Forum drachenfels.nazwa.pl/drachenfels/forum/
Forum Zamku Drachenfels
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   RejestracjaRejestracja   ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 
[Strona Główna Zamku]    [Komnata Konstanta]
Prolog - Zaraza i Truposze
Idź do strony 1, 2, 3, 4, 5  Następny
 
To forum jest zablokowane, nie możesz pisać dodawać ani zmieniać na nim czegokolwiek   Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi    Forum drachenfels.nazwa.pl/drachenfels/forum/ Strona Główna -> Lily et Pique
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Ethereal
Landgraf
Landgraf


Dołączył: 22 Lip 2005
Posty: 2989
Skąd: Elbląg

PostWysłany: Pon Lip 25, 2011 22:45    Temat postu: Prolog - Zaraza i Truposze Odpowiedz z cytatem

8 Jahdrung, 2557 Weltreich Kalender

Około siedemnaście stajań na wschód od Helmgart, zmrok.

- Jakem azali rzekł, monsieur, prospektem szczególnym a zacnym jest zaproszonym być do fortu Marquis de Canteurvalons. Wikt i opierunek, jakim szafuje zacny marquis jest... très merveilleux! Przekonacie się zresztą sami, monsieur.

Grupa jeźdźców na styranych wierzchowcach mozolnie przemieszczała się przez głęboko zaśnieżone trakty i ścieżki przełęczy. Jeden z nich, jadący na tęgim, karym rajtarskim perszeronie, zakutany w ciężki, spięty srebrną klamrą, brudnobiały płaszcz ze złotym motywem heraldycznego gryfa na plecach, jechał nieco z przodu. Był zakapturzony Towarzyszył mu rozgadany, nietęgi człowiek na podjezdku o brązowym umaszczeniu. Człek ów odziany był w bogato zdobiony płaszcz w żywych kolorach Chateau d'Valons. Na głowie nosił mieszczańską czapaję z fantazyjnym piórem. Pióro nieco przyklapło, biorąc pod uwagę bezlitosną zimę, lecz sam mężczyzna nie zwracał uwagi na mróz. Był podekscytowany, trajkotał głośno i raźno do swego milczącego, barczystego towarzysza, żywo gestykulując. Wreszcie, tenże przerwał mu oschłym tonem:

- Po cóż markiz wzywa kogoś takiego jak ja? Nie starcza mu ludzi, że musi brać z Helmgartu?

Jego rozmówca wyraźnie oklapł. Być może uraziły go te słowa.

- Marquis szuka kogoś wyjątkowego. Wy, monsieur, idealnie wpasowujecie się w jego wymagania.

- Chce zaoferować mi zlecenie? - burknął mąż z gryfem na plecach.

- Więcej, monsieur, znacznie więcej. Chce zaoferować wam miejsce u swego boku. Miejsce w nowym ładzie, który nastać ma niedługo. Niepokoje na słodkiej, przecnej bretońskiej ziemi, z żalem prawię to wam, stają się znaczące. Kto wie, czy iskra wreszcie nie padnie na beczkę z prochem? - odpowiedział bretoński fircyk, znów odzyskując rezon i chęci do błaznowania, tako głosem jako i łapskami.

Gryfit wstrzymał konia.

- Na milę cuchnie mi to zdradą stanu. W politykierstwo wmieszać mnie chcecie? Niedoczekanie! Cokolwiek wiesz o mnie, człowieku... co było a nie jest nie pisze się w rejestr. - warknął rozczarowany.

Bretończyk również zatrzymał konia i dał znać pachołkom, by również to zrobili. Patrzał na skrytą w mroku kaptura i pochmurnej nocy twarz Imperialera.

- Jeśli złoto i inne profity nie przemawiają do was...

- Nie kupisz mnie, szarlatanie ty, targowymi sztuczkami. Dobrześ się wygadał tak niedaleko od Helmgartu, bom podjął już decyzję.

Imperialer zwracał już perszerona ku północy, kiedy Bretończyk, ze smutną miną, dał znak swym ludziom. W parę chwil, pachołkowie na swoich wałachach zajechali drogę barczystemu i otoczyli go. Ten położył swą dłoń w skórzanej, nabijanej stalą rękawicy, na rękojeści fantazyjnie zdobionej buławy o ciężkim obuchu.

- Obawiam się, że nie mogę wam pozwolić odjechać. - odparł smutnym tonem Bretończyk.

Imperialer już zaczynał coś szprechać wściekłym tonem, kiedy Bretończyk wypowiedział imię. Imię, które gryfit znał aż nazbyt dobrze. Ruszył konia i natychmiast doskoczył do fircyka, chwytając go za fraki. Pachołkowie spięli się, gotowi do walki, ale Bretończyk machnął ręką.

- Coś ty powiedział? - zawarczał wściekłym głosem gryfit.

- Znacie go, monsieur, qui? - wyszczerzył się niczym jebaka w kurewskim przybytku - Marquis też go zna. I może was go do niego doprowadzić.

- Jak? Mów! Mów, parobie, bo ci czaszkę rozpuknę łamignatem i nasikam na resztki!

- Powiem powiem, maître, jeno w zajeździe jakimś, qui? Alibo w Hochpointe, gdzie i tak mieliśmy stajać. Za przeproszeniem, ale mnie dupa przymarzła już do siodła w tej piździcy, a z mroźnym zadem nie skorym do pogaduszek. - odparł Bretończyk, uśmiechając się pojednawczo.

Gryfit przez parę jeszcze chwil trzymał fircyka za fraki, jakby w namyśle, ale puścił go wreszcie.

- Jedźmy więc. Ale jak mnie oszukacie, mospanie, to nie będziecie wiedzieli czy grzać dupę czy twarz, bo nie odróżnicie facjaty od własnego zadu.

Bretończyk tylko wyszczerzył się mocniej i dał znak ludziom. Pochód wierzchowców zdwoił kroku, brnąc przez zawiane śniegiem drogi ku Hochpointe.

