. Miecz odnalazł drogę przez strzaskany pancerz i uderzył w serce mutanta zadając mu śmierć. Zanim umarł wyszeptał jedynie słowa, które dla niektórych mogły znaczyć wiele “Varl tu jest…”. Czy to była przestroga? Tego już nikt nie miał szansy się dowiedzieć. Jeden z najpotężniejszych rycerzy jakich mogły wypluć Pustkowia Chaosu legł na ziemi bez ducha. Ten który mógł być kolejnym wybrańcem, nie podołał próbie siły i nie pokonał strażnika. Jednak przekorność bogów Chaosu nie zna granic. Obdarzyli swego ulubieńca mutacją, po której żrąca krew wypełniająca jego żyły wybuchła zadając po raz ostatni ból i cierpienie przeciwnikowi.

Na domiar złego horda demonów nie zniknęła. Kain próbował się od nich opędzić lecz bezskutecznie. Choć połowa pomiotów padła od jego ciosów, zęby i pazury odnalazły w końcu wrażliwe miejsca na ciele mężyczyzny i zaczęły się wgryzać. Osłabiony po walce z najpotężniejszym przeciwnikiem jakiego spotkał, okrutnie poraniony, Wędrowiec nie miał już sił by stawić czoła pozostałym nurglingom. Upadł na kolana, a jego ruchy stawały się coraz wolniejsze wraz z ilością krwi, którą z niego wytoczono. W końcu legł w kałuży własnej juchy.

Tutaj opowieści pieśniarzy zaczynają się różnić między sobą. Nikt nie jest pewny, czy aby Strażnik nie wstał ponownie na nogi odnajdując w sobie kolejne pokłady sił. Inni twierdzą że to przez ingerencją boską ponownie powrócił do życia. Sama Shallya ponoć wybaczyła Kainowi jego winy odstępując od klątwy i czyniąc go swym wybrańcem. Inni zaś twierdzą, że Wędrowiec przyjął w ostatniej chwili protektorat bogów Chaosu, którzy zdumieni jego wytrwałością postanowili przyjąć go na służbę. Pojawiły się też głosy, że południowiec owszem powstał, ale w służbie nekromanty, jako ożywieniec, by nieść zgubę żyjącym. Nieliczni zaś twierdzą że Kain tego dnia, w Grocie Złączenia po raz ostatni wyzionął ducha.

Kazdin

Gdy omiatałeś grotę spojrzeniem, zwróciłeś uwagę na ruch na jednej ze ścian. Na wydawałoby się odosobnionej półce skalnej znajdującej się gdzieś ponad głowami grupy norsmenów, zaczęła się gromadzić grupka dziesięciu skavenów. Korzystając z zamieszania na środku groty, niezauważenie rozłożyły się tam ze swoją bronią, którą po chwili rozpoznałeś. Długie lufy wsparte na drewnianych pawężach i mechanizmy napędzane spaczeniem. Jezzaile. Z ich celnością i zasięgiem, mogły zadać śmierć komukolwiek w tej grocie. Impet wystrzelonego pocisku zaś przebijał najcięższą zbroję.

_________________
#Przyjaciel czy Wróg => Alex Zir, człowiek, magister alchemik.
#Przekleństwo Wzgórz Hager => Brokk Imrakson, krasnolud
#Sylvania - Ziemia Przeklętych => Gerhard, człowiek
#Lily et Pique - Blaise Cillianmour, szlachcic
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź stronę autora
kain
Mod Magów
Mod Magów


Dołączył: 20 Lut 2005
Posty: 2262

PostWysłany: Pon Lut 16, 2015 20:34    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Zabójca umierał. Każda kropla krwi jaka z niego ulatywała, przybliżała go do śmierci. Zdawał sobie sprawę, że liczne rany jakie odniósł, są początkiem jego końca. Twarz pokryta bliznami, straciła swój zacięty wyraz. Oczy, niegdyś mieniące się kolorami, stały niebieskie na powrót. Białe włosy pokryte były zielono-czerwoną mazią, lepiąc się i opadając na oczy. Krew wyciekała mu z ust, a mięśnie odmówiły posłuszeństwa. Zwłoki Championa Nurgla leżały tuż koło niego, i nawet smród dochodzący z rozkładającego się ciała, przestawał mu przeszkadzać. Nurglingi, które radośnie skakały po nim, smagając go swoim językiem i pazurami, stały się jakby nie istotne. Umierał. W końcu, po prawie trzech wiekach życia, spotkał istotę, która była wstanie pozbawić go życia.
“Istota”. Lekki uśmiech pojawił się na popękanych ustach wojownika, bowiem było ich w sumie jedenastu. Champion, i jego dziesięcioro paskudnych, obrzydliwych dzieciątek. Nurglingi. Co za upokorzenie. Zamiast zginąć od ciosu, kogoś silniejszego, pokonała go kupa robactwa. Jakże pragnął wstać, i zatopić ostrza swoich toporów w ich ciałach. Rąbać i siekać, by poznali czym jest strach. Legenda, która miała trwać, leżała pokonana brocząc we własnej krwi. Przynajmniej Champion Nurgla poległ wraz z nim.

Człowiek w czerni, czuł jak opuszczają go siły, a najbardziej frustrujące było to, że Varl był na wyciągnięcie ręki. Potężny czarnoksiężnik, którego legenda rozrosła się, i w jakiś sposób wyolbrzymiła. Tylko spotkanie z nim mogło ukazać jego prawdziwe oblicze. Podążał za nim przez pół Norski, by polec z największym śmierdziuchem tych okolic. Wstyd. Gniew pojawił się na jego twarzy. Czoło zmarszczyło się, tworząc kilka linii. Charknięcie i krew znowu wydobyła się z ust, pokrywając podbródek i ściekając na poniszczoną zbroję. Koniec był bardzo bliski. Zacisnął zęby, a dłonie zwinął w pięści. Ból przeszywał jego ciało, ale nie zamierzał w ostatnich chwilach swojego życia, jęczeć. Chciał odejść jak wojownik. Ułożył głowę na ręku, oczekując końca. Oczy zachodziły mu mgłą, oddech zwolnił.

Śmiech rozległ się w jego głowie. Demon. Pazuzzu. Coś tam krzyczał, piszczał i wściekał się. Życzenie, które i tak nic nie dało. Demon miał nie długo opuścić jego ciało, i udać się do Domeny Chaosu. Mało ciekawa perspektywa, dla czegoś, co ponad wiek tułało się po świecie śmiertelników. Ironią losu, że stworzenie chaosu nie chce wracać do swojej pierwotnej domeny. Teraz jednak było już za późno. Na wszelkie targi. Na jakiekolwiek układy. Nie było sensu.

