Forum drachenfels.nazwa.pl/drachenfels/forum/
Forum Zamku Drachenfels
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   RejestracjaRejestracja   ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 
[Strona Główna Zamku]    [Komnata Konstanta]
Prolog - Zaraza i Truposze
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3, 4, 5  Następny
 
To forum jest zablokowane, nie możesz pisać dodawać ani zmieniać na nim czegokolwiek   Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi    Forum drachenfels.nazwa.pl/drachenfels/forum/ Strona Główna -> Lily et Pique
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Anubis
Chorąży
Chorąży


Dołączył: 23 Mar 2006
Posty: 723

PostWysłany: Nie Wrz 11, 2011 20:40    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Odpoczywam w siodle na tyle ile to możliwe. W nadchodzacych dniach z pewnoscia bede tesknił do chwil jak ta, wiec staram sie wykorzystac ją najlepiej jak potrafie. Z wdziecznoscia przyjmuje podany bukłak, popijam kilka drobnych łyków, po czym go oddaje.

-Wybacz sir Vingaardzie, lecz nie wydaje mi sie dobrym pomysłem bym gnał teraz konia. Jest mocno obciążony, wiezie wszak trzy komplety zbroi - wzialem rynsztunek mych niedawnych towarzyszy. Musze odnaleźć jakiegoś honorowego chłopa który zdecyduje sie je zawieźć rodzinom poległych. Chociaż tyle moge dla nich zrobić...

Milcze przez kilkanaście uderzeń serca wracajac myslami do tamtej nocy. Chyba nigdy jej nie zapomne. Te wypadajace flaki, wrzaski zagryzanych towarzyszy...

-Tak, dobrym pomysłem jest przyodziać zbroicę. To niespokojne czasy. <po krótkiej pauzie> Wydaje mi sie że dotychczas nie było dane naszym rodom sie spotkać, byłbyś skłonny coś o swoim opowiedzieć? Moja znajomość heraldyki jest wciąż niepełna.

Mowie spokojnym ale cichym głosem. Jest w nim niewiele radości ale da sie usłyszeć, że ta rozmowa sprawia mi przyjemność.
_________________
Lily et Pique: Orderic du Limont
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Warmlotek
Mod Czarnej Biblioteki
Mod Czarnej Biblioteki


Dołączył: 11 Cze 2010
Posty: 1443
Skąd: Puławy

PostWysłany: Pon Wrz 12, 2011 16:32    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

- Ah tak? Rzeczywiście nie zwróciłem uwagi iż twój koń tak obarczon jest. Nie wiem jeno czy jak dasz prostakom tak cenny rynsztunek nie rozkradną go przy pierwszej lepszej nadarzającej się okazji...sądze iż winien przekazać komuś szlachetnie urodzonemu na którego słowu można polegać... - mówie spokojnie

Zatrzymuję się i zsiadam z konia, i zabieram sie za przywdziewanie zbroji

- Z chęcią ci przybliżę mój ród jak ty następnie uczynisz to ze swoim...

- Urodziłem się 19 wiosen temu w zamku Carlemont, jestem drugim, a zarazem młodszym synem Lorda Kasztelana Aigulfa Carlemonta, opiekuna księstwa Brionne wasala Księcia Teodryka.
Mą matka jest Milady Ceinwyn, która wywodzi się z rodu Siboorne.
Tradycją się stało od dwóch pokoleń, iż nasze rody żenią się miedzy sobą by utrzymać koligacje rodzinne i nie pozwolić by powróciły mroczne krwawe waśnie sprzed pięciu pokoleń jakie łączyły nasze rody.
Tak też zapewne i mój brat jak i ja zostaniemy powiązani z kobietami szlachetnie urodzonymi z tegoż rodu.
Nie sadzę by kiedykolwiek miało się to zmienić, książę gorąco popiera tą sprawę jak i jego poprzednicy.
Z tego co słyszałem to oni w ten sposób doprowadzili do pogodzenia zwaśnionych rodów, które prowadząc wojny miedzy sobą osłabiali zarazem stabilność jego księstwa
Nasz przodek dostał ziemie na północ od Brionne od Diuka za chwalebne czyny na polach bitew, zwał się Kermorvan Carlemont. Zyskał także wtedy dziedziczny tytuł kasztelana.
W tym czasie powstała twierdza oraz nałożono obowiązki mojemu rodowi wobec tych ziem jak i księcia Brionne.
Zamek jest cudowny, ma sześć wież, okolica jest nizinna, dlatego skrupulatnie zostało wybrane miejsce zamku, które znajduje się na jedynym w okolicy wzgórzu. Od południa łagodny stok, na północy skalna skarpa mająca z 50 metrów w dół pod którą stoi wioska. Piękny widok przypominający wieśniakom kto tu rządzi.Mam starszego o 3 wiosny brata imieniem Aiden.
Jesteśmy jak kamień i woda, jak śnieg i piasek różnimy się we wszystkim co najmniej jakbyśmy byli z dwóch różnych matek. Brat jest niższy ode mnie jednak mocniej zbudowany, ma czarne jak smoła włosy, przystojną twarz i wygląda jak kopia ojca sprzed wielu lat. Tak chociaż mówi matka.
Jako iż Aiden był pierwszym synem i ma prawo jako pierwszy do tronu jest faworyzowany przez mych rodzicieli. Wiem iż tylko śmierć brata otworzy mi drogę i prawo do tronu. Jednak nie zaprzątam sobie tym głowy nie do tego został żem stworzony.
Obejmując tron obłożonym zostaje się większą ilością obowiązków niźli przyjemności. Mam zaszczytniejsze cele niż siedzenie na tronie i zajmowanie się włościami.
Czas i okryć mój ród chwałą na jaką zasłużył!
Chociaż mam wrażenie iż rodziciele najchętniej by się mnie pozbyli bym nie stanowił zagrożenia dla brata przy przejęciu władzy, nie wadzi nam to gdyż szczerze z bratem się miłujemy i od najmłodszych lat spędzaliśmy ze sobą każdą wolną chwile nie zważając na pragnienia i aspiracje rodzicieli.
Od zawsze ze sobą konkurowaliśmy, uciekaliśmy opiekunom walcząc na drewniane kije, ucząc się jeździectwa, znamy każdy zagajnik naszych ziem. Kiedyś wydawały nam się te ziemie nie przemierzone teraz odczuwam ciasnotę i mam ochotę wyruszyć w świat.
Muszę przyznać iż Aiden był zawsze lepszym ode mnie jeźdźcem jak i nie miał sobie równych w walce na kopie. Ja za to wolałem spędzać godziny na placu ćwiczebnym z mieczem w dłoni.