A stamtąd, na zachód, ku Bretonii.


Basilio Zanibrano Varela

7 Jahdrung, 2557 Weltreich Kalender. Zmierzch.

Niedaleko miasta Poussenc, diuczyzna Montfort na ziemi bretońskiej.

Ostra zima trwała już długo, zdecydowanie za długo. Nawet jak na tę część świata, tak daleko od ukochanej Estalii i tak blisko strzelistych Gór Szarych. Ludzie szeptali podchwycone plotki, jakoby był to efekt klątwy która siadła nad strudzoną, zdewastowaną ziemią Imperium na zachodzie. Mówi się o gniewie bogów, o najeździe Rujnujących Mocy i o Wiecznej Zimie.

Brednie i bajki ciur obozowych, ot co.

Ale piździło kurewsko i nie zanosiło się na odwilż. Estalijczycy z kompanii barona jęczeli, płakali, modlili się i klęli zawzięcie, ale mróz nie ustawał. A na horyzoncie słońce zachodziło, zalewając niebo obscenicznym różem, przypominającym dorodną waginę młodej dziewoi.

Zakutani w płaszcze, kapy, futra i płachty czegokolwiek innego, nierzadko wielokrotnie, trepy estalijskie brnęły kolumnadą przez rozmiękły trakt, zasypany śniegiem i brązowym, rozdeptanym błotem. Przejście dziesiątek ludzi tylko bardziej dewastowało klepisko dla tych z tyłu. I tak też kolumna podzieliła się na dwoje - pierwsi z przodu narzekali na siarczysty mróz w nogach, do połowy oprószeni śniegiem z głębokich zasp. Ci z tyłu natomiast przeklinali, bo do połowy byli ufajdani zbrązowiałym błotem pośniegowym.

Baron zlitował się najwyraźniej nad kimś ze swego otoczenia, gdyż zdecydował się na krótki postój. Wezwano naprzód medyka. Ktoś palnął plotę, że to towarzyszka barona odmroziła sobie stópki. Inny gadał, jakoby odparzyły jej się łydki od szorowania po końskich bokach. Bzdura,, bo rzeczona towarzyszka i jej świta siedzieli w ciepłym, wygodnym wnętrzu karety. Jeszcze kto inny rozpowiadał, jakoby dupa (po prawdzie, to nawet zgrabny tyłeczek, biorąc pod uwagę wiek i urodę dziewki - ale wiadomo, smutnemu trepowi nie starcza ogłady) owej pannicy przywarła jej do siodła czy siedziska w karecie. I na gwałt medyk był potrzebny, bo to jakże straszliwa rzecz! Dupa przymarzła! Stopy odmarzają! Łydki starte!

Maldito coño...

Ty, Basilio Zanibrano Varela, byłeś w środku mroźno-syfiastego gówna - w środku kolumny. Zmuszony byłeś podczas marszu, wespół z innymi Diestro z oddziału, znosić metamorfozę śniegu w błoto i tym samym kontemplować to, co najlepsze z obu jakże wspaniałych aspektów zimowej przechadzki.

Ludzie, korzystając z postoju, zaczęli pogaduszki, podżeranie sucharów, picie wody (a i nie tylko wody, ale także i wina tudzież gorzałki dla rozgrzania członków - toteż nie raz i nie dwa zauważyłeś jak szybkie konspiracyjne ruchy podają flaszencje z ręki do ręki) i palenie tytoniu.

I wtem, z nieba zaczął sobie powoli, leniwie opadać biały puch. Widząc to, ludzie zaczęli jęczeć. Kakofonia rozczarowanych, zmęczonych i zdenerwowanych gardeł wzbiła się ku niebiosom... ale bogowie wypięli na was dupę i dalej srali śniegiem.


Orderic du Limont

9 Jahdrung, 2557 Weltreich Kalender.

Gdzieś na trakcie z Gien do Chinon, las Chalons. Poranek.

Ostatnia noc była istnym sprawdzianem umiejętności, jakie doświadczony błędny rycerz mógł posiadać. Zasadzka truposzy na leśnym trakcie zniesion została, lecz za cenę dwóch z trzech mężnych rycerzy.

Kiedy już pozbierałeś się z mieszaniny trwogi, zmęczenia, bólu i dziękczynienia Pani Jeziora, zająłeś się tym, co musiało zostać zrobione. Sprowadziłeś swego konia. Pozostałe niestety dopadli nieumarli. Tak więc zwaliłeś trupy umrzyków oraz ciała koni na stos, okryłeś darniną, ściółką i walającymi się tu i ówdzie badylami. Korzystając z resztek hubki i krzesiwa, dałeś ognia pod ów stos. Drewno kopciło się i żarzyło, niezadowolone z twojej okrutności i przyzbrojone w wilgoć. Wreszcie jednak zajęło się porządnie. Potem, pogrzebałeś obu towarzyszy, biorąc ich rycerski osprzęt ze sobą w końskie juki. Zwierz był niepocieszony z powodu dodatkowego, żelaznego i tkanego obciążenia, ale podołał.

Świtało już, kiedy zbierałeś się do wymarszu. Nie spałeś, ale nie czułeś zmęczenia - tylko odrętwienie, mrowienie w członkach i otępiały wzrok. Przed oczyma skakały ci mroczki. Wypadałoby wypocząć... ale to nie miejsce ni czas na spoczynek, skoro ścierwoludzie grasują po krzorach.

Dwa dni później, 9 Jahdrunga roku 2557 według Kalendarza Imperium (jak to by ludzie z barbarzyńskiego Imperium zachodu zwali), dotarłeś do jakiegoś zajazdu. To był pierwszy od kiedy wyruszyłeś z innymi z Gien ku Chinon. Masz wrażenie, że minęły wieki od tamtego poranka. Straciłeś orientację, ile drogi zostało jeszcze do Chinon. Ważne, że trakt był dobry, a i w zajeździe znajdzie się ktoś, kto powie.