Odpływał. Nagle dobiegł go szept. Cichy, lecz mroźny niczym powietrze wiejące w Górach Jotuheim. Wojownik podniósł oczy do góry i dostrzegł wyciągnięty ku niemu palec, istoty która zapewne była nekromantą. Przeszywające spojrzenie utkwiło wzrok w umierającym mężczyźnie, a usta bezwiednie poruszyły się.
-Dołącz do mnie - usłyszał w swojej głowie -Zdecyduj się na służbę u mnie, a powstaniesz z martwych

Gdyby mógł zaśmiał by mu się w twarz, a potem oddzielił tą czaszkę od reszty jego wysuszonego ciała, ale w obecnym stanie nie mógł tego zrobić. Wieczne życie. To już miał. A poza tym cóż to jest za życie, nie czując niczego. Nie móc czerpać przyjemności z walki. Czuć jak krew buzuje Ci w żyłach. Serce wali jak oszalałe. Czuć ciepło kobiecego ciała. Żałosna oferta, jak i żałosna istota. Komuś takiemu służyć. Nigdy. Nienawiść w oczach nekromanty zionęła, lecz teraz nic on już nie mógł zrobić, temu który odrzucił jego hojność i szczodrość.

Gdy zabójca myślał, że umrze spokoju, dobiegł go kolejny szmer. Cztery głosy, każdy inny, ale mówiące jako jedność. Cztery głosy, dający obietnice i kuszący chwałą, wielkością i życiem. Cztery głosy, które chciały go na służbę u siebie.
-Dołącz do nas. Służ nam - przed umierającym zamigotała ośmioramienna gwiazda, a po środku niej pojawiło się oko, które biło mocą i potęgą.

Chaos. Nieprzewidywalny, dający potęgę lecz niszczący ciało i umysł. Służba czterem Bogom dawała wiele możliwości. Siła, oręż, zbroja czy inne nagrody kusiły lśniąc zachęcająco. Wojownik widział siebie już kroczącego, po czaszkach swoich pokonanych wrogów. Prawie się uśmiechnął, gdy widział siebie, przemierzającego krainy, lądy i oceany. Podbój. Wszystko było by w zasięgu jego rąk. Jedyne co musiałby poświęcić to swoje ciało i duszę. Nigdy. Był zawsze panem samego siebie, a skoro trzech championów własnoręcznie sam pokonał, czemu miałby im służyć. Mutacje. Szczypce, ropniaki, czułki. Dobre sobie. Nie.
Ryk wściekłości mu odpowiedział, lecz nie miało to już znaczenia. Wybór został dokonany.

Podobno do trzech razy sztuka, więc i przyszła pora na trzecią stronę tego konfliktu. Biały gołąbek przeleciał nad konającym, i wylądował nie daleko niego. Zagruchał, jakby chciał przynieść nowinę:
-Trzy wieki prawie temu przeklęłam cię. Dziś umierasz. Twe życie było pełne gwałtu, przemocy i okrucieństwa, a mimo to pokonałeś trzech mrocznych heroldów, stając po stronie dobra. Oddałeś życie w słusznej sprawie, i teraz daje ci możliwość odkupienia. Przyznaj się do swoich win, i poproś o przebaczenie, a będzie Ci dane. Klątwa zostanie zdjęta z ciebie, demon przegnany z twego ciała, a rany uleczone. Stań jako mój Wybraniec, bowiem Shallya jest boginią miłosierdzia

Krew wylała się z ust wojownika, gdy ten odpowiedział. Ci, którzy przyglądali mu się z daleka, mogli by powiedzieć, że w ostatnich chwilach swojego życia, człowiek ten mamrotał coś pod nosem. Patrzył on na gołębia, który przyleciał i usadowił się na pobliskiej skale. Oferta Bogini była hojna i łaskawa. Inna niż wszystkie, bowiem była w tym łaska i odkupienie. Jednak nie tego szukał wojownik. Pokręcił głową, bowiem nie zamierzał się przed nikim korzyć, i nigdy tego nie zrobił. Teraz miało być tak samo. Duma i buta, przepełniała jego serce, i choć wiedział, że kara jaką odbywał była sprawiedliwa, i nie zamierzał prosić o przebaczenie. Sam przez te wszystkie swoje lata był panem swojego losu, i sam decydował o sobie. Przez prawie trzy wieki doskonalił swoje umiejętności by stać się mistrzem w posługiwaniu bronią. Wojna była jego domeną, a walka życiem. Jednak to on sam decydował komu służyć, kogo zdradzić i kogo zabić. Był panem samego siebie, i nie zamierzał być niczym posłańcem, sługą czy niewolnikiem. Zamknął oczy, prosząc by wiatr zaniósł jego legendę do uszów bardów, wieszczy, bajarzy i skaldów. Niech opowiadają ją, przy ciepłym kominku w zimowe wieczory, by nigdy nie zginęła w odmętach czasu. Niech mówią o człowieku z południa. O człowieku, który stawił czoła wybrańcom chaosu. O wojowniku. Zabójcy. Kochanku. O Kainie.
_________________
#sesja Miasto: Dante Cavenaghi
#sesja Wichry Północy: Kain

Kobiet potrafiących służyć za materac jest wiele na tym naszym nie najweselszym ze światów. Ale znalezienie dowcipnie czy roztropnie gadającego materaca nie jest już takie proste
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
Jaracz
Markgraf
Markgraf


Dołączył: 29 Cze 2005
Posty: 2221
Skąd: Olsztyn

PostWysłany: Wto Mar 31, 2015 11:48    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Herosi czekali, nie próbując dołączyć do rozgrywającej się w grocie walki. Nadzieja na to, że zwycięzca wyłoni się z tej potyczki osłabiony, była silna. Tak jak i przeświadczenie, że wplątując się w starcie dwóch rojów, może mieć śmiertelne konsekwencje.

Choć nieumarli napierali bezustannie, skaveny broniły się zaciekle chroniąc potężnych szczuroogrzych tragarzy. Ci zaś kończyli właśnie ustawiać dziwną aparaturę z ciemnego drewna i zielonkawej stali wsparte rusztowaniem. Z mrowia istot wyłoniło się kilku skavenów odzianych inaczej niż wojownicy i wspinając się na konstrukcję zaczęli coś przy niej majstrować. Szczuroogry zaś dołączyły do walki znacznie przechylając szalę zwycięstwa. Czujne oko mogło też dostrzec, że co chwila, szczurze trupy są wyrzucane poza ciasny krąg obronny lądując bezwładnie na ożywieńcach bądź skalnej posadzce.
Kilkukrotnie też, jeden z żywszych nieumarłych, niewątpliwie ghulów, korzystając ze swej zwinności próbował przedrzeć się do dziwnej konstrukcji. Lecz wtedy rozlegał się huk niosący echem po całej grocie i ghul padał martwy jak za dotknięciem różdżki.

Odziany w sigmaryckie szaty nieznajomy ruszył ze swojego miejsca i skierował się prosto w stronę leżącego na ziemi strażnika, omijając łukiem starcie na środku groty.