Ojciec mawiał zawsze iż „najlepiej jest oceniać rycerza w siodle i z kopią w dłoni.”
Ja jednak wolę walczyć mieczem, kopia i tak nadaje się na polach bitew tylko do jednorazowego użytku.
Mój brat uważa że szkoda czasu na walkę pieszo od tego są wieśniacy, prawdziwy rycerz walczy na koniu. Mistrz tłumaczył Aidenowi iż nie zawsze możemy sobie wybrać miejsce walki i trzeba być gotowym na każda ewentualność, jednak brat i tak go nie słuchał wiedział swoje, jak zawsze uparty jak ojciec.
Jednak trzeba przyznać kiedy już został zmuszony do treningu w ten czy inny sposób naprawdę robił wrażenie. Odbieram to jakby miał wrodzony talent, który jakby oszlifować zapewne niewielu mogłoby mu dorównać, ja musiałem okupić to wieloma godzinami morderczych treningów. Strasznie jest to irytujące… jednej osobie przychodzi wszystko z łatwością inna musi harować jak wół.
Od małego ja i mój brat dostaliśmy małe źrebaki lekkie konie bojowe, warte są mała fortunę. Mieliśmy je wychowywać i połączyć nieprzerwana więzią miedzy jeźdźcem a swym koniem. Jak nasz mistrz mawiał „koń jest przedłużeniem twojego ciała”.
Nauczyłem się tresować oraz opiekować się zwierzęciem, za to mój brat uważał, że nie ma co sobie brudzić rąk i od tego są wieśniacy.
Ojciec ma dwóch zaufanych przyjaciół pierwszy to szambelan Folcard od którego ilość kar jakie dostaliśmy obrosła już legendą. Odpowiadał za nasze bezpieczeństwo i naukę. Jest to srogi wysoki, zgorzkniały i kościsty człowiek chociaż już posiwiały i zgarbiony jest równy mi wzrostem.
Jednak potrafi dbać o interesy mego ojca jak nikt inny.
Drugim przyjacielem mego ojca jest Mistrz broni Gunthar, podstarzały już, niegdyś osławiony i najlepszy fechmistrz w całym Brionne.
On uczył nas walki mieczem, kopią, walki w szyku na grzbiecie konia oraz prowadzenia w trakcie walki konia za pomocą samych nóg, z nim ruszaliśmy także na polowania.
Jednak ani ja, ani mój brat nigdy nie byliśmy w stanie go pokonać. Jego umiejętności nawet w podeszłym wieku są niesamowite. Nosi przestarzałą zbroję, która już dawno jest niemodna
. - mówię rozmarzonym głosem przez chwilę jakby nieobecny przytłoczony wspomnieniami
_________________
#Sesja Przyjaciel czy Wróg? ==> Ingwar Ingersson, krasnolud
#Ciężkie jest życie na morzu==>Hektor Lombard, człowiek
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
Anubis
Chorąży
Chorąży


Dołączył: 23 Mar 2006
Posty: 723

PostWysłany: Pią Wrz 16, 2011 21:41    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

-Wydaje mi się, że wszyscy, w których krąży błękitna krew, bedą potrzebni do walki z plagą niezmarłych. Chłopstwo pierzchnie z pola walki niczym dziatwa, kiedy zoczy z czym przyjdzie nam sie mierzyć. W mym sercu gości nadzieja, że znajdę honorowego arystokrate, który użyczy kilku swych podwładnych by dostarczyli te rynsztunki.