Vingaard du Carlemont

9 Jahdrung, 2557 Weltreich Kalender.

Zajazd w połowie drogi między Gien a Chinon, las Chalons. Poranek.

Ostatnie dni i noce cholernie deszczowe były na całej północy Quenelles, toteż twa podróż była grząska, śmierdząca, wilgotna i, o zgrozo, nieprzyjemna. Nie było kaj do kogo gęby rozewrzeć, bo samotnie wędrowałeś po wertepach, traktach i ostępach. Biorąc pod uwagę ostatnie wydarzenia w granicach Lasu Chalons, robiłeś w ten sposób za błazna z przypowieści, gotowego do położenia gardła pod kły, pazury alibo tasak jakowyś.

Ale, wreszcie, po dniach podróży z Gien, mieściny na skraju Lasu Chalons, trafiłeś na zajazd, mniej więcej w połowie drogi do Chinon. Jedyny na tym trakcie i to nieźle obwarowany jak na zdrożny przybytek, z pokaźną obsadą zbrojnych przeciw truposzom, bestiom leśnym i plugawym Zwierzoludziom oraz mutantom Chaosu którzy kręcili się tutaj sprzed wielkiej migracji do lasów Imperium parę lat temu.

Zażyłeś leśniczowej gościnności, wieczerzając na dziczyźnie zapijanej mocnym winem i pękatym, ciemnym chlebie w którym chrzęściło od dyni i słonecznika. Do pełni szczęścia brakowało być może dziewki, jeśli zniżyłbyś się do poziomu włóczęgi, jakich licho nasrało na traktach bezbożnych krajów.

Śniadałeś właśnie i spijałeś poranny, gorący napar z ziół przeciw morowemu powietrzu i ciągnącemu chłodu. Sala zieje pustkami. Służba w większości krząta się na zapleczu oraz dziedzińcu, zajmując się kuchnią i zwierzyńcem.

_________________
Ulfir Egillsson, Norsmen - Wichry Północy
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
Anubis
Chorąży
Chorąży


Dołączył: 23 Mar 2006
Posty: 723

PostWysłany: Wto Lip 26, 2011 18:33    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Z prawdziwą ulgą witam widok zajazdu. Ostatnie trzy dni były prawdziwą katorgą, tak dla mnie jak i dla wierzchowca. Nauczyły mnie jednak ważnej rzeczy - nawet tych, którzy powstali z martwych można raz jeszcze posłać w objęcia śmierci. Ich widok nie wywoła we mnie takiego wrażenia nigdy więcej.

W takcie podróży wznosiłem modły za dusze tych, którym nie starczyło sił tamtej nocy. W trakcie walki stali mi sie bliscy niczym bracia, wspólny wróg zjednoczył nas mocniej niż cokolwiek innego. Ich śmierć mocno mnie dotknęła.

Jade do owego przybytku tak by było mnie widać już z daleka. Nie chce, żeby moje przybycie było niespodziewane, wolałbym żeby sie przygotowali na przyjęcie szlachetnie urodzonego.
Najpierw podjeżdżam do stajni, koń zasłużył na pierwszeństwo. Kiedy tam będę zsiadam z wierzchowca i rozglądam się za stajennym.

-Żywie nadzieje, iż macie jeszcze wolne miejsca w stajni? Wierzchowiec mój zdrożon jest niezmiernie.
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Warmlotek
Mod Czarnej Biblioteki
Mod Czarnej Biblioteki


Dołączył: 11 Cze 2010
Posty: 1443
Skąd: Puławy

PostWysłany: Sro Lip 27, 2011 15:14    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Rozglądam się po tym niezbyt zacnym przybytku...jednak żywot Błędnego Rycerza powoli oswajał mnie niestety z takimi miejscami...

"Ahh...jak brakuje mi tych strzelistych wież zamku Carlemont, czystych pięknych posadzek...świetnego wina...właśnie wino...strasznie mocarny trunek tutaj podają, mogliby go jakowo rozwodnić w końcu to nie brandy! Jednakoż czego wymagać od niższej klasy skąd mają posiadać jakowe obycie...cham to cham..."

W trakcie przewijania się kolejnych myśli popijam napar ziołowy małymi gustownymi łyczkami...

" Mam nadzieje iż oporządzili iście po królewsku mojego Ganelona w innym wypadku trzeba będzie ukarać to ścierwo...powinienem sam to zrobić.Ich brudne łapska nie są godne dotykać mego wierzchowca"

Staram się ocenić ile czasu zajmie mi drogą do Chinon i czy jeżeli wkrótce wyruszę uda mi się dotrzeć przed zmierzchem

" W końcu...w końcu jest szansa okrycia się chwałą i pokazanie męstwa rodu Carlemont Ha ! Zaiste to dzięki wielkoduszności Pani..."

Stukam niecierpliwie palcami w blat stołu

"Powinienem już być dawno w Chinon, oby mnie nie ominęła bitwa.Dopije i trzeba wyruszać na trakt..."

Spoglądam w stronę Chama lub Chamki podnoszę rękę pstrykając palcami przyzywam go do mnie.
_________________
#Sesja Przyjaciel czy Wróg? ==> Ingwar Ingersson, krasnolud
#Ciężkie jest życie na morzu==>Hektor Lombard, człowiek
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
Martin von Carstein
Rycerz Zamku
Rycerz Zamku


Dołączył: 11 Cze 2010
Posty: 376

PostWysłany: Pon Sie 01, 2011 11:18    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

<Podnoszę rzyć. Spoglądam na okrutny nieboskłon, grymas czystej zgrozy zawitał na mym licu... i prędko przeszedł metamorfozę do ira, z mej piersi wydobył się krzyk wściekłości, a towarzyszył mu ściśnięty do białości i skierowany w górę kułak>

- País puta, puta Bretaña, puta puta y puta mróz.

<Spuszczam wzrok ku ziemi i charkam (HRRRRRRRRRRRYYY!), po czy m w akcie wzgardy spluwam gęstą flegmą>

- Y Cojo con z tym.