----------------------
Lestat:

Chociaż nie wyczułeś żeby skaveńska konstrukcja sama w sobie była magiczna, bez problemu dostrzegłeś jak wokół niej zaczyna się zbierać esencja eteru. Wielokolorowe wstęgi zaczęły wirować i tłoczyć się do cylindrycznych pojemników, jakby ubijane tam przez niewidzialną siłę. Nie mogłeś pojąć, co mogło stać za tym procesem. Jednak sądząc po ilości, na pewno nie było to coś bezpiecznego.
Poczułeś jak na ten widok coś wewnątrz ciebie się poruszyło. Głodne.

----------------------
Kain:

Zamknąłeś oczy i pozwoliłeś by twój duch opuścił ciało, gdziekolwiek go teraz nie poniesie… a raczej ktokolwiek się po niego nie zgłosi. Tak przynajmniej sądziłeś, bowiem gdy otworzyłeś oczy na nowo, jak przez mgłę zobaczyłeś nad sobą kilka sylwetek. Jedne świetliste, inne smoliście czarne. Nie potrafiłeś rozpoznać żadnych rysów twarzy. Wyglądały jakby się ze sobą kłóciły. Reszta groty była rozmyta przez fakt, że zdołałeś podnieść powieki tylko na grubość igły.
Nagle w pole widzenia weszła jakaś inna postać, machając kosturem i klnąc pod nosem. Pod dotykiem obwieszonego klekoczącymi, kościstymi fetyszami kija, tajemnicze sylwetki rozmyły się i rozwiały niczym duchy. Nieznajomy nachylił się nad tobą i rozpoznałem w jego starczej twarzy vitkę, z którym niegdyś rozmawiałeś.
- Jeszcze nie wypełniłeś swojej części przepowiedni - chrypnął wyraźnie zdenerwowany. - Została ci jedna rzecz do zrobienia. Jedna! Nie możesz umrzeć parszywcu. Nie pozwalam.
Wyciągnął szponiasty palec i wbił go w twoje ciało. Wydawało ci się, że nie żyjesz do tego momentu. Świdrujący ból przeszył twoje ciało gdy czarny od brudu paznokieć zatopił się w twoim sercu.
- Dopiero gdy mąż zada ci cios, a szczęki smoka się zacisną, twój żywot dobiegnie końca.
Otworzyłeś szeroko oczy i zachłysnąłeś się powietrzem jakbyś wynurzył się spod wody. Starzec zniknął, jakby nigdy go tu nie było. Czułeś się słaby, ale żywy. Gdy spojrzałeś na swoje dłonie ujrzałeś że są niemal czarne od kryjących się pod skórą smolistych żył.
Nurglista roztopił się w swoich wnętrznościach. Nigdzie nie widziałeś też jego oręża. Twoją uwagę jednak przykuło coś innego. Dopiero leżąc i obserwując sklepienie, przyszło ci do głowy, że cała grota wygląda jak paszcza smoka.

_________________
#Przyjaciel czy Wróg => Alex Zir, człowiek, magister alchemik.
#Przekleństwo Wzgórz Hager => Brokk Imrakson, krasnolud
#Sylvania - Ziemia Przeklętych => Gerhard, człowiek
#Lily et Pique - Blaise Cillianmour, szlachcic
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź stronę autora
kain
Mod Magów
Mod Magów


Dołączył: 20 Lut 2005
Posty: 2262

PostWysłany: Sro Kwi 01, 2015 12:12    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Ciemność ogarnęła Kaina. Czuł jak umiera i delikatny uśmiech pojawił się na jego twarzy. A potem to wszystko zepsuł stary dziadyga. Musiał wetknąć swoje brudne paluchy nie tak gdzie trzeba. Cholerny ramol.

Wstrząs targnął ciąłem zabójcy, który otworzył szeroko oczy i usta, łapiąc powietrze. Wojownik zaczął podnosić się z ziemi, nie bacząc na ból jaki towarzyszył tej czynności. Niemal czarne dłonie, zacisnęły się w pięści, które raz po raz zaczęły uderzać w ziemię. Dziki ryk wydobył się z ust Kaina, który podniósł swą twarz, omotając salę wzrokiem. W dłoniach znalazły się dwa bliźniacze topory, które szybkim ruchem, zagarnął z ziemi. Poruszył głową na lewo i prawo i uśmiechnął się szyderczo.

-No dobra. To kto na wpierdol? - rzucił wściekle

Po raz kolejny uniknął śmierci. Pierdolone szczęście. Chciało się już rzygać od tych przepowiedni. “Dopiero gdy mąż zada ci cios, a szczęki smoka się zacisną, twój żywot dobiegnie końca” - brzmiały w jego uszach słowa. Dziad stary dodał coś nowego. Szczęki smoka. Pojebało go. Smok. No ja pierdolę. Mały tutaj pierdolnik się zrobił. Co za pojebany kurwidołek. Już lepiej było wrócić na Sartosę. Tam przynajmniej nie było przerośniętych jaszczurek. Poza tym smok? Przecież smoki to tylko w bajkach i legendach.

Kain wstał, nie bacząc na zaschniętą krew na swoim ciele. Ból mięśni zignorował całkowicie, tak samo jak kolejne czarne blizny pojawiające się na jego ciele. Czuł jak się tworzą, ale przywykł już do tego procesu. W głowie odzywał jazgotliwie Pazzuz szydząc z niego, lecz mimo to nie mógł ukryć ulgi w swoim głosie. Demoniczne dziecko jak zawsze miało coś do powiedzenia, i to nie zawsze całkiem głupiego. Kątem oka dostrzegł idącemu ku niemu Sigmaritę. Szedł on powoli, trzymając zawieszony na barkach potężny młot bojowy. Marsowa twarz kapłana bitewnego nie robiła na zabójcy wrażenia, tym bardziej, że był on tylko człowiekiem. Nawet delikatne wstęgi Dhar, które gdzieś tam koło niego się plątały, nie znaczyły nic. Kain uśmiechnął się ponownie, tym razem drwiąco. Oba topory trzymał mocno i pewnie.
-A ty tu czego? Śmierci szukasz - rzucił w kierunku nadchodzącej postaci przyjmując bojową postawę.

-Już ją znalazłem - odpowiedział wykonując gest dłoni w kierunku walczących nieumarłych. - Chcę się przekonać, czy stoimy po tej samej stronie. Zabiłeś czempiona pana rozkładu.[/i]
Zatrzymał się jakieś piętnaście metrów od rozmówcy.

-Nie stoję po niczyjej stronie. Cóż, tak to bywa z czempionami. Przychodzą i umierają, a ja nadal żyję - zaśmiał się głośno -Jak Ci na imię wojowniku?

- Gottfried von Hauberbach - odpowiedział. - Jak ciebie zwą?
Zauważyłeś że wojownik nie zwraca zupełnie uwagi na toczącą się niedaleko walkę. Skaveny które są akurat zwrócone w waszą stronę nie próbują łamać szyku by się na was rzucić.
-Imię. Mam wiele imion, ale dla Ciebie niech wystarczy Kain - rzekł buńczucznie zabójca.