Za przykładem towarzysza zsiadam z konia by się przyzbroić. Zbroja kolcza ma swoje zalety - nie potrzebuje giermka by sie przyodziać, a to wielce pomocne. Chociaż kirys byłby wielce przydatnym elementem wyposażenia.

-Wielcem rad, sir Vingaardzie, iż za tak dobrego druha mnie masz by tak dokladnie opisać mi swoją rodzine. Chciałbym Ci odwdzięczyć sie tym samym, jednak ród mój nie tak znamienity jest jak twój własny. Ja również nie jestem dziedzicem, jeno synem dbajacym o dobre imie rodu. Ziemie mej rodziny leżą u podnóża masywu Orcal, tutaj, w Quenelles. Tam też znajduje się nasza warownia. To dobre określenie, bo niewiele w niej piękna... zbyt czeste są orkowe zajazdy by dbać o prezencje. W zamian za to kazde pokolenia poprawia jej obronność. Dlatego też chlopi w naszych murach szukają schronienia w razie najazdu, a my zbrojnym ramieniem ich bronimy. W trzech wielkich bitwach z zielonoskórymi przodkowie moi sie wsławili, za co też dostali w posiadanie nasze ziemie. Przysiegli wtedy, w imieniu przyszłych pokoleń, iż wszelkich dołożą starań by pokój sprowadzić do ziem Quenelles. Między innymi dlategoż tutaj jestem. Sprowadzić pokój i dać spoczynek ciałom targanym mrocznymi czarami.

Wsiadam na koń i kontynuuje podróż.
_________________
Lily et Pique: Orderic du Limont
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Warmlotek
Mod Czarnej Biblioteki
Mod Czarnej Biblioteki


Dołączył: 11 Cze 2010
Posty: 1443
Skąd: Puławy

PostWysłany: Sob Wrz 17, 2011 13:35    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Wskakuje na konia po uzbrojeniu się należycie i ruszam obok Orderica

- To czemuż nie podróżujesz wraz z oddziałami waszymi z twierdzy? Nie wysłaliście zbrojnych ni rycerzy na wezwanie?
- mówię lekko zdziwionym pytającym tonem.

- Ja liczę iz zbrojni i rycerze mego ojca już są na miejscu z Aidenem na czele...pewnikiem książę zebrał każdego wolnego człowieka z Brionne, a zostały garstki potrzebne do obrony jedynie. Książe Teodryk za nic na świecie nie przegapiłby bitwy, chyba jedynie sama Pani jeziora mogłaby go od tego powstrzymać...
- mówię z pewnością w głosie
_________________
#Sesja Przyjaciel czy Wróg? ==> Ingwar Ingersson, krasnolud
#Ciężkie jest życie na morzu==>Hektor Lombard, człowiek
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
Anubis
Chorąży
Chorąży


Dołączył: 23 Mar 2006
Posty: 723

PostWysłany: Sob Wrz 17, 2011 14:04    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

- Jak mówiłem, ród mój nie tak znaczny jak Twoj, Vingaardzie. W dodatku dwa lata temu mocno wykrwawion, w obronie królowej. Ojciec mój oraz dwóch starszych braci wraz z naszymi siłami poświęcili swe życia w obronie godności i chwały naszej miłościwej monarchini. Sił w kasztelu mamy z ledwością wystarczajaco by zapewnić obrone naszym ziemiom. Mimo że umarli wstali z grobów, to zagrożenie ze strony zielonoskórych wciąż jest wielkie. Jestem jedynym który mógł opuścić nasze włości.

W mym głosie po raz pierwszy pojawia się prawdziwa duma, zwłaszcza kiedy mowilem o poświęceniu się mojego rodzica. Gotów jestem udowodnić w walcze z nieumarłymi, że jeden du Limont wart jest całego oddziału.
_________________
Lily et Pique: Orderic du Limont
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Ethereal
Landgraf
Landgraf


Dołączył: 22 Lip 2005
Posty: 2989
Skąd: Elbląg

PostWysłany: Nie Wrz 18, 2011 19:46    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Vingaard / Orderic

Przepędziliście po trakcie konie by rozgrzać je do wciąż przydługiej jazdy. Przyspieszając tam gdzie mogliście, jechaliście traktem ku Chinon. Po drodze, w różnistych interwałach, natknęliście się na innych podobnych wam wędrowców. Błędnych rycerzy, zdążających samotnie na wezwanie do boju, by sprawdzić swe zdolności i dowieść swego męstwa w walce z umarlakami. Byli to Bertrand z miasta Quenelles, Clemens z Orcal i Sodir ze skrajów Athel Loren. Rycerze z różnych stron tej samej prowincji. Spotkaliście też grupę pielgrzymów Graala, bitnych a wędrownych chłopów wspierających swym ramieniem milczących Rycerzy Graala. Akurat ci nie mieli takowego, toteż zdecydowali się leźć za wami. Przewodzi nimi doświadczony, rosły chłop. Istna mozaika blizn i śladów bo wszelakich potyczkach, targający ciężki, dwuręczny topór. Zwał się Bruno.