<Siadam i szukam wiernej flaszki. Jak sobie nie łyknę to szlag mnie trafi. Jebać to wszystko>
_________________
http://vaevictis15mm.blogspot.com
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Ethereal
Landgraf
Landgraf


Dołączył: 22 Lip 2005
Posty: 2989
Skąd: Elbląg

PostWysłany: Wto Sie 02, 2011 23:02    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Orderic

Twoje przybycie nie było żadnym zaskoczeniem. Tutejsi pachołkowie natychmiast rozwarli zbrojone bramy na dziedziniec zajazdu. Jeden ze strażników odpowiedział na twe pytanie:

- Oczywiście, sire. Stajnię poszerzylim, jak tylko markiz obwieścił światu, że armię na umrzyków kumuluje.

Zajazd był całkiem spory. Składał się z pokaźnego, ubitego dziedzińca, solidnego zadaszonego murku i okutej bramy, strażnicy, pokaźnej stajni, spichrza i właściwego zajazdu będącego dużą, dwupiętrową strukturą.

Wprowadziłeś konia do środka i zdałeś go stajennym. Nie miałeś sił, by zająć się nim samemu. Sumienie będzie musiało ścierpieć, potrzeby cielesne wzięły górę. Zacisnąłeś jednakże zęby, zmuszając swój zmęczony umysł do dalszej pracy. Wkroczyłeś do sali zajazdu. Jak to wczesnym rankiem, jest prawie pusta. Przy jednym ze stołów siedzi jakiś młody rycerz w biało-czerwonych barwach herbowych, z pogonią jako godło. Pewnikiem błędny, zdążający na służbę u Markiza, tako jak ty. Usługiwała mu właśnie jakaś młoda służąca.

- Bonjour, monsieur. - powiedział głośno korpulentny, starzejący się już karczmarz, od którego biło mieszczańskimi manierami - Czym mój zajazd może wam usłużyć?


Vingaard

Służebna dziewka, bardzo młoda (prawie że wręcz dziecko), o nieco przestraszonym, rozbieganym spojrzeniu i skromnych, chłopskich manierach szybko stawiła się przy twym stole.

- Tak, panie? - powiedziała niepewnie. Najwidoczniej nie przywykła do widoku zbrojnego ramienia bretońskiej kasty panów.

W tym czasie, do sali wtarabanił się właśnie młody, a tęgi człek. Rycerz, jak w pysk orczy strzelił. W komplecie z mieczem, kolczugą i trójkątną tarczą na plecach. Biel i błękit były kolorami jego heraldyki, a godłem był srebrny lew w otoczeniu trzech mieczy.


Basilio

Postój wydawał się trwać całe wieki. Ludzie powoli przestawali już nawet narzekać i starali się spożytkować siły, by się rozgrzać. Gawędziarstwo, opilstwo i popalanie rozprzestrzeniły się na całą kolumnę. Szczęśliwym trafem (o ile szczęściem można to nazwać), wieczór zapowiadał się bezwietrznie, a śnieg nie padał gęsto. Niestety, wraz z zajściem słońca, temperatura powietrza spadła jeszcze bardziej. Teraz mróz przesiąkał nawet przez grube odzienie i ludzkie kości, powodując tępy ból w nogach i palcach dłoni.

Wreszcie, medyk musiał się chyba uporać z "obrażeniami" baronowej towarzyszki (zwanej od teraz przez wielu żołnierzy głupią kwoką, nieopierzoną siksą tudzież inaczej), gdyż ruszyliście dalej.

Wreszcie dotarliście na skraj niewielkiego lasku, dzień drogi przed Poussenc. Baron zarządził całonocny postój i wymarsz o świcie w stronę miasta. Większość ludzi powitała to z ulgą. Co bardziej przedsiębiorczy i krewcy rozbiegli się po lesie, sposobiąc teren, rozkładając wozy i namioty, rozpalając ogniska, znosząc opał. Kilku ruszyło na polowanie, lecz wątpliwe by coś dorwali w środku zimy.


Gundrik Grundisonn

7 Jahdrung, 2557 Weltreich Kalender. Zmierzch.

Miasto Poussenc, diuczyzna Montfort na ziemi bretońskiej.

Dzisiejszy dzień był bardzo stresujący. Zaraza zaczyna się rozpędzać w mieście, dochodzi do nieprawych zachowań na ulicach. Na razie są to drobnostki - zbiorowiska mieszczan wszczynających raban przeciwko władzom, medykom, obcokrajowcom, nieludziom, tudzież komukolwiek czy czemukolwiek innemu. Większa ilość kradzieży, natężenie działań hien cmentarnych i porywaczy zwłok (ci drudzy jednak szybko się przebranżowują albo zdychają jak muchy). Ludzie wyładowują także swą frustrację podczas bijatyk, burd i bójek. Dwie dzisiaj miały miejsce w tawernie, którą prowadzisz wspólnie z panienką Marie, córką Michela, zasłużonego (i powalonego ciężką chorobą, aczkolwiek inną niż szalejąca w mieście zaraz) weterana miejskiej straży.

Kiedy goście pokładli się spać po stołach i łóżkach lub opuścili przybytek, zawarto drzwi i pogaszono światła. Udałeś się do swego niewielkiego, acz dobrze oporządzonego pokoju. Jesteś zmęczony i nieco zirytowany faktem, że cała ta dzisiejsza praca zabrała ciebie od twoich prawdziwie zacnych zajęć z bronią i prochem.


Blaise Cillianmour

7 Jahdrung, 2557 Weltreich Kalender. Zmierzch.

Okolice miasta Poussenc, diuczyzna Montfort na ziemi bretońskiej.