- Kain - powtórzył powoli jakby przeżuwał i smakował to słowo. - Skoro tu jesteś zakładam że wiesz co się niedługo wydarzy. Jakiej przyszłości wyczekujesz?

Zdziwienie? Nie pokazał tego po sobie.
-/Ja tu przyszedłem po czarnoksiężnika. Ni mniej, ni wiecej. A ty jakiej? - odpowiedział pytaniem na pytanie

-By odwlec głupców od zagłady świata. - odrzekł - Gdy ten świat umrze, ani ludzkość, ani chaos na tym nie zyska. Nie będzie komu zyskać. Artefakty nie mogą zostać złączone gdyż razem stanowią potęgę, która zachwieje fundamentami rzeczywistości i eteru.[i]

-[i]Zmartwię Cię Herr Gottfried, bo mi jest totalnie obojętne co się wydarzy, gdy przedmioty się złączy. Sam jestem właścicielem dwóch z nich, więc jeśli chcesz przeszkodzić i je zabrać, musisz walczyć ze mną. Żyję już tyle dziesiątek lat, że chętnie zobaczę, coś nowego..
- rzekł spokojnie tym razem.

- Czyli chcesz złączyć przedmioty... [i] - mruknął. - [i]Nie zamierzam jednak z tobą walczyć. Nie muszę nikogo zabijać, by osiągnąć swój cel.
Mówiąc to zaczął iść w kierunku maga i awanturników.

Wtedy to Kain zwrócił uwagę na maga światła, kapłana zignorował - nie stanowił zagrożenia. Czarokleta coś kombinował. Nie za bardzo wiedział co, ale jak mawiała dobra, stara Imperialna sentencja “dobry mag, to martwy mag”.

“Pazzuzu co tamta popierdółka robi..I właśnie. Jak dostałeś się w jego łapki.?” - zapytał w myślach
“Długa historia. Byłeś ty, potem dziewczę i jej pustka… nie mogłem się odnaleźć… to było niemiłe. Potem zostałem wyrwany i zamknięty w przeklętym lusterku przez tego maga. Potężny jest i pachnie… powinnością”

“Powinnością” - padło kolejne pytanie, bo nie rozumiał co Pazzuzu ma na myśli.

“Chce coś zrobić i jest zdeterminowany by to zrobić. Powinność. Ja wiem, moje wiecznie wędrujące naczynie, że niezbyt to rozumiesz. Trzeba umysłu takiego jak ja, by pojąć ścieżki jakimi chodzą śmiertelnicy. Ten mag ma zadanie, które jest dla niego święte.”

“Uwielbiam Cię i te twoje mądrości ale teraz mów w staroświatowym. Co chce zrobić, co jest dla niego święte i jak do cholery mag światła uwięził demona i po co. Chyba że chcesz abyśmy obaj tu sczeźli. Chcesz jego duszy i mocy?”

“A skąd na wszystkich sześćdziesięciu pięciu moich braci mam to wiedzieć? Nie raczył się ze mną podzielić tą wiedzą. Jego dusza… hmmmm”
Po raz pierwszy usłyszałeś że Pazzuzu się waha.
“...Jest silny, ale mam wrażenie że będzie tylko narzędziem dla nadchodzących wydarzeń. Jeśli go zabijemy zaburzymy obecną ścieżkę przeznaczenia. Nie wiem co się tam kryje moje naczynie.”

“Ach..Niewiedza bywa straszna. Ja chcę Varrla. Tylko to mnie interesuje. Przeznaczenie? Wierzysz w nie. Zaskakujesz mnie mój mały, wredny przyjacielu. Co wiesz o smoku?” - musiał go o to zapytać.

“Smoki to inteligentne stworzenia o niezbyt atrakcyjnej aparycji. Zieją ogniem i są zdecydowanie zbyt duże by cios toporem odwiódł ich od smażenia swoich przeciwników. Czasem mają błyskotki. Coś więcej chciałbyś wiedzieć? Może poczytać na dobranoc?”

“Ścieżka przeznaczenia. Jaka jest według Ciebie. Co ma się wydarzyć?” - zapytał

“Na obecnej ścieżce… och to proste. Khorne będzie wniebowzięty że się tak wyrażę, Slaneesh również bo każdy tu się chce napchać, Nurgle zdecydowanie się zasmuci, a Tzeentch… tego nigdy nie potrafiłem rozgryźć. On się ze wszystkiego cieszy jakby wszystko zaplanował. A jak chcesz prościej to będzie rzeź w imię zachłanności. Potem zaś wszystko wróci do zwykłego stanu rzeczy.”

“Rozumiem. Skoro mamy troszkę czasu dla siebie, powiedz mi, co się działo gdy pustka dziewczyny Cię pochłonęła. Wiesz kim była?”

“Nie wiem… pustką. Nigdy się z czymś takim nie spotkałem. Nie była to rzeczywistość… nie był to eter. Coś pomiędzy. Więzienie, klatka bez dna i bez krat, a jednocześnie nie mogłem jej opuścić z własnej woli. Byłem bezsilny. Odcięty od energii i mocy. Czułem się uprowadzony, a jednak dziewczę niczego ode mnie nie chciało. Nic nie mówiło. Jakaś część mnie chciała tam zostać… dopiero jak mag mnie wyrwał, uświadomiłem sobie jak bezmyślne było to przeczucie.”

“A czy widziałeś, czułeś jej wspomnienia? Cokolwiek co mogło by powiedzieć więcej kim jest?” - nastała chwila ciszy a potem oświecenie jakby “Skoro ty żyjesz, to czy ona też..”

“Jej wspomnienia… nie. Lecz wyczułem jej istotę. Jej esencję. Była znajoma. Hahahaha… jak teraz o tym myślę, wszystko nabiera sensu. To oczywiste że chciałem tam zostać. Jestem leniwy i skłonny do przyzwyczajeń. To ci się spodoba. Wyczułem w niej ciebie moje ty naczynie.”

Informacja podana przez demona, wywołała lekki szok w Kainie. Przez chwilę nie wiedział co myśleć. Przecież on nie miał dzieci, a przynajmniej nic o tym nie wiedział. Siostry nie posiadał. Więc jak wyczuł w niej jego samego.
“Mnie? Jesteś pewny. Teraz i tak i chyba to bez znaczenia. Widziałem ją martwą. Czy jednak przeżyła, i zostałem oszukany?” - musiał zapytać. Może on znał odpowiedź.

“Hahahahahahaha”
Śmiech rozległ się w twojej czaszcze.
“Co jeśli zostałeś oszukany? Myślisz że znajdziesz nowy cel moje ty naczynie?”