Bertrand z Quenelles nie wyglądał jakoś szczególnie na wojownika, bardziej na żaka którego ojciec odciągnął od miejskiego życia, dał mu kolczugę, miecz, konia i kazał jechać w świat. Widać było, że młodzikowi się ta cała sytuacja niezbyt podobała, ale o rynsztunek dbał należycie, więc taka ciamajda z niego to (chyba) nie jest. Gorzej z zarostem i włosami, które utrzymywał w niedbalstwie. Clemens przypominał w obyciu Orderica i nie omieszkał wspomnieć o trudach swojej rodziny w walce z zielonoskórymi, z nieukrywaną dumą. Ułożony w mowie i manierze. Włosy ścięte miał niemożebnie krótko, niczym rekrut w armii Imperialerów tudzież poszkodowany wszami. Natomiast Sodir był wysokim i szczupłym. Nie dysponował lancą ni mieczem - wolał dobrze wyważony, przedniej jakości łamignat z bogato skrymszanderowaną głowicą. Nie inicjował dyskusji, nie wtrącał się w nie, odpowiedzi udzielał mrukliwe i konkretne - ogółem ponury i zamyślony człek. Dbał o gładkie ogolenie i nosił spięte z tyłu blond włosy do ramion.

Bruno zaś, jak to chłop, potliwy, smrodliwy, lecz zdecydowanie nie chamski jak jego pobratymcy po wsiach. On i jego ludzie pomagali przy koniach i rynsztunku, traktując je z szacunkiem. Sam lider był konkretny i twardy, trzymający swych pielgrzymów krótko. Najtęższy spośród całego waszego zgromadzenia i dorównujący wzrostem najwyższemu, iście heroicznej postury i siły w wielkich splotach mięśni, okrytych bliznami po cięciach i ugryzieniach.

Pierwszej nocy po wyruszeniu z zajazdu mieliście okazję wreszcie rozpalić ognisko i rozwlec się obozem na skraju traktu. Mieliście też okazję przejść swój wspólny chrzest bojowy.

Koszmar, przez jaki Orderic przeszedł całkiem niedawno, powrócił. Sodir przebudził się jako pierwszy, najbystrzejszy z was. Krzykiem zbudził pozostałych i porwał za swą tarczę i buławę. W powietrzu czuć było obrzydliwy fetor starej zgnilizny. Słychać było charkoczące jęki żywych trupów. W mroku leśnej nocy widać było zataczające się ku wam sylwetki. Zombie.


Gundrik

Dziewucha przez moment przestała, nie rozumiejąc co się do niej mówi. Była jeszcze bardziej zszokowana twoimi słowami. Wreszcie, zaniosła się raz jeszcze płaczem, gdy dotarł do niej przekaz - a przynajmniej jego część.

Minął dobry kwadrans pocieszania, umizgów i dobrych rad, kiedy dziewka wreszcie się ogarnęła i ściągnęła resztę domowników na zaplecze, by z nimi porozmawiać. Wkrótce, z kuchni zaczęły dobiegać zapachy gotowanych ziół i tkanin.

Do drzwi karczmy rozległo się donośne pukanie.

- Hej! Jestże tamój kto? Dzień jest, ludzie głodni i spragnieni! Ugośćcie ludziska, waćpany! - słychać przytłumione przez drzwi okrzyki


Blaise

Prowadzeni przez rycerza i jego yeomanów, wjechaliście do warownego obozu. Śnieg w środku zmienił się w morze zbrązowiałego błota, po brzegach poznaczonego zwałami brudnego śniegu. Namioty i szałasy były natomiast skrzętnie ocieplane i czyszczone ze śnieżnych czap. Na strażniczej wieżyczce postawiony był zbrojny z ciężką kuszą. Bramy otwarli wam piesi z gizarmami, w solidnych ćwiekowanych skórzniach, z chapel de fer na głowach.

- Opuszczę was teraz, monsieur Cillianmour. - powiedział rycerz - Szukajcie dużego namiotu w barwach Everett. Ja wracam na trakt. Adieu, monsieur.

Tęgi rycerz zawrócił i ruszył z powrotem przez bramę, a za nim yeomani. Enzo od razu zapytał jednego z wartowników, gdzie jest namiot dowódcy i zostaliście tam pokierowani. Faktycznie, był to duży namiot w barwach Everett. Zsiedliście tamże z wierzchowców, do których natychmiast doskoczyli stajenni. Bowiem co jak co, ale nawet w najbardziej prymitywnym obozie bretońskim zawsze uświadczysz stajnię.