Sroga jest tegoroczna zima w Bretonii, i długo mróz trzyma. Nad miarę. Mówi się, że to wpływ Wiecznej Zimy która nawiedziła ziemię imperialną. I, jako że wielu Imperialerów emigrowało do Bretonii (przynosząc nierzadko wiarę w swego Ulryka, boga bitew i zimy), prosty lud uważa, jakoby to właśnie emigranci sprowadzili za sobą "klątwę."

Pomijając bzdury, które wygaduje pospólstwo, mróz dopiekł całemu krajowi. Na szczęście, nie powinien już długo trzymać. Akademicka klika meteorologów (uważanych nierzadko za pomyleńców, szarlatanów i wróżbitów) zapowiada, jakoby niedługo ma być odwilż.

Tak czy inaczej, ty i twoi ludzie zmuszeni byliście pokonać całą drogę z prześwietnego, warownego Montfort na to zadupie świata. Mieścina Poussenc, dotknięta paskudną, legendarną zarazą. Siedlisko obcokrajowców, tak emigrantów jak i ludzi z cechu medyków. Odgrodzone od świata sanitarnym kordonem złożonym z wojsk lokalnych władyków oraz najmitów.

Jesteście dzień drogi od niego. Zapadł już zmrok. Zrobiło się jeszcze zimniej, zaczął sypać śnieg. Wierzchowce są zdrożone, a wy zmarznięci. Ktoś z nieco mniej odpornych sługusów przebąkuje o nocnym postoju...

_________________
Ulfir Egillsson, Norsmen - Wichry Północy
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
Stalowy
Namiestnik
Namiestnik


Dołączył: 31 Paź 2010
Posty: 1238

PostWysłany: Wto Sie 02, 2011 23:42    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Ziewnąłem i przeciągnąłem się. Rozejrzałem się za swoim śpiochem. Szybko zdjąłem z siebie dzienne odzienie, a zamiast niego przybrałem się w długaśną białą koszulę oraz czapkę z pomponem. Dziwny to strój, ale jakoś dobrze się w nim czułem. Na komódce przy łóżku ustawiłem spodeczek z uchem i świecą, a obok nich okulary. Zasiadłem na wyrze robiąc przed snem swój mały rachunek sumienia.

- Kiepowa sytuacja zaprawdę. - powiedziałem do siebie.

Człeczyny szukają sobie ofiarnych za tą zarazę. Ale co się dziwić? Tutaj kanalizacja kiepska, jeszcze niektórzy z okien na ulicę wylewają zawartości nocników. Nie to co w Marienburgu. Tam to dopiero są luksusy! Wychodzisz kulturnie na korytarz gdzie masz wychodek, robisz swoje, a wszelkie nieczystości spływają gdzieś chen na bagna.

Ale wracając do tematu. Pewnie póki co jestem bezpieczny. Ludzie się nie będą rzucać... póki co. Póki w karczmie jest Rinn Marie. Jeżeli jej Gnoli źle się poczuje będę musiał ten interes pociągnąć sam, a w takiej sytuacji bez porządnego garłacza czy jakiegoś solidnego .88 cala się nie obejdzie.

Hmmm... dodatkowo ja jestem odporny na ichne choróbska. Ona nie, podobnie jak jej rodzina. Gnoli prawie na pewno zejdzie.

Zazgrzytałem zębami.

- Biedna Rinn Marie. - szepnąłem.

Będę musiał jej chyba uświadomić tą kwestię... i dokończyć mój nowy thrund. Ba! W ogóle zacząć go grungnaz! Ale to nie zajmie długo. O ile będę miał trochę czasu.

- Dobranoc... boga. - chuchnąłem w świece gasząc ją.

Chociaż jak każdy krasnolud widzę w ciemności, lubię kiedy pali się świeca. Nie chodzi tyle o światło, co o płomień. Przypomina mi on warsztat i o ogniu jaki płonie w kuźniach Wielkich Krasnoludzkich Twierdz. Kto wie... może kiedyś będę na tyle zdolny, aby móc zamieszkać z braćmi z gór?

Położyłem się mając głowę pełną różnych myśli. W końcu uspokoiłem się. Jutro rano trzeba wstać i pozmywać naczynia. I dodać do wody trochę octu. Będzie wszystko trochę capić, ale stary Alfrik, sąsiad mój z Marienburga i doświadczony medyk, mówił, że człeki tyle chorują, bo się nie myją. Ocet z wodą, gorąca woda, porządnie ugotowane posiłki i wódka. No i nie zostawiać resztek, aby gniły.
Uśmiechnąłem się na wspomnienie tego jak mamuśka łykała te wszystkie opowieści Alfrika o zdrowiu, czystości i porządku. Śmiałem się trochę z tego, ale teraz to mój jedyny punkt zaczepienia w sytuacji zarazy.

Ehhh... muszę wyszarpnąć sobie trochę czasu na skonstruowanie przynajmniej kilku pistoletów, wymieszanie prochu i odlanie paru kul. Może nawet będę miał czas na garłacza? .88 raczej nie będę miał czasu zrobić... zbyt precyzyjna robota, jak na takie warunki.
_________________
Przyjaciel czy wróg? - Rhunar Ragnison, Magnus Regenbogen
Lily et Pique - Gundrik Grundisonn
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Warmlotek
Mod Czarnej Biblioteki
Mod Czarnej Biblioteki


Dołączył: 11 Cze 2010
Posty: 1443
Skąd: Puławy

PostWysłany: Sro Sie 03, 2011 12:23    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

- Lej wino w bukłak, jeno dobrze go rozwodnij, takoż przygotuj jakąś przekąskę na drogę z dziczyzny.Gdy będę wybierać się w dalszą podróż przyniesiesz mi... - nie obdarzam nawet spojrzeniem Chamki mówiąc te słowa, zawieszam głos gdy widzę wchodzącego rycerza

-...a teraz podaj jeno dwa kielichy z winem ino nie tak mocarne jak te ostatnie, dobre to może i na chamski ryj pijaniców a nie na szlachetne gardło- kontynuuje, podnoszę rękę odmachując nadgarstkiem jakbym odganiał muchę od stołu dając tym samym znak Chamce by odeszła i jej obecność w mojej okolicy jest już nie pożądana

Taskuje szybkim wzrokiem Rycerza, spoglądając na jego płaszcz czy jest pocięty czy też gładki nie strzępiony.Przeglądam pamięć za tym godłem by przypomnieć sobie skąd pochodzi, z jakich okolic i co o nich wiem.