“Możliwe. Bardzo możliwe” - rzekł zmęczony kończąc rozmowę. Usiadł na kamieniu koło rozpuszczającego się truchła Nurglisty. Czekał. Spokojnie czekał.
_________________
#sesja Miasto: Dante Cavenaghi
#sesja Wichry Północy: Kain

Kobiet potrafiących służyć za materac jest wiele na tym naszym nie najweselszym ze światów. Ale znalezienie dowcipnie czy roztropnie gadającego materaca nie jest już takie proste
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
Ethereal
Landgraf
Landgraf


Dołączył: 22 Lip 2005
Posty: 2989
Skąd: Elbląg

PostWysłany: Pią Kwi 03, 2015 19:44    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Drużyna Ulfira obserwowała starcie chaotycznych szczuroludzi ze skostniałymi nieumarłymi z bezpiecznej odległości i pozycji. Po obydwu stronach mnożyły się straty, a walka była wyrównana. Poległe szczuroczłeki wstawały z martwych, by walczyć dalej jako niewolnicy nekromanty. Szczury zaś miały przewagę liczebną i sprzętową. Ta ostatnia wydawała się być decydująca. Plugastwa w pośpiechu konstruowały jakąś machinę bądź ołtarz ku czci swego obrzydliwego bożka i bez żadnego trudu odpierały ataki każdego jednego ghula, który się doń przedarł. To, plus liczebność, szczurogry, spacz-magia, trujące gazy i broń palna zaczynały szybko przeważać nad cechami i sztuczkami truposzy oraz ich władcy. Wprawdzie Ulfir życzył nekrusowi śmierci, a jego niewolnikom spoczynku, to jednak kiedy już umarlaki zostałyby wytracone do reszty, szczury niechybnie skierowałyby swoje potężne narzędzia ku innym - szczególnie jego drużynie, jako najiczebniejszej po nich.

W międzyczasie obserwował też trwające starcie Wędrowcy z przeklętym championem Neiglena i jego "dziećmi". Było to zaiste epickie zwarcie, o którym trzeba było spisać sagę, ażeby śpiewać o niej przez lata. Ostatecznie, Południowiec poświęcił swe życie, aby pokonać śmierdziela - wyczyn o tyle heroiczny, co niemożliwy. Niestety, skonał z pazurów zasranych Nurglingów. Ulfir byłby gotów pomóc mu i wytłuc wszawe demony, gdyby nie odległość i okrutne zarazy, jakimi spowite były niewolne istoty Neiglena.

Wtem jednak, Wędrowiec wstał z martwych. Syn Egilla był osłupiony. Czy to jego posługa jako Strażnika tego miejsca przywróciła go do żywych? A może to jego wewnętrzna, mroczna moc uniemożliwiła mu spoczynek? To było okrutne.

Jak można było odmówić wojowi zasłużone odejście do Valhalli?

Widząc, że Południowiec rozmówił się z tym dziwacznym wojem czy też klechą, a następnie rozsiadł się, Ulfir krzyknął doń:

- Wędrowcze z Południa! Strażniku! To ja, Ulfir, syn Egilla! Chwała ci za ubicie tego ścierwa! Najtęższyś woj spośród wszystkich pod tą powałą. Dołącz do nas! Zmiażdżmy te ścierwa, te szczury i truposze. Myśmy Norsmeni!

Ostatnie słowa były jednocześnie wyrazem olbrzymiego szacunku, jakim zaczął darzyć tajemniczego człowieka. Był pewien, że nikt inny nie dałby rady tamtemu Chaosycie. Nikt. Jeśli ktokolwiek był godzien walczyć o los Norski... a i całego świata bogów i ludzi... to był to on. Wędrowiec z Południa.[/i]
_________________
Ulfir Egillsson, Norsmen - Wichry Północy
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
kain
Mod Magów
Mod Magów


Dołączył: 20 Lut 2005
Posty: 2262

PostWysłany: Sro Kwi 08, 2015 09:03    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Kain & Ulfir
Kain spojrzał na Norsmena i uśmiechnął się. Ni to szyderczo, ni to z respektem. Ciężko było stwierdzić, ale ruszył ku niemu. Powolnym krokiem kierował swe kroki ku Ulfirowi. Twarz pokryta krwią, i licznymi czarnymi bliznami sprawiała, że zabójca wyglądał niczym chodzący koszmar. Stanął przed Norsem i rzekł:
-A więc Ulfirze i ty tu dotarłeś. Nadal chcesz złączyć te wszystkie przedmioty w jedno - padło pytanie, choć ton głosy wojownika był ostry niczym Kislevski wiatr

Widok Wędrowcy z Południa raz kolejny wstrząsnął hardym przecież Norsem. Człek ten wyglądał, jakby wygrzebał się z samego dna Hel… i pewnie tak właśnie było.

- Tak. - powiedział cicho, ale zaraz dodał głośniej - Ale najpierw chcę zarżnąć te wszystkie bestie. Te szczury w szczególności. Cuchną, hałasują i chcą naszych głów. Niech udławią się własną krwią. Chodź z nami! A potem skruszym kości tych umarlaków… i każdego innego, kto się nam sprzeciwi.

Podszedł do Strażnika i klepnął go w ramię.

- Posprzątajmy tu szybko. Czeka na nas ratowanie Norski i kwarta gorzały, bo mnie kurewsko suszy. Weźmiemy szczuroludzi od tyłu i ściśniemy między nami a truposzami. Kiedy je zniesiemy i zniweczymy te ich wysiłki, przerąbiemy się przez nieumarłych i skończymy z tym upiorem i jego nekromantą. Co powiesz?

Ulfir uniósł pokryty runami, norski miecz, który błysnął światłem wcale nie pochodzącym z refleksów.

- Niech o nas śpiewają skaldowie!

-Niech więc się i tak stanie. Warto byśmy jednak poszli w większej sile. Krasnolud i ten jego towarzysz, mogą okazać się pomocni. Wrogów jest mrowie, a nas garstka..każdy miecz, młot czy topór jest na wagę złota - zamilkł a potem wyjął artefakty, które zebrał -Dam ci je, jeśli ty, i twoi ludzie wspomożecie mnie w walce ze skavenami i resztą tej hołoty, która chce je dla siebie. A potem gdy to się skończy dacie mi odejść stąd w spokoju - rzekł, i Ulfir mógł dostrzec zmęczenie. Prawdziwe zmęczenie, setkami lat bitew i wojen, które prowadził i w których brał udział. Ciągła walka. Sens jego życia. Istota dla której został stworzony przestawała go już podniecać i nakręcać. Chciał dorwać Varrla, by zakończyć jego legendę, by jego własna mogła przetrwać dłużej. A potem zostało mu tylko jedno… odnaleźć dziewczynę. Spojrzał na Norsmena i jego ludzi oczekując potwierdzenia, by dodać na końcu -Gigant to jeden ze strażników. Drugim będzie … - nie dokończył tylko uśmiechnął się, jakby chciał przekazać, że to co ich czeka jako drugie będzie o wiele groźniejsze.

Ulfirowi zapaliły się oczy na wspomnienie o przedmiotach, jakimi dysponował Wędrowiec. Rezygnował z udziału w tej grze na rzecz Ulfira i w dodatku zechciał połączyć z nim siły.