Zbrojni w bechterach z liberiami zatrzymali ciebie przed wejściem.

- Siegneur porion Everett odbywa w tymże momencie naradę, monsieur. Sprawa jest ważna? Zapowiedzieć was?

_________________
Ulfir Egillsson, Norsmen - Wichry Północy
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
Warmlotek
Mod Czarnej Biblioteki
Mod Czarnej Biblioteki


Dołączył: 11 Cze 2010
Posty: 1443
Skąd: Puławy

PostWysłany: Pon Wrz 19, 2011 12:19    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Gdy podniesiono alarm,zerwałem się na równe nogi wyciągając miecz z pochwy i omiatając okolice szybkim spojrzeniem.
Gdy poczułem smród zgnilizny i zobaczyłem majaczące sylwetki zombich, przetarłem oczy by się upewnić iż to nie majak senny.
Podniosłem tarcze i krzyknąłem...

- DORZUCIĆ DRWA DO OGNISKA!! ZOMBI NADCHODZĄ!! MUSIMY MIEĆ JAK NAJLEPSZĄ WIDOCZNOŚĆ WALKA PO CIEMNICY TYLKO UŁATWI SPRAWĘ TYM ZGNIŁKOM! - ryknąłem szybko

Spoglądam szybko czy nadchodzą ze wszystkim stron czy tylko z jednej.
I ustalam taktykę...


Jeżeli nadchodzą z jednej tylko strony wkraczam miedzy rycerzy i każe im się ustawić tarcza przy tarczy tworząc nieprzejednaną barierę miedzy nimi a nami.
Pilnuję by tarczę ciasno miedzy sobą były.

- JEŻELI CHCECIE PRZEŻYĆ TĄ NOC ! TRZYMAĆ SIĘ RAZEM ! NIE ROZDZIELAĆ SIĘ ! OSŁANIAĆ SIĘ NAWZAJEM ! CZEKAĆ AŻ PRZYJDĄ W ZASIĘG ŚWIATŁA ! WSTRZYMAJCIE SIĘ I NIE ATAKUJCIE FURIACKO BO WYBIJĄ NAS W CIEMNICY JAK WIEPRZKI !! MIEJCIE WIARĘ PANI JEZIORA JEST PO NASZEJ STRONIE ! BRUNO DAWAJ KONIE BLIŻEJ OGNIA CHRONIĆ JE ! - ryczę donośnie

Jeżeli jednak nadchodzą ze wszystkich stron każe się ustawić ciasno w kręgu plecami do ogniska by nas nie oślepiało i nakazuje spuścić konie inaczej będą stały po ciemnicy czekając aż zimne łapska zombich nie zatopią się w nich, tak to chociaż będą miały szanse.
_________________
#Sesja Przyjaciel czy Wróg? ==> Ingwar Ingersson, krasnolud
#Ciężkie jest życie na morzu==>Hektor Lombard, człowiek
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
Anubis
Chorąży
Chorąży


Dołączył: 23 Mar 2006
Posty: 723

PostWysłany: Pon Wrz 19, 2011 15:13    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Dobywam tarczy i miecza. Wiem już z czym sie mierzymy i że z tej walki wyjdziemy żywi lub nasze truchła dołączą do tych pokracznych upiorów.

-Nadchodza z dwóch stron Vingaardzie. Jesli pozwolimy im się okrążyć, to to obozowisko bedzie naszym grobowcem! Nie możemy zająć pozycji wokół ogniska bo zepchną nas w płomienie! To my musimy zaatakować jako pierwsi, nim te dwie grupy sie połączą i zamkną nas w potrzasku!! Przyjaciele, ŚMIERĆ LUB ZWYCIĘSTWO! Pielgrzymi, osłaniajcie nasze plecy!

Oby faktycznie puszczono wierzchowce luzem... Zaczynam posuwać się w pozycji bojowej w kierunku jednej z grup nieumarłych, jednak zważam na to co powiedział Vingaard - nie opuszczam rejonu, gdzie ogień pozwala dostrzec przeciwnika.
_________________
Lily et Pique: Orderic du Limont
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Stalowy
Namiestnik
Namiestnik


Dołączył: 31 Paź 2010
Posty: 1238

PostWysłany: Pią Wrz 23, 2011 14:45    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Kurwa... zaczyna się.
Podchodzę do okna i otwieram je. Wyglądam na zewnątrz na ludzi stojących na zewnątrz.

- Moment ludziska! Coście tacy, c... kurde niecierpliwi! - mówię grzecznie - Mieliśmy sporo sprzątania po wczoraj. Dajcie moment, spytam się gospodyni...