"...Wiadomo iż pocięty płaszcz to powód do dumy, ukazuje waleczność w boju, doświadczenie bitewne.
Co poniektórzy mniej zacni bracia potrafią sami strzępić płaszcze i oprawiać je ozdobnikami coby wszyscy myśleli iż w boju zostały pocięte...Mój płaszcz czeka na swój pierwszy bój i pierwsze cięcie..."

Jeżeli Rycerz spojrzy w mą stronę podnoszę prawicę w geście powitania.
_________________
#Sesja Przyjaciel czy Wróg? ==> Ingwar Ingersson, krasnolud
#Ciężkie jest życie na morzu==>Hektor Lombard, człowiek
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
Jaracz
Markgraf
Markgraf


Dołączył: 29 Cze 2005
Posty: 2221
Skąd: Olsztyn

PostWysłany: Pią Sie 05, 2011 04:09    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Prowadzę swojego konia powoli przez śnieg jeszcze przez kilkadziesiąt metrów. Kiwam się w siodle w rytm kolejnych kroków wierzchowca. Przepatruję okolicę spod nasuniętego głęboko na głowę kaptura chroniąc twarz przed śnieżycą. W końcu się jednak zatrzymuję i poprawiam zapięcie płaszcza u szyi. Czekam aż jeden z pachołów, Enzo zbliży się po mojej lewicy. Przekrzywiam lekko głowę w bok ukazując mu czarną opaskę na oczodole.

- Descendre des chevaux - chrypię z nieużywanej przez prawie cały dzień krtani - Deux foyers.

Garbię się jeszcze bardziej pod grubym płaszczem i odzianą w czarną rękawiczkę dłonią poklepuję wierzchowca po karku. Wpatruję się zdrowym okiem w unoszące się z chrap ciepłe powietrze. Czekam aż pachołkowie się uwiną wysypując drewno na ognisko z juków. Po nowe na zapas na szczęście nie trzeba będzie iść, skoro tylko dzień drogi nas dzieli od kordonu sanitarnego.

Ludzie, których mi ofiarował przeklęty Francis, nie byli zwyczajni do takich podróży. Nie byli zwyczajni do jakichkolwiek podróży. Dobrze że chociaż większość z nich umiała trzymać broń i nie musiałem się obawiać bandy wygłodzonych chłopów. Przez pierwsze dni trzeba było jednak na nich ryczeć i karać zanim się nauczyli rozbijać w miarę porządne obozowisko. Przyuczone do zamkowego życia kundle. Najbardziej obiecujący był Enzo - zbrojny, który był wystarczająco pojęty, żeby raz nauczonemu, nie przypominać o rutynowych sprawach. Wystarczająco bystry, by sam się domyślił po co się wbija tarcze w zaspy przy ognisku od strony, z której bije śnieżyca oraz że konie też potrzebują ciepła ognia w taką pogodę. Kto wie... może od święta się wykaże jakąś przydatną inicjatywą?

Gdy obozowisko zostanie ukończone, sam zsuwam się z wierzchowca. Oddaję wodze któremuś ze sług, aby podprowadził konia do pozostałych zwierząt przy jednym z ognisk. Sam zaś kieruję się w stronę drugiego rozcierając dłonie w rękawiczkach. Gdy znajdę się przy ogniu zdejmuję je i zatykam za pas pozwalając by ciepło rozgrzało skórę.
_________________
#Przyjaciel czy Wróg => Alex Zir, człowiek, magister alchemik.
#Przekleństwo Wzgórz Hager => Brokk Imrakson, krasnolud
#Sylvania - Ziemia Przeklętych => Gerhard, człowiek
#Lily et Pique - Blaise Cillianmour, szlachcic
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź stronę autora
Anubis
Chorąży
Chorąży


Dołączył: 23 Mar 2006
Posty: 723

PostWysłany: Nie Sie 07, 2011 19:57    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Ciężko mi na sercu, że ktoś obcy zajmuje się teraz moim wierzchowcem, ale siły z trudem mi wystarczają bym stał teraz wyprostowany.
Kiedy dostrzegłem rycerza poczułem zarówno ulgę jak i niepokój. Miło bedzie mi zjeść z kimś o podobnym urodzeniu, jednak moje zmęczenie może nieco zaszkodzić pierwszemu wrażeniu.

Kiedy spostrzegłem uniesioną rękę rycerza ruszyłem ku niemu chwiejnym ale pewnym krokiem, na ustach pojawił mi się delikatny uśmiech.

-Witam Cie, szlachetny Panie. Imie me Orderic, a moj rodowy zamek zwie się Limont. Czy zezwolisz bym tego wieczoru wieczerzał z Tobą?

Głos mam spokojny i staram się ukryć w nim zmęczenie, choć wiem że kiepski ze mnie aktor.
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Warmlotek
Mod Czarnej Biblioteki
Mod Czarnej Biblioteki


Dołączył: 11 Cze 2010
Posty: 1443
Skąd: Puławy

PostWysłany: Nie Sie 07, 2011 21:17    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Wstaję od stołu łapie w barach Sir Orderica i zamykam go w niedźwiedzim uścisku w geście powitania

- Witam Sir Ordericu! Jam jest Sir Vingaard Du Carlemont z księstwa Brionne - mówie donośnie i wesoło

- Zaiste dobrze w końcu spotkać kogoś o błękitnej krwi. Sprawisz mi niezwykłą przyjemność wieczerzając ze mną, jako iż długom bywał w drodze i nie było nawet do kogo paszczy rozewrzeć.
- kontynuuje

Wskazuję otwarta dłonią stół jako zaproszenie do wspólnej wieczerzy.Sam rozsiadam się na przeciwko.