Syn Egilla uśmiechnął się. Podjął dobrą decyzję wtedy, we fjordzie, nie zabijając Południowca i teraz, w tej grocie.

- Bierz tych ludzi prędko i dołączajcie do nas. - rzekł, a do swoich ludzi ryknął, wypadając zza skał w kierunku Skavenów - Na nich! Ku Valhalli!

Zaraz potem ku pierwszemu ze szczurzych strzelców pomknął topór. Drugiego ściął w pędzie mieczem. Trzeci padł z czaszką rozłupaną kantem tarczy.

- KHARNATH! - ryknął, honorując starcie imieniem Pana Bitew. Dla niego nie różniły się walki ani strony biorące w nich udział. Każda bitwa była rytuałem ku jego czci, każdy cios modlitwą, każde zwycięstwo świętem.

Trzeba było jak najszybciej przerąbać się do tego ustrojstwa i je zdemontować.

Kain uśmiechnął się tylko i rzekł;
-Dobrze. Czas by i tamta dwójka dołączyła do nas..Zaczekaj tu na mnie

Kain & Krasnolud i magożerca

Gdy skończył swą rozmowę z Ulfirem, Kain skierował swoje kroki ku krasnoludowi i dziwnemu mężczyźnie. Topory swe trzymał opuszczone ostrzem ku ziemi, by nie prowokować żadnego z nich. Miał cel idąc ku nim. I choć ciężko było mu to przyznać, potrzebował ich pomocy. Gdy stanął, tak może z cztery kroki, przed nimi rzekł:
-Witajcie, wojownicy. Rzeknijcie co was tu sprowadza. Czyją stronę obieracie w tej o to walce? - pytanie było zadane lekko, wręcz przyjaźnie.

- Lestat wspominałeś jakiś czas temu o brataniu… patrząc na warunki teraz nie wielki mamy wybór w chwili kiedy szczury na półce wyżej wzięły nas na muszkę.

Kazdin odwrócił fajkę z której wysypały się resztki dymiącego jeszcze lekko tytoniu. Fajka wylądowała za pasem, a krasnolud uniósł się podnosząc tarczę którą starannie zapiął pasami na lewym przedramieniu po czym złapał młot. Zbliżający się uzbrojony człowiek nie wyglądał na takiego który chce ich atakować więc nie spieszył się nadmiernie aby nie prowokować skavenów.

- Nie wiem kim jesteś dzierżący plugawy oręż wojowniku ale wyraźnie nie po drodze Ci z tymi samymi co i mnie. Jeśli masz jakiś ciekawy pomysł na szkodniki to słucham.

Lestat uśmiechną się gdy strażnik wstał niczym z martwych, okazywał się coraz ciekawszym osobnikiem i cennym sprzymierzeńcem.

- Wojowniku – wskazał na krasnoluda- i baśnio opowiadaczu. Mnie sprowadza tu historia i epicka opowieść którą będę mógł spisać i dołączyć do mych zbiorów. Chęć poznania i prawdziwy głód nowych odkryć jak i po prostu ludzka ciekawość. Satysfakcjonuje cię taka odpowiedź strażniku ?

Lestat spojrzał w oczy wojownika, chciał wybadać ile się sam domyśla. Smaczny kąsek który w nim rezyduje na pewno już poczuł drapieżnika i ostrzegł swoje naczynie.

-Tak. Więcej mi wiedzieć nie trzeba. Zwą mnie Wędrowcem. A więc mam dla was propozycję. Ruszcie ze mną i Norsmenami przeciw skavenom, a jeśli wiecie co zrobić z tym - pokazał na magiczną obrożę, zawieszoną na szyi -Będę wam dozgonnie wdzięczny. Khazadzie, dla was to plugawa broń, dla mnie to środek, który służy jednemu celowi. Zwycięstwu.

Kain z łatwością wyczuł poruszenie wewnątrz jego. Lokator jego zaśmiał się cicho. Złowrogo. Zabójca zmierzył wzrokiem tego, które zwano Lestatem, lecz nie zareagował. Potrzebowali siebie nawzajem. To mu wystarczało.

- Trudne czasy, drastyczne środki.

Krasnolud przyjarzał się pobierznie obroży. Wiele można wyczytać z budowy i materiału ale aby rozpoznać magię potrzebował by czasu... nie czuł zresztą potrzeby pomagać wojownikowi w tym problemie, a na pewno nie w tej chwili.

- Kiepskie warunki i za mało czasu na ekspertyzę ale jeśli dożyję jutra może coś wymyślę. Teraz jednak zajmijmy się szkodnikami.

Tak, potrzebujemy siebie nawzajem… teraz. Taka myśl kołatała się w myślach poszukiwacza tuż nad falą cyfr i liczb. Taktyka, obliczenia, kalkulacje, widząc chmary szczurów, ich ruchy, broń i zawziętość wiedział że trzeba zebrać ilu się da. Nie by zwyciężyć i wykorzystać artefakty lecz by zobaczyć jutrzejszy poranek i wziąć kolejny życiodajny wdech.

-Hyhyhyhy doprawdy nie przypuszczałem że do tego dojdzie, nie od kiedy połączyłem swoje siły w podróży z tak potężnym wojem jak Kazdin. Nie mniej wygląda na to że los znowu sobie ze mnie drwi.

Lestat wypuścił książkę i pióro na ziemię i zeskoczył z głazu lekko niczym kot. Rozejrzał się jeszcze raz po jaskini i mrowiących się w niej istotach. Po czym ruszył powoli do przodu równając się z krasnoludem.

-Wybacz Smokobójco iż do tej pory nie byłem z tobą do końca szczery. Lecz miej na uwadze że szanuję naszą znajomość i ciebie, przeto właśnie po kamień w którego jesteś posiadaniu pierwotnie przybyłem do tych krain a nigdy swych rąk lub słów ku niemu nie wyciągnąłem. Teraz jednak jeśli mamy móc kiedyś wrócić do tej rozmowy musimy przełożyć tą sprawę na później. - Następnie swój wzrok skierował na tego który mianował się wędrowcem.
- Dobrze połączmy siły دشمن دشمن من دوست من است