Zamykam okno i idę do kuchni, aby zobaczyć jak tam sytuacja się rozwinęła. Kiedy wchodzę, rozglądam się.

- Ludziska się dobijają do karczmy, że do żarcia i picia chętni. Wszystko w porządku? Mam ich zaprosić do środka?
_________________
Przyjaciel czy wróg? - Rhunar Ragnison, Magnus Regenbogen
Lily et Pique - Gundrik Grundisonn
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Jaracz
Markgraf
Markgraf


Dołączył: 29 Cze 2005
Posty: 2221
Skąd: Olsztyn

PostWysłany: Sob Wrz 24, 2011 15:27    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Popatrzyłem dłuższą chwilę na zbrojnych powtarzając sobie w duchu pytanie, czy sprawa jest ważna. Owszem była, wszak chodziło o całą Bretonię i jej przyszłość. Jednak dzisiaj jeszcze za wcześnie na takie przedstawienie swoich racji. Zdecydowanie za wcześnie. Dlatego odstąpiłem o krok.

- Ne - zaprzeczyłem - Poczekam, aż pan Everett zakończy naradę. Wtedy mnie zapowiecie.

Pchanie się w środek i zwracanie na siebie uwagi, a na pewno niechęci, nie jest pierwszorzędną taktyką. Trzeba spokojnie poczekać. Nie pali się. Prywatna rozmowa z rządcą, oto czego mi potrzeba.

Odwróciłem się do swoich zbrojnych. Kiwnąłem głową na Enzo.

- Biorę dwóch zbrojnych i idę się rozejrzeć. Pchnij do mnie gońca, jak narada się skończy.

Tak też robię. Ruszam na małe tournee, by zobaczyć na własne oczy, jak ten obóz został zorganizowany, posłuchać plotek żołnierzy i przede wszystkim zobaczyć jak ten kordon sobie radzi w praktyce z toczonym przez zarazę miastem.
_________________
#Przyjaciel czy Wróg => Alex Zir, człowiek, magister alchemik.
#Przekleństwo Wzgórz Hager => Brokk Imrakson, krasnolud
#Sylvania - Ziemia Przeklętych => Gerhard, człowiek
#Lily et Pique - Blaise Cillianmour, szlachcic
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź stronę autora
Ethereal
Landgraf
Landgraf


Dołączył: 22 Lip 2005
Posty: 2989
Skąd: Elbląg

PostWysłany: Sob Paź 01, 2011 19:09    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Blaise

- Qui, monsieur. Adieu. - odparł strażnik. Wróciłeś do swoich zbrojnych i obwieściłeś Enzo swój zamiar. Zbrojny pokiwał głową i powiedział, że poszuka dla reszty ludzi jakiegoś kąta w okolicy namiotu Everetta, żebyś mógł ich łatwo znaleźć.

Wespół z dwoma ludźmi ruszyłeś pieszo między namiotami i szałasami składającymi się na obóz. Widać, że jego podwaliny zostały postawione na szybko, na jeszcze szybciej odśnieżonej, ubitej ziemi. Według obronnej taktyki najpierw postawiono zasieki, później rozbito namioty i przygotowano paleniska. Później wokół niego stanął ostrokół, zaś wewnątrz z kamieni i metalowych krat zbudowano niewielkie piece kowalskie do drobnych robót i napraw oręża. W późniejszych dniach i tygodniach stawiano dodatki - większe, stabilniejsze namioty, stajnię dla koni, szałasy oraz wieżyczki widokowe.

Obóz przewidziany jest dla około dwustu, może trzystu ludzi. Teraz w środku była może połowa. Większość przesiadywała w polu, na patrolach i obserwacji. Niedaleko bowiem widać było już podgrodzie oraz mury i wieżeje samego miasta Poussenc. W niebo biły wątłe paski dymu z miejskich kominów. Przez myśl przeszło ci, że te paski mogą urosnąć do wielkich kłębów jeśli przyjdzie do ostatecznego rozwiązania kwestii zarazy...

Posłyszałeś, jakoby nie był to jedyny obóz kordonu. Inne są w okolicy, aczkolwiek ten jest główny. Stąd wychodzą rozkazy. Tutaj przesiaduje w końcu nadzorca kordonu ze swym orszakiem, Constantine Everett. Są jeszcze trzy obozy - jeden należący do tileańskich najemników, zaś dwa do lokalnej, montforckiej szlachty - Darriusa i Antoniusa Cointreau. Dwóch braci, którzy podobno się nie znoszą nawzajem.

Nie wiadomo jak ten kordon działa przy takim galimatiasie - ale, jak widać, zdaje rezultat. Być może to szczęście, być może oddanie lub profesjonalizm zbrojnych trzymających kordon, być może to zasługa pomyślunku Everetta a być może to wpływ zimy, paraliżujący rozprzestrzenianie się morowego powietrza.