- Widzem żeś zdrożon po podróży, wino pomaga na każdy znój!...
To co tutaj serwują dobre na chamski ryj, nie na szlachetne gardło...
Cholernie Mocarne... dlategoż kazał żem rozwodnić je ociupinkę.


- Jednakoż i tak "Skarb Carcanssone" to to napewno nie jest. - śmieje sie z własnego porównania


Rozglądam się za Chamką winem i kielichami...

- Gdzieżeś to wino ! Ileż czekać będziem ! - marszczę gniewnie brwi
_________________
#Sesja Przyjaciel czy Wróg? ==> Ingwar Ingersson, krasnolud
#Ciężkie jest życie na morzu==>Hektor Lombard, człowiek
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
Anubis
Chorąży
Chorąży


Dołączył: 23 Mar 2006
Posty: 723

PostWysłany: Nie Sie 07, 2011 22:19    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

-Zaszczytem jest dla mnie poznać Cię, Sir Vingaardzie.

Jestem bardzo przyjemnie zaskoczony tak otwartym i cieplym przyjeciem. Szybko odwzajemniłem uścisk, a uśmiech znacznie mi się poszerzył. Z radością zasiadam naprzeciwko szlachetnie urodzonego.

- Prawda to, szlachetny Panie, zmogła mnie podróż tutaj. Cudem prawdziwym jest, ze zasiadam teraz z Tobą i rozmawiamy, bom blisko był postradania życia. Tym bardziej rade me serce żem Cię tu spotkał, rozmowa z osobą twego pochodzenia oraz kielich wina tchną we mnie nowe siły.
_________________
Lily et Pique: Orderic du Limont
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Warmlotek
Mod Czarnej Biblioteki
Mod Czarnej Biblioteki


Dołączył: 11 Cze 2010
Posty: 1443
Skąd: Puławy

PostWysłany: Pon Sie 08, 2011 00:10    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Nasłuchuje z uwagą...

- Skąd podróżował żeś Ordericu i cóż się stało iż wpakowałeś się w takie śmiertelne niebezpieczeństwo?
Wybacz moją ciekawość jednak w obecnych czasach lepiej być dobrze doinformowanym o niebezpieczeństwach czyhających na szlakach.Niekiedy może to nawet żywot oszczędzić
- mówię mocno zaintrygowany

- Wiadomo drogi ostatnio niezbyt bezpieczne dla samotnych podróżników, jednak dobry miecz i tarcza chociaż nie rdzewieją - mówię pewnie kiwając głową

- A tam gdzie zmierzam pewnikiem mój miecz nie zazna ni rdzy ni nudy...a ja liczę iż zaznam trochę chwały
- mówię z błyskiem w oku i nutką niecierpliwości
_________________
#Sesja Przyjaciel czy Wróg? ==> Ingwar Ingersson, krasnolud
#Ciężkie jest życie na morzu==>Hektor Lombard, człowiek
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
Anubis
Chorąży
Chorąży


Dołączył: 23 Mar 2006
Posty: 723

PostWysłany: Pon Sie 08, 2011 11:28    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

- Pozwól Sir Vingaardzie, że nim rozpoczne mą opowieść gardło winem zwilże, bom od wielu godzin nie mial napitku w ustach.

Kiedy służka przyniesie trunek i dostane kielich, kiwam jej lekko glową. Bezzwlocznie upijam pare łyków, by zaspokoić pragnienie i kontynuuje:

-Jeszcze trzy dni temu było nas trzech: Jacen du Kadmont, Redemund du Mairlmont oraz ja. Jechaliśmy z Gien, wszyscyśmy byli młodzi rycerze, wszyscy na szlaku szukający swojej legendy. Dopust spadł na nas nocą dwa dni temu. Nie rozbiliśmy obozowiska na noc, bo Jacen pewnym był, że blisko już do zajazdu. Jechalim tedy dalej, pomimo zmęczenia rumaków oraz mroku, który bardziej przypominał otchłań niźli noc, a wokół szalała burza jakiej nigdy nie widziały me oczy. Z trudem dojrzałbyś własną dłoń wyciągnieta przed sobą a wiatr zagłuszał nawet najgłośniejsze krzyki. Tak jechaliśmy przez dwie klepsydry, moze wiecej, bo czas jakby zwolnił swój bieg. Gasła juz w nas nadzieja na zoczenie świateł owego zajazdu i szukaliśmy jakowejś groty by przenocować, kiedy z łaski Pani <tutaj przykładam pięść do serca i pochylam głowe w geście uniżenia> niebo przeszyła błyskawica i pozwoliła nam spostrzec JE.
Nie dalej niż pięćdziesiąt łokci od nas kroczyły postaci które urągały wszystkiemu co święte. Gnijące i toczone przez czerwie trupy, które od tygodni powinny spoczywać w glebie szły wprost na nas, kierujac w nasze oczy swoje puste oczodoły. Nie będę kłamał Sir Vingaardzie, krew we mnie stężała gdym je zoczył, bom nigdy nie widział czegoś takiego. Wielem orków zarąbał i banitów, lecz nie gotów żem był na coś takiego. Moi towarzysze wygladali, jakby podobne mieli uczucia, jednak żaden z nas nie postradał honoru. Wszyscyśmy chwycili za broń i ruszyli w bój z imieniem Pani na ustach. Walczyliśmy ileśmy tylko mieli sił, do samego omdlenia ramion. Każdy z nas walczył za swoją dumę, rodzinę i dobro towarzyszy, jednak jedynie mnie Pani pozwoliła przeżyć to starcie. Kiedy ostatni z trupów padł porażon mym mieczem, moi druhowie stracili już życie, z gardłami rozerwanymi leżeli pośród tego ścierwa.
Pochowałem mych towarzyszy, a padline spaliłem. Dwa dni temu to było, nie wiem jak daleko, bom droge kilka razy mylił. Teraz zasiadam tu z Tobą jako jedyny przeżyły.