Lestat wyprostował się i odetchną głęboko, podniósł dłoń na wysokość klatki piersiowej i zastygł na sekundę przyglądają się jej z szyderczym uśmiechem - Może dzisiaj głód nasz zaspokojony zostanie co bracie? – Mężczyzna przesuną dłoń na wysokość czoła i palcem wskazującym przejechał po środku maski zostawiając na niej znak niczym po cięciu rozgrzanym w smoczym płomieniu ostrzu. Maska rozpadła się na dwie części i upadła na ziemię, kaptur zsuną się na kark. Pod maską skrywała się twarz człowieka mogącego mieć najwyżej trzydzieści kilka wiosen. Lekko ciemna skóra, nie długie kruczoczarne włosy w nieładzie sterczące odrobinę w górę, zaskakująco czysta cera i mała kozia bródka i tylko oczy nie pasujące do normalności reszty. Teraz bez maski jeszcze dziwniejsze i głębsze w pustym zimnym odczuciu. Lestat uśmiechną się życzliwie i podszedł spokojnie do Kaina.
-Pozwól że się tym zajmę – Powiedział wyciągając dłoń w stronę obroży pachnącej tak smakowicie że aż kojąco, głód zaczął narastać w poszukiwaczu lecz teraz było to potrzebne ponieważ w około jest dużo pożywienia. Lestat sam nie zauważył kiedy chwycił wędrowca za obręcz niemal unosząc go w powietrze lecz teraz połechtany smakiem w ręku miał tylko kawałek zwykłego żelastwa. Puścił wojownika i spojrzał na niego nie pewnym trochę przepraszającym wzrokiem. – Wybacz trochę mnie poniosło dawno się nie pożywiałem…

Kain zaskoczony początkowo już chciał sięgnąć za broń, gdy w głowie rozległ się głos, każący nic nie robić. Oczy zabójcy spoglądały na Lestata i jego dłoń, trzymającą obręcz. W głowie zaś Pazuzzu rzucał przekleństwami i śmiał się nie wiadomo z czego.
-Zaskakujące. Bardzo zaskakujące - rzekł wojownik, gdy Lestat opuścił go na ziemię -Cóż. Będzie ciekawie. Uroczo wręcz. Człowiek pełen niespodzianek bywa. - odsunął się od Lestata na dwa kroki, w końcu wolał nie ryzykować że ten dotknie, któregoś z jego toporów. Szkoda broni. -Dołączmy więc do Ulfira i ego wesołej gromadki, i pogońmy stąd szczurzą hołotę..a potem, zobaczymy co z resztą.. - zaproponował.
Lestat. Tak jak przewidywał demon. Niebezpieczny człowiek, który skrzętnie ukrywał swoje prawdziwe oblicze. Miał nadzieję, że zarówno on jak i krasnolud pozwolą złączyć Ulfirowi przedmioty. Chciał wiedzieć, co jest za olbrzymem. Chciał Varla.

-Tak więc Lestacie, śmiało mogę rzec, że to co magiczne służy Ci za pożywienie. Czy umiesz także dokładnie określać, kto jaką mocą włada? A raczej jaką magią? - zapytał.

Lekko zaskoczony pytaniem poszukiwacz spojrzał na oddalającego się nieznacznie wojownika

- Zapewne tylko ten który zmienia ścieżki jest w stanie zrobić to lepiej ode mnie…Czyżbyś podejrzewał u kogoś moc i chciał ją sklasyfikować ?

Uśmiech na twarzy Kaina pojawił się równie szeroki, co na twarzy dziecka, który dostał upragnioną zabawkę. Wskazał ręką delikatnie i dyskretnie kapłana z młotem, i maga.
-Ta dwójka. Od Nurglisty wiem, że w tej jaskini jest czarnoksiężnik zwany Varrlem. Szarego proroka i nekromantę możesz sobie zjeść, czy zabić, ale Varrl jest mój. Wybacz mą zachłanność, ale nie po to przejebałem pół tej zimnej krainy, by odmówić sobie zabicia tego maga. Jego legenda dorównuje mojej.. - wyszczerzył szeroko zęby.

-Hmmm dobrze pozostawię ci tego którego zwą Varrlem chodź być może po jego śmierci coś uszczknę nim się rozwieje hahaha. Sprawdzę ich gdy już rozprawimy się ze szczurami i szkieletami jeśli jest tak jak mówisz nie powinno być problemu by sprawdzić czy któryś z ich jest tym kogo szukasz no chyba że jest on kapłanem lub pysznym świetlistym.
-[i]Dobrze. Niech tak też się stanie. Tak więc ramię w ramię?
- padło ostateczne pytanie, nim Kain zamierzał ruszyć do grupy Ulfira, by zaatakować szczuroludzi.

Lestat skwitował pytanie kiwnięciem głowy.
- Nie zwykłem się powtarzać ni rzucać słów na wiatr
Poszukiwacz wyciągną rękę w stronę wędrowcy by uścisnąć jego przedramię jak zwykło się robić w tych stronach.
- صحابه نیش می زنن

Kain uśmiechnął się słysząc te słowa. Spojrzał jeszcze na Kazdina, i gdy ten mu przytaknął, ruszył jako pierwszy. Szykowała się niezła jatka.

Kazdin patrzył przez krótką zdziwiony, zastanwiając się czy wiedząc z kim podróżuje podjął by się takiej wędrówki… ale teraz nie miało to znaczenia, jeśli przeszedłeś z kimś połowę krainy i cię nie okradł kiedy spałeś nie zrobi tego w chwili zagrożenia własnego życia. Sam krasnolud miał zresztą swoje tajemnice o których głośno nie mówił.

- Każdy ma swoje tajemnice, jeśli teraz zapewnią nam one zwycięstwo nie będę na nie narzekał a może i kilka swoich zdradzę jeśli bogowie pozwolą dożyć jutra.

Ruszył za wojownikiem z opuszczonym jak na razie młotem, magia drzemiąca w pancerzu i broni może jeszcze spać, nie ma po co ujawniać jej możliwości przed walką.
_________________
#sesja Miasto: Dante Cavenaghi
#sesja Wichry Północy: Kain

Kobiet potrafiących służyć za materac jest wiele na tym naszym nie najweselszym ze światów. Ale znalezienie dowcipnie czy roztropnie gadającego materaca nie jest już takie proste
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
Jaracz
Markgraf
Markgraf


Dołączył: 29 Cze 2005
Posty: 2221
Skąd: Olsztyn

PostWysłany: Pią Kwi 10, 2015 14:44    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Herosi postanowili dołączyć do bitwy rozgrywającej się na środku olbrzymiej groty. Wpierw uderzył Ulfir wraz z Norsmenami, lecz niedługo później dołączyli Kain, Kazdin oraz Lestat. Ostatnia dwójka postanowiła zignorować czających się na półce skalnej strzelców, lecz niedługo mogli się nad tym zastanawiać - wir walki bardzo szybko ich pochłonął. Mieli jasny cel. Dzięki determinacji i umiejętnością parli do przodu przedzierając się przez zastępy szczurzych przeciwników. Truchła pomiotów ścieliły się gęsto tworząc za nimi korytarz, w który skaveny niechętnie wchodziły. Tego dnia, czarna krew mutantów obficie została przelana. Skropieni juchą bohaterowie dzielnie pracowali, by uszczuplić zastępy przeciwników i czynili to z sukcesem. Nawet potężne szczurogry nie mogły przywrócić równowagi sił. Muskularne cielska padały przeciosane toporami i miażdżone młotami, tylko po to by zostać zadeptane przez inne potwory, które gromadziły się na skrwawionych ścierwach towarzyszy.