Wreszcie, przybył goniec od Enzo. Everett zakończył naradę. Zapowiedziano cię i nadzorca przyjmie w namiocie dowódczym.


Gundrik

Starsza matrona, ciotka panienki Marie, zastępująca matkę od czasu jej śmierci, machnęła ręką.

- Wpuszczaj, krzacie dobrodzieju. Srebro trza nam zarabiać w tych ciężkich czasach, mor nie mor. - powiedziała i zakrzątnęła się w kuchni. Ty otworzyłeś przed ludźmi tawernę. Byli głównie przechodnie i straganiarze mający przerwę, czyli klasyczna klientela nie sprawiająca problemów i płacąca uczciwie za uczciwe jadło i napitki. Posypały się pierwsze zamówienia i już wkrótce, główna sala była prawie pełna.[/i]


Orderic / Vingaard

Faktycznie, zombie otaczali was z co najmniej dwóch stron. Zgodnie z radą Orderica, wszyscy rzuciliście się do boju. Bruno i pielgrzymi osłaniali tyły i sprowadzali konie w okolice ogniska.

Potyczka była krótka i zajadła. Okazało się, że wszyscy rycerze walczyli bardzo dobrze - tak ramię w ramię jak i samodzielnie. I to pieszo, co dobrze wróżyło bretońskiej szlachcie jako wszechstronnie wyszkolonej w sztukach wojennych. Zombie to jednak nie wszystko - doszły jeszcze przeklęte kościotrupy zbrojne w pordzewiałe resztki rynsztunków. I więcej zombie. Zostaliście otoczeni i zepchnięci w kierunku ogniska.

Siekliście, cięliście, tłukliście, rąbaliście, odcinaliście i chlastaliście te przeklęte truposze. W każdej chwili jakiś nieumarły padał przed wami pokonany. Ogarnął was istny bitewny szał. Wielokrotnie byliście ranieni przez umrzyków - najciężej Bertrand, gryziony poważnie w łydkę przez nie do końca ubitego trupielca, potem zdzielony okutą pałą szkieletora przez łeb a następnie pchnięty kozikiem gdzieś w okolice prawej pachy. Musieliście go ratować i później chronić przed wrogiem.

Wreszcie, w najcięższym momencie potyczki, cisza zaległa nad lasem. Przerywały ją jedynie ciężkie oddechy, chrzęst rynsztunku, kwik i nerwowe stąpania koni, jęki rannych.

Wygraliście. Sodir właśnie roztrzaskiwał czaszkę ostatniemu szkieletowi swoim buzdyganem, a Bruno powalił ostatniego zombie swoim wielkim toporem.

Dwaj pielgrzymi nie żyli - jeden zagryziony przez chodzące trupy, drugi zatłuczony i zasieczony przez broń kościei. Wszyscy pozostali - tak chłopi jak i rycerze - byli w różnym stopniu ranni. Nie obeszło się także wierzchowcom.

_________________
Ulfir Egillsson, Norsmen - Wichry Północy
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
Warmlotek
Mod Czarnej Biblioteki
Mod Czarnej Biblioteki


Dołączył: 11 Cze 2010
Posty: 1443
Skąd: Puławy

PostWysłany: Nie Paź 02, 2011 12:41    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Sapię lekko...opuszczając miecz ku dołowi i ściągam hełm

- To chyba już wszyscy... - mówię lekko zdyszany

Zwracam się do chamów

- Dorzucić sporo drwa do ognia i wrzucić te ścierwa w ogień, tak samo tych co zostali zabici przez te ścierwa. Lepiej dmuchać na zimne i by ponownie nie powstały z martwych jak będziem odpoczywać - mówię rzeczowo

Podchodzę do Orderica uśmiecham się szeroko, obcierając zakrwawioną ręką czoło

- Widzem iż nie kołkiem robion, dobrze walczyłeś, przyjacielu
- kiwam z uznaniem i klepie po ramieniu Orderica

Następnie podchodzę do Bertnarda i oglądam jego rany czy są powierzchowne czy też śmiertelne.

- Dobrze żeś walczył Bertnardzie, opieram dłoń na barku rycerza, bardzo cię pokąsały te marwiaki? Pokaż obejrzmy to...znam się na tym i owym - mówię spokojnym ciepłym głosem

Zastanawiam się...

"Czy pokąsanie przez umarlaki nie przeniosło żadnej trucizny do jego krwii? Nie wiadomo jakie choroby mogłyby przenosić takie ścierwa..."

Jak zajmę się Bertrandem podchodzę do mojego konia głaszczę go po boku i szepczę uspokojająco, następnie sprawdzam czy ma jakieś obrażenia.
_________________
#Sesja Przyjaciel czy Wróg? ==> Ingwar Ingersson, krasnolud
#Ciężkie jest życie na morzu==>Hektor Lombard, człowiek


Ostatnio zmieniony przez Warmlotek dnia Nie Paź 16, 2011 12:24, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
Jaracz
Markgraf
Markgraf


Dołączył: 29 Cze 2005
Posty: 2221
Skąd: Olsztyn

PostWysłany: Pią Paź 14, 2011 13:21    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Ostateczne rozwiązanie kwestii zarazy. Myśl zaprawdę wspaniała, której warto poświęcić więcej uwagi. Może warto to przyśpieszyć? Obóz działa sprawnie, ale mogę podsunąć głównodowodzącemu kilka pomysłów.