Po tych słowach milkne, pochylając głowe.
_________________
Lily et Pique: Orderic du Limont
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Warmlotek
Mod Czarnej Biblioteki
Mod Czarnej Biblioteki


Dołączył: 11 Cze 2010
Posty: 1443
Skąd: Puławy

PostWysłany: Pon Sie 08, 2011 15:44    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

- Przykro mi z powodu twojej straty...niech Pani ma pieczę nad ich duszami - spoglądam pobożnie w niebo

- Napijmy się za ich wieczny spoczynek - mówię zdecydowanie

Podnoszę kielich i upijam trochę wina

- Umarli jak należy z bronią w ręku! Walcząc! To dobra smierć...chwalebna - mówię pewnie

- Zasrane umarlaki ! Już niedługo im się odpłacimy ! - uderzam ręka w stół

- Zmierzam do tutejszego markiza zbiera ludzi będzie bitwa z tymi co nie chcą leżeć w grobach!
Cóż to się dzieje w tych czasach sam nie wiem może Czerwony Książe lub ten zasrany nekromanta Heinrich Kemmler powstał ponownie zza grobu i chce się mścić... ale nic to wyślemy go tam gdzie jego miejsce PONOWNIE! Wyplewimy plugastwo z naszych ziem!
- spluwam na ziemie z odrazą
_________________
#Sesja Przyjaciel czy Wróg? ==> Ingwar Ingersson, krasnolud
#Ciężkie jest życie na morzu==>Hektor Lombard, człowiek
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
Ethereal
Landgraf
Landgraf


Dołączył: 22 Lip 2005
Posty: 2989
Skąd: Elbląg

PostWysłany: Pią Sie 12, 2011 19:51    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Gundrik

Targany różnego rodzaju przemyśleniami, szybko się zmęczyłeś i zasnąłeś. Noc minęła bez żadnych sennych marów. Przebudziłeś się skoro świt i ochędożyłeś niespiesznie. Po przygotowaniu i zjedzeniu śniadania, zobaczyłeś po raz pierwszy tego dnia panienkę Marie w sali. Miała zaniepokojoną minę.

Wkrótce pojąłeś dlaczego. Karczma nie została otwarta o zwyczajowej porze. W domostwie złożył wizytę tutejszy lekarz, starszawy człowiek, Bretończyk. Ludzie powiadają, że partacz z niego i samouk, czemu on sam zaprzeczał. Lista jego osiągnięć tak czy inaczej nie była ani rozległa, ani wybitna. Po krótkiej, nerwowej wymianie zdań z właścicielką, oboje ruszyli na piętro. Słyszałeś z góry zduszone pojękiwania oraz pełne niepokoju głosy.

Na zewnątrz też jakiś raban. Dochodził z okolic placu przed ratuszem. Skandujący tłum, brzęk tłuczonego szkła, trzask łamanych drewien. Co się tam działo? Znów tłum wyległ na ulicę by protestować?


Blaise

Ludzie z ochotą zwlekli się ze szkap i zabrali za konstruowanie prowizorycznego obozowiska. Zwalili warstwy śniegu na bok, tworząc zaspy chroniące przed mrozem. Przewężenia między nimi zastawili tarczami wbitymi w ziemię. Rozbito namioty, wbijając kliny głęboko w zmrożoną ziemię, niczym w skorupę. Grube płótna namiotów obłożono dodatkowymi derkami. Konie stanęły nieco dalej, w podobnym okopie z zasp, uwiązane do drzew i okryte kocami. Enzo zadbał o worki z owsem.

Kiedy już zapłonęło ognisko i do kotła poleciały składniki na polewkę i śnieg, rozsiedliście się wokół, wyciągając urękawicznione, zgrabiałe łapska ku ogniu, okryci futrami.

Siedzieliście we względnym milczeniu. Twoi ludzie cichymi głosami komentowali skurwiałą pogodę, dolegliwości i ciężkie czasy. Wkrótce, zabraliście się za gorącą polewkę, rozgrzewając przemarzłe cielska.

Wkrótce, śnieżyca nieco ustała. Zbliżał się czas odpoczynku. Trzeba było wystawić warty.


Orderic / Vingaard

Wkrótce, otrzymaliście swoje wino od zestrachanej służącej. Orderic, zauważyłeś, że ma nie więcej jak piętnaście lat, blond włosy i typowe maniery chłopskiej dziewuchy. Wyraźnie dyga przed twoim towarzyszem.

Faktycznie, podły to trunek a mocny, ale zgodnie z przykazem, został rozwodniony. Służka oznajmiła niepewnym głosem Vingaardowi, że jego życzenia zostały spełnione. Toboł z zapasami czeka za szynkwasem.

Sądząc po hałasach na górze i skacowanych głosach, inni goście zajazdu przebudzili się i teraz albo narzekali między sobą, jak to ich czerepy nie bolą i jak to wina w życiu już nie tkną, albo próbowali doprowadzić siebie do stanu imitującego normalność. Dzień jak co dzień w takim przybytku.

Na zewnątrz natomiast jakiś raban, podniesione głosy i okrzyki. Stukot kilku koni, chrzęst metalu i kroki masy ludzkiej. Jakiś orszak alibo oddział, tudzież nobilis ze zbrojną świtą zamkową ciągnie do markiza, być może?

_________________
Ulfir Egillsson, Norsmen - Wichry Północy
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
Wyświetl posty z ostatnich:   
To forum jest zablokowane, nie możesz pisać dodawać ani zmieniać na nim czegokolwiek   Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi    Forum drachenfels.nazwa.pl/drachenfels/forum/ Strona Główna -> Lily et Pique Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)
Idź do strony 1, 2, 3, 4, 5  Następny
Strona 1 z 5

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


Powered by phpBB © 2001, 2002 phpBB Group
Wchodzę tam! - Mapy taktyczne do gier fabularnych.