Bardowie i skaldowie, opisując wydarzenia jakie działy się w tej grocie, będą śpiewali o przeszło godzinnej potyczce, po której zmęczeni, poranieni bohaterowie w końcu przedarli się przez krąg szczurzych obrońców. Stanęli naprzeciw potężnej, mierzącej na wysokość przynajmniej pięć metrów konstrukcji, lśniącej w wielu miejscach zielonkawym, mdłym blaskiem. Na szczycie stało dwóch szczuroludzi nie zwracających uwagi na to co się dzieje dookoła. Byli czymś zajęci. Pozostałe skaveny były zbyt mocno zajęte odpieraniem ataków nieumarłych, a i nikt nie był już skory zastępować drogi herosom.

Zanim jednak zdążyli cokolwiek zrobić rozległ się potężny huk - taki sam jaki słyszeli wcześniej. Ciałem Lestata wstrząsnęło, a jego lewa dłoń wraz z nadgarstkiem zniknęła w fontannie krwi i kawałków ciała. Kikut był osmalony, a jego właściciel ryknął z bólu. Sekundę później kolejne huki poniosły się echem po grocie. Dwóch Norsmenów upadło bez życia. Trzeci został ranny w bark. Kazdin poczuł zaś tępe uderzenie w nogę. Upadł na kolano, ale zaraz mógł się z powrotem podnieść ze zdziwieniem nie dostrzegając na sobie żadnej rany, poza dziurami w nogawce spodni, na wysokości uda - z tyłu i z przodu.

Jakby tego było mało, cała grota zaczęła się trząść, a ze sklepienia zaczął się osypywać pył i odpadać mniejsze fragmenty skał...

_________________
#Przyjaciel czy Wróg => Alex Zir, człowiek, magister alchemik.
#Przekleństwo Wzgórz Hager => Brokk Imrakson, krasnolud
#Sylvania - Ziemia Przeklętych => Gerhard, człowiek
#Lily et Pique - Blaise Cillianmour, szlachcic
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź stronę autora
kain
Mod Magów
Mod Magów


Dołączył: 20 Lut 2005
Posty: 2262

PostWysłany: Pon Kwi 13, 2015 12:28    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Kain wyszczerzył swoją twarz w dziwnym grymasie. Zarzucił sobie dwa topory za plecy, tak by mieć wolne ręce. Lśniąca w wielu miejscach zielonkawym, mdłym światłem konstrukcja sprawiała wrażenie jakiejś broni, której przeznaczeniem zapewne było siać śmierć..albo i gorzej. Zabójca nie zamierzał umierać po raz drugi, więc wykrzyczał do Ulfira i jego ludzi:
-Ulfirze weź kilku swoich pobratymców i zlikwidujcie mi tych strzelających ćwoków. - głos jego był donośny

Lestat został poważnie ranny, więc do niego rzekł:
-Zostań tutaj, albo idź na końcu - spojrzał na kikut ręki i potrząsnął tylko głową -do wesela się zagoi. Głowa do góry - mrugnął okiem a potem skierował swoją uwagę na szczurzą zabawkę.

Spojrzał uważnie na konstrukcję urządzenia i wyjął dwa topory. Te zalśniły krwistą czerwienią, a runy wykute na nich zaczęły mienić się dziwną poświatą. Pierwsze i kolejne uderzenia poszły w w drewniane sporniki podtrzymujące całość. Kain krzyknął do Kazdina:
-Napierdalamy - nie było czasu na gdybanie.
_________________
#sesja Miasto: Dante Cavenaghi
#sesja Wichry Północy: Kain

Kobiet potrafiących służyć za materac jest wiele na tym naszym nie najweselszym ze światów. Ale znalezienie dowcipnie czy roztropnie gadającego materaca nie jest już takie proste
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
Ethereal
Landgraf
Landgraf


Dołączył: 22 Lip 2005
Posty: 2989
Skąd: Elbląg

PostWysłany: Pon Kwi 13, 2015 18:08    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Zwielokrotniony huk zaskoczył Ulfira - ale już widok rozrywanej ręki tego zamaskowanego Południowca i dwóch Norsmenów padających niczym rażeni piorunem zatrwożył i zagniewał go nie na żarty.

Wzrokiem odszukał przeklętych szczuroczłeków, którzy usadowili się na skalnych półkach, w odległości. Korzystali z broni, która przypominała grzmiące kije z Południa... tylko dłuższe i ulatniające zielonkawy dym.

Zacisnął dłonie na skrwawionych rękojeściach tarczy i miecza, aż mu pobielały knykcie. Już miał coś wywarczeć, kiedy usłyszał głos Wędrowca.

- Zarżniemy ich. Ludzie, na nich, biegiem! W rozproszeniu! Nie dać się trafić! - krzyczał, będąc już w biegu.

Chciał jak najszybciej dostać się do tych szczuroludzi, najlepiej nietrafionym pozostając, po czym chciał czym prędzej zakończyć ich żywot.

Nie umknęły jego uwadze znaki, jakoby grota miała się wkrótce zawalić. Czas naglił.
_________________
Ulfir Egillsson, Norsmen - Wichry Północy
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
Cranmer
Graf
Graf


Dołączył: 17 Sie 2006
Posty: 1751
Skąd: z nienacka :D

PostWysłany: Pon Kwi 20, 2015 02:06    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Tak zapomnieli o czymś ważnym... a teraz ich to ugryzło w dupy. Zaklął po krasnoludzku podnosząc się z ziemi. Młot który dzierżył w dłoni tak samo jak pancerz lśniły już od jakiegoś czasu bladym światłem wyrytych znaków runicznych. Machnął młotem wypowiadając raczej z przyzwyczajenia jedno słowo.

- Zharr!

Głownia zajęła się ogniem, chwilę później Kazdin przyłożył płonącą niczym pochodnia broń do wsporników, zajmą się ogniem czy nie wypada odpowiednio przymierzyć niczym do kowadła. Cofnął rękę biorąc mocny zamach.

- Drewno i kamień zostaw mnie!

Kilka mocnych, szybkich i precyzyjnych uderzeń poszło we wsporniki z zamiarem ich podpalenia lub też co szybciej zdruzgotania. Kilka powtórek od toporów wędrowca powinno wystarczyć. Niezgorszym miejscem do uderzeń jest cokolwiek drewnianego lub kamiennego, spaczenia lepiej jednak unikać. Kazdin nie spodziewał się też, że ich działania pozostaną bez odzewu. Strzelby strzelbami ale ci na podeście też pewnie nie są bezbronni.
_________________
#Wichry Północy, Kazdin
#Ciężkie jest życie na morzu, Miguel Rodriguez de Gillera
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi    Forum drachenfels.nazwa.pl/drachenfels/forum/ Strona Główna -> Wichry Północy Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3 ... , 38, 39, 40  Następny
Strona 39 z 40

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


Powered by phpBB © 2001, 2002 phpBB Group
Wchodzę tam! - Mapy taktyczne do gier fabularnych.