Udaję się do namiotu Everetta. Przechodzę obok strażników nie zaszczycając ich spojrzeniem. Staję dwa kroki za wejściem rozglądając się po wnętrzu. Jeśli zauważę głównodowodzącego szybko oceniam jego strój oraz postawę wyciągając wnioski, a następnie wykonuję lekki uprzejmy ukłon z charakterystycznym przekrzywieniem głowy. Zdejmuję przy tym kapelusz.

- Monsieur... chciałbym pomówić o swoim uczestnictwie w sprawie.

Podnoszę głowę wpatruję się w swojego rozmówcę. Jeśli w namiocie są jakieś damy, to oczywiście wpierw im się kłaniam.
_________________
#Przyjaciel czy Wróg => Alex Zir, człowiek, magister alchemik.
#Przekleństwo Wzgórz Hager => Brokk Imrakson, krasnolud
#Sylvania - Ziemia Przeklętych => Gerhard, człowiek
#Lily et Pique - Blaise Cillianmour, szlachcic
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email Odwiedź stronę autora
Stalowy
Namiestnik
Namiestnik


Dołączył: 31 Paź 2010
Posty: 1238

PostWysłany: Pią Paź 14, 2011 16:56    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Masa klientów... to dużo pieniędzy i jeszcze więcej roboty.

- Strawa... w porządku, zaczekajta moment. I do tego dzban wody? No, w porządku.

- Dwa piwa!

- Dzbanek piwa i trzy michy strawy.

Zbieram zamówienia, podaję je do kuchni, skąd wynoszę michy z gotowym jedzeniem. Zbieram też napełnione kufle z kontuaru i dzbany, które roznoszę wśród gości. Niestety nie jest to piwo tak dobre jak się robi w naszej dzielnicy, ale może to i dobrze. Nie ma pokusy, aby podpijać przy robocie.

Mimowolnie rozglądam się po sali za ludźmi którzy kaszlą, albo ewidentnie wyglądają na schorowanych. Wieści od konowała jednak kołaczą mi się po głowie gdy tylko mam moment przerwy.

Cholera, pomyślałem.
_________________
Przyjaciel czy wróg? - Rhunar Ragnison, Magnus Regenbogen
Lily et Pique - Gundrik Grundisonn
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Anubis
Chorąży
Chorąży


Dołączył: 23 Mar 2006
Posty: 723

PostWysłany: Pią Paź 21, 2011 19:20    Temat postu: Odpowiedz z cytatem

Oddycham głęboko, wciagając powietrze nosem a wpuszczajac ustami. Próbuje znaleźć spokój po walce. Rad jestem widząc, że Vingaard przezyl walke a słysząc jego słowa kłaniam mu sie:

-Me umiejetnosci nie równają się twojemu fechtunkowi, sir Vingaardzie.

Kiedy mój towarzysz oddalił się, ja odchodze nieco poza krąg światła rzucany przez ognisko i klękam podpierając się mieczem.

-Dzięki ci, Pani, że pozwoliłaś mi oraz towarzyszom moim odnieść zwycięstwo i kontynuować służbę Tobie. Pełnym jest nadziei, iż swą postawą i umiejętnościami nie straciłem w Twych oczach, albowiem jeno dzięki Twej mocy i łaskce wciąż stąpam pośród żywych. Miecz mój zaniesie Twe swiatło gdziekolwiek wskażesz o Pani.

Tą krótką przemowe kończe modlitwą do swej bogini.

Wreszcie wstaje i wracam do obozowiska, gdzie zapewne chłopi zdążyli uporać się z poleceniami wydanymi przez Vingaarda. Kieruje swoje kroki do ogniska z płonącymi szczątkami zabitych. Wpatruje sie w płomienie przez dłuższą chwile i, nie odrywając oczu od tego widoku, mowie głośno i wyrażnie by mnie usłyszał adresat tych słów:

-Jak brzmiały imiona poległych Bruno?
_________________
Lily et Pique: Orderic du Limont
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość
Wyświetl posty z ostatnich:   
To forum jest zablokowane, nie możesz pisać dodawać ani zmieniać na nim czegokolwiek   Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi    Forum drachenfels.nazwa.pl/drachenfels/forum/ Strona Główna -> Lily et Pique Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3, 4, 5  Następny
Strona 3 z 5

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


Powered by phpBB © 2001, 2002 phpBB Group
Wchodzę tam! - Mapy taktyczne do gier fabularnych.